Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
MINECRAFT ACADEMY. ZOMBIE ATAKUJĄ // TOM STONE

czerwca 01, 2026

MINECRAFT ACADEMY. ZOMBIE ATAKUJĄ // TOM STONE

Jeśli zastanawiacie się, dlaczego nie mam żadnych zdjęć tej książki, żebyście mogli zajrzeć do środka... Wszystkiemu winny mój starszy syn i jego zachwyt nad tym tytułem. Pochłonął go, a Minecraft Academy wędruje teraz między jego kolegami. Kto by się spodziewał, że ten tytuł wzbudzi taki zachwyt w dzieciach. To chyba kwestia tych zombiaków...

Pierwsza część zupełnie nowej serii ze świata Minecraft to gratka dla łączy fabułę i elementy edukacyjne STEM, zabierając młodych czytelników w epicką podróż przez świat gry, a przy tym oferuje pełną humoru, dynamiczną fabułę. 

Każda dziedzina STEM, matematyka, technologia, konstruowanie, nauki przyrodnicze, ma w książce własnego, oryginalnego bohatera-opiekuna, który sprawia, że nauka przy okazji gry staje się angażująca i pełna frajdy. Książka jest wypełniona wyzwaniami ze świata Minecrafta do zbudowania w grze, dzięki którym można wykorzystać wiedzę STEM, i stworzyć coś absolutnie niepowtarzalnego.

Wiecie, Leon jest ogromnym fanem nauki. Uwielbia książki Adama Mirka, uwielbia oglądać filmiki o przyrodzie, geografii, astronomii... I uwielbia Minecrafta. Jest tutaj wszystko, co lubi. Można dzięki tej książce wejść na całkiem nowy poziom gry. Naprawdę, mega. Sama jestem zachwycona i przy tej ilości minecraftowej literatury dostępnej na rynku Seria STEM jest chyba najlepsza. Mam nadzieję, że kolejne tytuły szybko się pojawią i będą równie interesujące. 

Zajrzyjcie do środka.


Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa.
Za książkę bardzo dziękujemy wydawnictwu!
[67/2024] STRASZNE HISTORIE // ILUSTRACJE: VICTOR MEDINA

października 28, 2024

[67/2024] STRASZNE HISTORIE // ILUSTRACJE: VICTOR MEDINA


Jeśli ktoś kazałby mi wybrać jedną książkę z tych, które ostatnio pojawiły się na naszych półkach to zdecydowanie byłaby ta. Pokochałam ją całym serduszkiem od pierwszych stron. Ilustracje Victora Mediny trafiają idealnie w mój zmysł artystyczny, więc już samo to sprawia, że jestem kupiona. A jeśli dodamy do tego, że są tu w większości moje ulubione opowieści...

Dzieciaki lubią się bać! Opowiadają sobie historie o duchach i straszą się nawzajem. Trenują w ten sposób, bo strach jest potrzebny i trzeba się nauczyć sobie z nim radzić.
Straszne historie oswajają młodych czytelników z grozą w bezpieczny sposób. To współczesne, ilustrowane adaptacje znanych i lubianych klasycznych opowieści m.in. o hrabim Draculi, potworze Frankensteinie, dziwnym przypadku doktora Jekylla i pana Hyde’a, przeklętej mumii, jeźdźcu bez głowy, piratach widmo czy okrutnym Dorianie Grayu.

Uwielbiam praktycznie wszystkie historie, które pojawiły się w tym zbiorze. Większość z nich jest naprawdę przerażająca, ale tutaj zostały one ciut zmodyfikowane i spokojnie możecie czytać je swoim dzieciom. Pojawia się tu tylko szczypta grozy, więc zdecydowanie można miło spędzić z dzieckiem czas na poznawaniu klasyki grozy. Większość tych opowieści poznałam dopiero w wieku nastoletnim, także cieszę się, że pojawił się zbiór, który pozwala dzieciom na poszerzaniu horyzontów. 

