Zastanawiacie się pewnie, dlaczego mam zamiar dzisiaj opowiedzieć Wam o książce, która jest pisana dla dorosłego odbiorcy? Bo czytam takie i to bardzo często. Zazwyczaj nie mam wiele czasu na pisanie, więc skupiam się głównie na tych pozycjach, które zachwycają moje dzieci - koniec końców rośnie nowe pokolenie czytelników. Nie mogę jednak przejść obojętnie obok nowej książki Juliana Hardego. Dlaczego, zapytacie? Bo to ten - TEN - autor, który pisze tak, że wszystko we mnie się trzęsie i nie wie, co ze sobą zrobić.
Mamona ich nie deprawuje, tylko zdziera z nich maski.
Kiedyś, dawno temu, poznałam Pana Autora. Przypadkiem, mejlowo. Wtedy poznałam też Jazdę na rydwanie. Wtedy ta książka nazywała się jeszcze inaczej, ale miłość do niej we mnie pozostała. I teraz - dekadę później - miałam w rękach Wahadło. Już dawno nie byłam tak podekscytowana przed lekturą. W dzisiejszych czasach książki są po prostu jak dopalacz. Ekspresowa dawka emocji, po której chce się więcej i więcej, a o poprzedniej dawce zwyczajnie zapomina. I tutaj wjeżdża Julian Hardy. On i jego Wahadło, które sprawia, że zmienia się nawet spojrzenie na świat czytelnika.
W czasach, gdy milczenie bywało bezpieczniejsze niż prawda, każdy wybór miał swoją cenę.
Rok 1965, Szczecin. Marek, licealista stojący u progu dorosłości, przypadkiem poznaje Teofila Świadka, emerytowanego cenzora, człowieka, który przez lata decydował o tym, co wolno powiedzieć, a co musi zostać przemilczane. Ich rozmowy stają się dla chłopca lekcją rzeczywistości, w której lojalność jest walutą, a decyzje podejmowane w cieniu mogą z czasem zaważyć na losach wielu osób.
Równolegle śledzimy historię Louise Meissner, bohaterki znanej czytelnikom z powieści „Jazda na rydwanie”. Kobieta, dotąd poruszająca się w świecie wielkich pieniędzy, wpływów i międzynarodowych interesów, zostaje wciągnięta w rozgrywkę wykraczającą daleko poza finanse i osobiste ambicje. W narastającym napięciu politycznym pojawia się plan wymierzony w brytyjską infrastrukturę atomową, a stawką staje się bezpieczeństwo całego kraju oraz równowaga Europy. Widmo katastrofy, której skutki mogłyby na pokolenia zmienić bieg historii, przestaje być jedynie odległym zagrożeniem.
Gdybym przeczytała opis tej książki, a autorem byłby ktoś inny, nie sięgnęłabym po nią. To nie jest mój typ literatury, a równocześnie to właśnie tego typu książki są mi najbliższe. To opowieść o ludziach. Marek jest niesamowicie realistyczną postacią. Towarzyszymy mu przez wiele, wiele lat jego życia, więc staje się on kimś bardzo bliskim. Dodatkowo czasy, w których przyszło mu żyć są mi bardzo bliskie, chociaż urodziłam się końcem lat 90. Podczas czytania odnajdywałam w sobie ogromny spokój i tęsknotę. Może i nie było wtedy najlepiej, ale równocześnie nie było wszechogarniającego konsumpcjonizmu i przytłaczającej rzeczywistości. Julian Hardy tak dobrze oddaje ówczesną rzeczywistość, że wielokrotnie rozbudził we mnie nostalgię. Kto by się spodziewał, że będę tak dobrze odnajdywać się w historii Marka?
Marek Markiem, ale to Louise podbiła moje serce. Była mi już znana, ale dopiero teraz zrozumiałam ją jako osobę. Kilkukrotnie też miałam ochotę nią potrząsnąć, bo Louise to kobieta z krwi i kości. Tak samo mocno walczy o swoje, jak i z takim samym pędem popełnia błędy. Jest bardzo mocno skomplikowaną osobowością, chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się być prosta jak drut. Jak dorosnę chcę być jak Louise Meissner.
Wiecie, co poza tym wszystkim sprawia, że książki Juliana Hardego są tak dobre? Rzetelność. Czytałam już książki, w których autorzy naprawdę dobrze poznali sprawy, o których piszą. Mimo to Julian Hardy wchodzi na taki poziom researchu, że nie wiem, czy ktokolwiek może mu dorównać. Nie znajdziecie tutaj żadnych niedopowiedzeń, czy informacji zdobytych po łebkach. Czy na temat giełdy, religii, polityki czy zagrożenia atomowego dostaniecie pełen pakiet. Czytanie Wahadła było jak spokojna jazda... na rydwanie. Do momentu, aż ktoś wykopał ogromną dziurę, obok wybuchł wulkan, a na niebie pojawiła się asteroida. Na samą myśl mam ciarki na całym ciele. Brakuje tylko kosmitów. Może w następnej książce?
Ciszej nad tymi grobami. Niech spoczywają w pokoju, a wasze insynuacje nie czynią jazgotu na tamtym świecie.
Wiecie, że nawet cytat, który znajdzie się na moim nagrobku będzie pochodził z Wahadła? Mam wrażenie, ze ja po prostu urodziłam się po to, by czytać książki Juliana Hardego. Minęło już trochę czasu, odkąd skończyłam lekturę, a od tamtej pory bardzo często łapię się na tym, że wracam myślami do niektórych wydarzeń, miejsc. Musiałam sobie sporo przemyśleć i wiem jedno. Mam nadzieję, że nie będę musiała czekać kolejnej dekady na kolejną książkę. Nie mam w sobie aż takich pokładów cierpliwości.
Za książkę bardzo dziękuję Autorowi. Mam nadzieję, że spotkamy się już niedługo w kolejnej historii. Oby jak najszybciej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Co u Ciebie?