lutego 07, 2018
➶ WINNETOU // KAROL MAY 🐻
Przygodę z westernami w lutym postanowiłam rozpocząć od Winnetou, Karola Maya. Wybrałam ją z mojej listy ot tak, bez żadnych dłuższych przemyśleń i zabrałam się za nią całkowicie bez oczekiwań. Po Na południe od Brazos ciekawa byłam, czy jestem fanką gatunku, czy tylko i wyłącznie tamtej pozycji. Winnetou zaczęłam czytać leżąc w szpitalu - przerwałam dla niej świetną Śmierć na kredyt, która całkowicie nie nadaje się do szpitalnych klimatów - i popłynęłam. Mogę więc teraz ze spokojem i ze stuprocentową pewnością powiedzieć: tak, jestem ogromną fanką westernów, Indian oraz Dzikiego Zachodu.
Old Shatterhand - nazwany tak nie bez powodu przez pewnego zasłużonego westmana - po raz pierwszy w życiu jest na Dzikim Zachodzie. Znalazł pracę jako nauczyciel i żyje spokojnie, przez nikogo nie nachodzony. Jedynie pewien stary mężczyzna uparcie nazywa go greenhordem, bardzo niedoświadczonym człowiekiem w tamtych czasach, przez co główny bohater czuje się zmuszony do udowadniania swoich umiejętności. A wydawać mogłoby się, że urodzony został po to, by żyć jako westman na Dzikim Zachodzie. Henry ma dla niego niespodziankę, która - choć początkowo go przeraża - okaże się dla niego niesamowitą przygodą.
Wolna wola to niebo dla człowieka, ale często i piekło.
Old Shatterhand to jedna z tych postaci, które są we wszystkim najlepsze i którym wszystko wychodzi. Mimo to - o dziwo! - nie jest to irytujące i nie odrzuca od lektury, chociaż zwykle takie idealizowanie strasznie mnie wkurza i szybko mam ochotę rzucić książkę w kąt. Old Shatterhanda jednak polubiłam równie mocno, co samego Winnetou, a nawet mocniej. Pozostali bohaterowie też są warci wzmianki, jednak mi do gustu przypadła siostra Winnetou, na imieniu której można połamać sobie język. Mimo faktu, że jest kobietą robiła rzeczy, które stosowne byłyby tylko dla mężczyzn, a nikt jej nie potępiał. Indianie, chociaż podobno zacofani w kwestiach cywilizacji, okazali się rozumniejsi niż blade twarze.