Jest to dobra pozycja nawet do szkół na lekcje polskiego. Tutaj możecie pobrać scenariusz przykładowych zajęć. Osobiście gdybym natrafiła na takie w szkole byłabym zachwycona. Nie trzeba promować wyłącznie typowych szkolnych lektur, które nudzą niewykształcone jeszcze główki.

Pamiętam jak babcia czytała mi oryginalną wersję Kopciuszka. Sama nie wiem gdzie tyle lat temu kupiła książkę dla dziecka z tak brutalnymi szczegółami, ale to zdecydowanie zapadło mi w pamięć, chociaż miałam tylko kilka lat. Jestem pewna, że w zbiorach moich dzieci ostała się ta książka i nawet ją poszukam. Cieszę się, że Straszne historie dołączyły do naszej biblioteczki. Coś pięknego.



BŁĘKITNA KREW // NORA ROBERTS

czerwca 29, 2020

BŁĘKITNA KREW // NORA ROBERTS

Lato to najlepszy moment na czytanie książek lekkich i niewymagających. W tym okresie często chwytam za romanse i kryminały lub thrillery, bo na książki bardziej wymagające nie mam ani siły ani ochoty. Najbardziej lubię właśnie te proste, przewidywalne. Doskonale się przy nich bawię, a przy tym nie muszę zbyt skupić się na fabule, co przy półtorarocznym dziecku jest bardzo ważne. Dlatego też sięgnęłam po Błękitną krew. Księżniczki, tajemnice, archeologia... Tyle wystarczyło, by mnie Nora Roberts skutecznie do siebie przyciągnęła.

Księżniczka de Cordina, zmęczona życiem na świeczniku, postanawia uciec na kilka tygodni. Przemienia się w zwykłą Camillę MacGee. Zaszywa się w odludnej chacie, która należy do uderzająco przystojnego, ale wyjątkowo niesympatycznego archeologa Delaneya Caine’a. Początkowo ten mężczyzna ją drażni, z czasem odkrywa w nim jednak pociągające cechy i irytacja zmienia się w fascynację. Kiedy rodzi się między nimi uczucie, Camilla postanawia wyjawić Delaneyowi swoją prawdziwą tożsamość. Od tej pory nic już nie układa się po jej myśli…

Camilla jest taką kobietą, jaką zawsze chciałam być. Nie śmiejcie się. Od dziecka marzyłam o tym, by być doskonale wychowaną księżniczką z wachlarzem różnych umiejętności, cudowną figurą, a przy tym ludzką i pełną empatii. I właśnie taka jest Camilla de Cordina. Jej rodzice dali jej w dzieciństwie wszystko, czego potrzebowała, chociaż życie w blasku fleszy przytłacza ją na tyle, że potrzebuje samotności, by odnaleźć siebie. Kiedy spotkała Delaneya od razu zapałał do niej niechęcią, a ja już wiedziałam, że to będzie historia idealna dla mnie.

Delaney Caine to bohater rodem z Dumy i uprzedzenia. Oddałabym lewą nerkę, że wzorowany był na panu Darcym. Również od razu przypadł mi do gustu i polubiłam go, mimo jego marudzenia i nieprzyjemnego obycia. Jego relacje z Camillą to było mistrzostwo, chociaż wiem, że większość ludzi uznałoby, że to po prostu kolejny typowy romans. Bardzo podobały mi się ich podchody, jej zaparcie, by podbić jego serce. W tym prostych historiach zawsze jest tyle miłości, że nie sposób, żebym przeszła obok obojętnie. Wciągam się i nie odłożę książki, dopóki nie skończę.

Na kilka słów zasługują również matki głównych bohaterów. Od razu zakochałam się w rodzicielce Delaneya i ta kobieta stała się moją idolką. Trzeba po prostu przeczytać Błękitną krew i można uśmiać się do łez w momencie, gdy wysiada ona z samochodu i wkracza do małej chatki Caine'a. Tak bardzo spodobała ma się cała ta historia, że mam ochotę przeczytać ją jeszcze raz. Gdyby to był film to zostałby wyprodukowany przez Disneya, a ja oglądałabym go non stop.

Fabuła nie jest oryginalna i nie ma co się tutaj oszukiwać. Mimo to nie przeszkadzało mi to. Wiedziałam doskonale, za jaką historię się zabieram i domyśliłam się zakończenia, chociaż nie zaprzeczę, Norze Roberts udało się mnie zaskoczyć i to bardzo pozytywnie. Zdecydowanie muszę zaopatrzyć się w jeszcze inne książki tej autorki, bo do tej pory czytałam zaledwie kilka. Najbardziej zaskoczył mnie fakt, że czytałam tom pierwszy tej serii, a nagle przeskoczyłam do czwartego. Dopóki z ciekawości nie sprawdziłam, czy będzie kolejny tom byłam pewna, że to dopiero początek. Co więcej nie połączyłam matki Camilii z tą uratowaną przez ochroniarza dziewczyną w Księżniczce i tajnym agencie. Wychodzi na to, że obojętne w jakiej kolejności przeczytacie ten cykl, bo zakończenie i tak dla nikogo nie jest tajemnicą. Chyba muszę zabrać się za tom drugi i trzeci.

★★★★★★★☆☆☆

Błękitna krew // Nora Roberts // Cordina's Crown Jewel // Monika Krasucka // Księstwo Cordiny // tom 4 // 17 czerwca 2020 // 272 strony // Wydawnictwo HarperCollins Polska // 34,99 zł
Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu!

KALAFIOR TO KRÓL?

sierpnia 11, 2019

KALAFIOR TO KRÓL?


Oprócz faktu, że uwielbiam gotować musicie wiedzieć, że kocham kalafior. Bardzo się ucieszyłam, że na polskim rynku pojawia się książka kucharka dotycząca ściśle tego warzywa i nie mogłam się jej doczekać. Już wyobrażałam sobie, jak dzień w dzień robię na obiad coś z Kalafior to król co wszystkich zachwyca. Domyślacie się więc, co poczułam, gdy zauważyłam, że marzyć sobie mogę dalej, bo miłości mojej i Kalafior to król nie będzie? 

Według mnie książka kucharska jest dobra, gdy spełnia dwa warunki. Oczywiście nie mówimy tu teraz o daniach orientalnych, wiadomo. Kiedy kupujemy taki zbiór przepisów oczekujemy, że łatwo będzie nam zdobyć wszystkie składniki w większości sklepów i nie trzeba będzie przy nich umiejętności jak z MasterChefa. Wiem, co mówię, bo w swojej kolekcji posiadam książkę kucharską MasterChef Junior i praktycznie nic nie potrafię z niej zrobić, a jednak w kuchni spędzam dość dużo czasu. 

Przeglądając przepisy najpierw uderzył mnie ogromny minimalizm tej książki. Przepisy są drukowane czarno na białym, a zdjęcia i ilustracje - chociaż jest ich sporo - nie rzucają się aż tak w oczy. Jestem przyzwyczajona do książek kucharskich, które wręcz zabijają kolorem i naporem wszystkiego. Można więc to chyba uznać za plus. Jeśli jednak już skupimy się na potrawach... Po przejrzeniu wszystkiego wpadło mi kilka w oko. Szybko jednak okazało się, że potrzebuję do nich rzeczy, których w moim małym miasteczku zwyczajnie nie dostanę. Ba, o niektórych pierwszy raz w życiu słyszałam! Może ze dwie potrawy z tej mojej listy mogę przyrządzić i jest to bardzo dołujące. 

Może gdybym mieszkała w wielkim mieście, w którym można kupić wszystko, inaczej podeszłabym do Kalafior to król. Nie wiem jednak czy komuś chciałoby się biegać po różnych sklepach tylko po to, żeby zrobić na obiad kalafior w innym wydaniu...

★★★★☆☆☆☆☆☆

819 // Kalafior to król // Leanne Kitchen // Cauliflower is king. 70 recipes to prove it // Marta Komorowska // 5 lipca 2019 // 144 strony // Wydawnictwo Buchmann // 39,99 zł

Za książkę dziękuję wydawnictwu!


Wyświetl ten post na Instagramie.

Właśnie skończyłam Królową Mroku i Powietrza, ale jestem tak wstrząśnięta, że jeszcze do końca nie wiem co myśleć. Przypomniałam sobie, że miałam Wam opowiedzieć o tym, jak czytałam Ojczyznę, #rasalvatore i jak bardzo się zawiodłam. 🤭 Z biblioteki wypożyczyłam trzy tomy - byłam ŚWIĘCIE PRZEKONANA, że się zakocham w tym cyklu. Chyba ten cudowny biblioteczny zapach uderzył mi do głowy, bo już pierwsze strony dłużyły mi się jak nie wiem. Ta ponura kraina, wypaczone zasady i widzenie w podczerwieni... mózg zrobił mnie w jajo i próbując sobie wyobrazić akcję (której prawie nie było) nie widziałam nic. Koniec końców ja w podczerwieni nie widzę 🤷🏼‍♀️ Męczyłam się okrutnie podczas lektury i przyznaje się bez bicia, że za połową się poddałam. Mając małe dziecko i ograniczony czas na czytanie nie ma co się zmuszać do kiepskich książek. A takie miałam nadzieje z nimi związane... ——————————————————— #bookstagram #bookstagrampl #bookstagramtopasja #kochamczytac #bookreading #currentlyreading #terazczytam #bookreviews #recenzjaksiazki #bookphotohraphy #bookphoto #książki #książka
Post udostępniony przez Karolina 🌿 (@papierowemiasta)
PRZEDPREMIEROWO: WODA NA SICIE. APOKRYF CZAROWNICY // ANNA BRZEZIŃSKA

sierpnia 14, 2018

PRZEDPREMIEROWO: WODA NA SICIE. APOKRYF CZAROWNICY // ANNA BRZEZIŃSKA

Po przeczytaniu Córek Wawelu obiecałam sobie, że za kolejną książkę Anny Brzezińskiej również sięgnę. Moje pierwsze spotkanie z tą autorką było niesamowicie udane i powiedzieć, że się zakochałam, to jakby powiedzieć, że Adolf Hitler lekko się pogubił. Byłam bardzo podekscytowana, gdy dostałam przedpremierowy egzemplarz i od razu zabrałam się za czytanie. I już wtedy uderzyła mnie jedna kwestia, przez którą nie mogłam wciągnąć się w Wodę na sicie i ciągnęła mi się ona niemiłosiernie. 

Tym razem Anna Brzezińska dała popłynąć wyobraźni i nie zabrała nas znowu na dwór Jagiellonów - szkoda - ani na żaden inny. Stworzyła ona krainę całkowicie fantastyczną, wzorowaną na renesansowej Italii, a cała akcja toczy się jedynie w lochach Inkwizycji i trwa około dwóch lat, ale równocześnie poznajemy praktycznie całe życie głównej bohaterki, czyli oskarżonej o bycie czarownicą i wygnanej z miejskiej społeczności La Vecchi. Kobieta nie miała łatwego życia. Nigdy nie poznała ojca, jej matka zajmowała się sprzedawaniem swojego ciała, a młodsi bracia zostali od niej odcięci i została pozostawiona sama sobie. Została zatrzymana pod zarzutem uprawiania czarnej magii i od tamtej pory ciągle jest przesłuchiwana i przepytywana, a często i poddawana torturom.

Największym minusem tej książki jest to, że nie uświadczymy tu ani jednego dialogu. Losy bohaterki poznajemy czytając sprawozdania z jej przesłuchań i spisane zeznania, przez co dostajemy jedynie jej wersję wydarzeń i nie wiemy, czy to, co opowiada, jest w ogóle prawdą. Chociaż poszczególne protokoły są dosyć krótkie, a na ich początku i końcu dostajemy informacje, w jakich warunkach i czasie je spisano, to jest to dosyć męczący sposób poznawania czyjejś historii. Brakowało mi tu rozmów. Czegoś, co czyta się szybciej, przy czym akcja przyspiesza. Po skończeniu czytania Wody na sicie doceniłam ten sposób narracji, jednak dużo bardziej wolałabym, by przebiegała ona tak, jak w Córkach Wawelu.

Cóż, nawet kurtyzanom zdarza się zostać wystrychniętymi na dudka przez zręczniejszego od nich franta, bo tak już jest, że choćbyś sam wypowiedział tysiące kłamstw, prędzej czy później ulegniesz czyimś słodkim łgarstwom, a czyż wszyscy nie pragniemy w nie wierzyć?

La Vecchia jako narratorka jest okropna, przynajmniej w moim odczuciu. Widocznie stara się wzbudzić litość, co jest zrozumiałe w jej położeniu, jednak ja nie przepadam za takimi bohaterkami. Nie można zaprzeczyć, że jest ona już w dosyć podeszłym wieku, została mocno doświadczona i zdeptana przez los, a teraz musi znosić tortury i przesłuchania, więc na pewno ciężko by jej było zachować ciągłą odwagę i butę, którą często dostajemy od wszystkich młodych postaci w książkach, ale brakło mi tutaj tego. Miałam dość tego, jak La Vecchia płaszczy się przed inkwizytorami i niewiedzy, czy w ogóle to, co opowiada, miało naprawdę miejsce. Ta irytacja towarzyszyła mi przy lekturze praktycznie cały czas, więc nie mogę uznać Wody na sicie za coś lekkiego i przyjemnego. Jeśli dodamy do tego, jak bardzo mi się ta książka dłużyła...

Anna Brzezińska próbowała odtworzyć styl, w jakim mówili i pisali w tamtych czasach ludzie, przez co całość jest napisana bardzo kwieciście i to męczy, jeśli poświęcamy Apokryfowi czarownicy więcej czasu. Niekiedy ciężko jest połapać się, o co w ogóle bohaterce chodzi, ona często zaprzecza sama sobie, przez co Woda na sicie to jeden wielki chaos, co każdy mężczyzna przypisałby faktowi, że narratorką jest kobieta. Może i coś w tym jest, bo La Vecchia to starsza osoba, bardzo niepoukładana, zapewne niejednokrotnie zmieniająca zdanie na temat tego, co powinna powiedzieć. Nie przepadam za czymś takim, dla mnie organizacja i jedna wersja wydarzeń to coś bardzo istotnego. 

(...) smutki, które musimy najgłębiej ukrywać, odciskają w nas najsilniejszy ślad.

Podsumowując... Nie mam zielonego pojęcia, co o Wodzie na sicie sądzić. Oczekiwałam czegoś niesamowitego, przez co się gorzko zawiodłam. Jeśli ktoś oczekuje czegoś innego niż Córki Wawelu i wszystkie inne tego typu historie, to z całą pewnością po tę historię może sięgnąć. Jeśli jednak lubicie żwawą akcję, to tutaj tego nie dostaniecie. Nie ma też postaci, do której można się przywiązać i po zakończeniu mogę tylko powiedzieć, że no dobrze, może być. Nic specjalnego. Kilka zmarnowanych dni na przedzieranie się przez brednie, które wychodzą z ust La Vecchi. Zdarza się. 

Ogólna ocena: 05/10 (przeciętna)

733 // Woda na sicie. Apokryf czarownicy // Anna Brzezińska // 5 września 2018 // 354 strony // Wydawnictwo Literackie // 39,90 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Literackiemu!
BEZ POŻEGNANIA + SZKOŁA POD BAOBABEM // BARBARA RYBAŁTOWSKA 🌴

czerwca 27, 2018

BEZ POŻEGNANIA + SZKOŁA POD BAOBABEM // BARBARA RYBAŁTOWSKA 🌴

Nigdy wcześniej nie słyszałam o sadze Barbary Rybałtowskiej, więc gdy dotarła do mnie propozycja przeczytania dwóch pierwszych tomów z ciekawości zgodziłam się. Nie wiedziałam, czego mam się po tej autorce i jej książkach spodziewać, gdyż ma ona już trochę tych lat i to jej wspomnienia nakłoniły ją do napisania tego cyklu. Skłonił mnie do lektury również wywiad z autorką, który usłyszałam kiedyś w radiu w poczekalni u mojego lekarza, więc wiedziałam, że po Bez pożegnania na pewno sięgnę. Problemem był fakt, że nie mogłam się do tego zabrać...

W pierwszym tomie poznajemy Zofię, która żyje sobie szczęśliwie z mężem i małą córeczką Kasią. Plotki o wybuchu wojny martwią ją, jednak nie wierzy w to, że może wpłynąć na jej życie i długo trwać. Spędza z Kasią wakacje u rodziny czekając z utęsknieniem na Piotra, kiedy dociera do niej wiadomość, że został on powołany na front. Jest to dla niej kubeł zimnej wody, a moment, w którym do jej domu przychodzą Sowieci i każą z dzieckiem pakować rzeczy pokazuje, jak bardzo w Polsce źle się dzieje. Jadąc na Syberię nie wie, czy kiedykolwiek z niej wróci. Wie jednak, że zrobi wszystko by przeżyć i zapewnić Kasi przetrwanie.

Początkowo nie mogłam wgryźć się w Bez pożegnania. Poznając życie Zofii przypominał mi się ciągle taki zaściankowy klimat rodem z Pana Tadeusza, co trochę mnie irytowało. Kiedy jednak zaczęły się wątki typowo wojenne wsiąknęłam bez reszty. Wytrwałość głównej bohaterki i to, jak zawzięcie walczyła o siebie i o córkę sprawiło, że nie mogłam się oderwać i mocno trzymałam kciuki za te dwie postacie. Podziw do Zofii wzrasta, gdy człowiek uświadomi sobie, jak wcześniej wyglądało jej życie i jak wielki kontrast jest między tym, jak było do tego, jak jest.
💜 PRZED PREMIERĄ: PROMYK SŁOŃCA // KATARZYNA MICHALAK ⛅

lutego 26, 2018

💜 PRZED PREMIERĄ: PROMYK SŁOŃCA // KATARZYNA MICHALAK ⛅

Jako młoda dziewoja bardzo lubiłam książki Katarzyny Michalak. Uważałam je za coś niesamowitego. Spora dawka poczucia humoru, łezkę można było uronić, w jakimś drwalu się zakochać. Z czasem jednak zaczęłam od romansów, obyczajówek i co za tym idzie od Michalak stronić. Wkręciłam się w fantastykę i klasykę przez co większość innych gatunków przestało dla mnie istnieć. Luty to tak marny miesiąc dla mojej psychiki, że nie miałam siły oprzeć się czemuś lekkiemu, niewymagającemu myślenia. Zobaczyłam nazwisko na okładce, małą dziewczynkę na tle fioletowych kwiatków i uznałam, że to będzie coś dobrego. I popełniłam dwa błędy. Pierwszym z nich był fakt, że nie zwróciłam uwagę na fakt, że to drugi tom cyklu. Drugim było to, że ja na Michalak jestem już za stara. Nie jestem już naiwna.

Nataniel na małej mazurskiej wsi czuje się nareszcie jak w domu. Osiągnął spokój i stara się uporać z pojawiającym się bólem nogi, który pozostał mu po wypadku w górach. Postanowił też zaopiekować się Emilką - córką kobiety, którą kochał nad życie i mimo wszystko. Nie może też przestać myśleć o dziewczynie, którą uratował w pewną wigilijną noc, kiedy właśnie stracił całkowitą sprawność. Gdy Oliwia staje w drzwiach w poszukiwaniu Marty, swojej matki, wzroku nie może od niej oderwać. Ona - przez długie lata myśląc, że jej wybawiciel zginął - jest zachwycona widokiem przystojnego Nataniela. Godząc się z Martą, mamą, daje kobiecie przy tym mnóstwo szczęścia. Mało kto spodziewa się, że Oliwia wcale nie interesuje się swoją rodzicielką, a Nataniel to dla niej kolejna przygoda...

Wiesz, chłopcze, są różne rodzaje samotności. Samotność we dwoje, gdy budzisz się każdego ranka u boku kogoś, kto staje się coraz bardziej obcy... Samotność w tłumie, gdy żyjesz otoczony ludźmi, których nie interesujesz i którzy także tobie są obojętni... Samotność z wyboru, gdy uciekasz przed światem do leśnej głuszy, jak moja chata, dworek Marty czy ranczo Sodarowa...

Zacząć powinnam od głównego bohatera, jakim jest Nataniel, jednak nie mogę sobie darować oblania Oliwii wiadrem wody, którą wcześniej ktoś umył podłogę po ciężkim remoncie. Jest to dziewczyna tak pusta i głupia, że nie da się przejść obok niej obojętnie. Trzeba ją chociaż w kostkę kopnąć ze dwa razy. Jest tak wielką egoistką, że nie przejmuje się, iż zabiera matce ostatnie pieniądze, nienawidzi jej bez żadnego powodu i niszczy wszystko ze zwykłej złośliwości. Pod koniec książki myślałam już, że wyrwę z Promyka słońca wszystkie strony, na których się ona pojawia. Ot tak, ze zwykłej złośliwości. 
PATRONAT // PRZEDPREMIEROWO: Uwertura // Adrianna Rozbicka

kwietnia 18, 2017

PATRONAT // PRZEDPREMIEROWO: Uwertura // Adrianna Rozbicka

Wiosna to dobry czas na lekkie obyczajówki oraz książki, które nie zabijają swoją objętością. Mimo to nie przepadam za historiami, które nic nie wnoszą do mojego życia - wyrosłam z nich prawdopodobnie - więc ostrożnie dobieram sobie lektury. Uwertura na pierwszy rzut oka wyglądała jak coś, czego powinnam unikać, jednak po przeczytaniu opisu stwierdziłam, że może jednak czasami trzeba zaryzykować i zwyczajnie wziąć do ręki coś, co wydaje się być przeciętne, ale może zaskoczyć. Uwertura to coś niebanalnego, co pozwoli uwierzyć, że wszystko jest możliwe i trzeba walczyć o swoje marzenia. Czasami dobrze na duszy robi taka lektura.

Alicja uwielbia tańczyć. Nie wyobraża sobie życia bez tego. Moment, gdy w trakcie przedstawienia ulega wypadkowi jest najgorszą rzeczą, która przydarzyła się jej kiedykolwiek. Diagnoza jest jednoznaczna. Alicja już nigdy nie będzie tańczyć. Nie potrafi sobie poradzić z tą informacją i robi wszystko, by jej kolano było chociaż w części tak sprawne jak kiedyś. Mija kilka lat i podejmuje próbę powrotu na scenę. Wszystko wydaje się jednak być przeciwko temu. Producentka rewii Iza wydaje się nienawidzić utalentowanej i pełnej życia dziewczyny. Zrobi wszystko, by się jej pozbyć, chociaż murem za Alicją stoi Pierre, francuski choreograf oraz wokalista, Mateusz. To może jednak nie wystarczyć.
Copyright © Życie z książką , Blogger