#JESTEM W CIĄŻY

Gdy zaczęłam poważniej myśleć o dziecku i przeglądać instagram kobiet w ciąży co rusz natykałam się na segregator #Jestem w ciąży. Praktycznie każda przyszła matka taki posiadała, więc zaczęłam głębiej grzebać i w ten sposób trafiłam na profil mamaginekolog. Początkowo zastanowił mnie fakt, że obala wszelakie mity dotyczące ciąży. Jak to mogę latać samolotem? Jak to mogę pić kawę? Do tej pory nie przekonała mnie do wszystkiego, chociaż na kawę czasami wyskoczę. O ile akurat nie mam dnia, gdy sam zapach zmusza mnie do szybkiego sprintu do toalety. Wahałam się i wahałam - zamówić sobie taki segregator? A może akurat mnie się nie przyda? Kiedy zdecydowałam, że zwykła teczuszka nie wystarczy okazało się, że calutki nakład segregatorów się wyprzedał. Uznałam, że poczekam. Przecież na pewno jeszcze się pojawią, a widziałam na instagramie, że nowy wzór blondynki powstał. I spodobał mi się najbardziej ze wszystkich. Czekałam, czekałam. Gdy w końcu każdy wzór był znowu dostępny serwery nie wytrzymały. Ale mam. I przyznam, że jestem mile zaskoczona, chociaż równocześnie spodziewałam się po tych wszystkich zachwytach trochę więcej.

Pierwszym, na co zwróciłam uwagę po otworzeniu pudełka - co wcale nie było takie proste, jak się mogło wydawać - była wielka torba ekologiczna. Pozytywnie zaskoczyła mnie jej wielkość i grubość. Jestem właścicielką sporej ilości sztuk przeróżnych toreb tego typu - kilka jeździ w samochodzie na zakupy, jedna zawsze w torebce, zapasowe w domu - ale jeszcze nigdy wcześniej nie miałam styczności z takim wykonaniem. Dodatkowym plusem jest nadruk z obu stron torby. Z jednej napis #jestem w ciąży z drugiej #jestem mamą, co dodaje uniwersalności. Żałuję tylko, że nie można wybrać sobie po prostu którejś torby z oferty, bo wolałabym zdecydowanie Tata to udźwignie. Mimo to nie narzekam. Ta wielkość przyda się na pewno, jak już dziecko się urodzi i trzeba będzie nosić ze sobą spory inwentarz.

Największym niewypałem tego pudełeczka jest magnes na samochód. Według mnie całkowicie niepraktyczny. Może dzięki temu w każdej chwili możemy się tej informacji z auta pozbyć, jednak co powstrzyma potencjalnego kleptomana przed podejściem i bezpardonowym odklejeniem sobie na pamiątkę takiego magnesu? Już bardziej wolałabym coś, co przykleja się na szybie od środka. Oprócz tego na auto dostajemy także magnes na lodówkę, 50% mamy, 50% taty. Przyda się, jeśli kiedy najdzie mnie ochota chwalić się wszystkim ludziom odwiedzającym kuchnię zdjęciem mojego dziecka. Na dzień dzisiejszy jednak się nie zapowiada, bym była jedną z TYCH matek. Raczej po prostu magnesik wyląduje w tej szufladzie, w której jest wszystko.

Do gustu bardzo przypadł mi breloczek, który już wcisnęłam chłopu. Napis #będę tatą ma mu przypominać, że powinien pozwalać mi na wszystko, zawsze przyznawać rację i nie zabraniać jeść tony pizzy z kurczakiem i ananasem. To co z tego, że przytyję i będę się toczyć, a nie chodzić? Mam prawo! Mamy tutaj też tę sławną przypinkę #jestem w ciąży, która ponoć magiczna jest i dzieci sprawia ludziom, którym się do tej pory nie udawało. Nie wiem, czy to prawda, czy tylko ploteczki instagramowe, ale na wszelki wypadek schowam ją gdzieś głęboko, by się po porodzie na nią nie natknąć przypadkiem. A jeśli jednak działa i drugi dzieciak się pojawi? Aż mnie ciarki przeszły... Ostatnią rzeczą w pudełeczku jest zestaw naklejek, sposób użycia dowolny. Ja naklejki uwielbiam, ale cholera nie wiem, gdzie miałabym sobie taką przykleić. Nie potrzebuję, by każdy przechodzień wiedział, że trzeba mnie przepuszczać w kolejkach i niedługo przestanę być zgrabna i powabna. 

Najwięcej uwagi poświęciłam segregatorowi, przez który zdecydowałam się w ogóle na zakup. Nie myślcie, że zależało mi po prostu na większej torbie na zakupy. Od razu zauważyłam, że to rzecz prawie niezniszczalna. Stworzony z tak grubej tektury (?), że może służyć też w skrajnych przypadkach do samoobrony przed namolnym pielęgniarzem. Dodatkowo ten wzór rzuca się w oczy bardziej, niż ten stary. Jest bardziej kolorowy, wyrazisty. Moje klimaty. Dobrze, że nie udało mi się kupić poprzedniej wersji, bo teraz bym rozpaczała jak wtedy, gdy żegnali Buffona i nic nie mogło powstrzymać moich łez. Nie boję się teraz wrzucić segregatora do torebki, czy dać to potrzymania narzeczonemu - już jedną teczuszkę mi popsuł, a tylko trzymał. Pewnie przetrwa on wojnę i nie rozłoży się kilkadziesiąt lat po mojej śmierci. 

Po otworzeniu segregatora pierwszym, co rzuca się w oczy, jest miejsce na kartę ciąży. Bardzo przydatne i praktyczne. Teraz bez problemu ją znajdę i dam do wypełnienia pani pielęgniarce, która krytycznie na mnie zerka, gdy grzebię w tej teczce i nie mogę jej znaleźć. Wciąż waham się jednak, czy wpisywać tutaj swoje dane, czy za kilka miesięcy wystawić segregator na sprzedaż. Z jednej strony nie bardzo bym chciała go komuś odsprzedawać, z drugiej po co ma zajmować miejsce i się kurzyć? Jeśli jednak przydarzy się kiedyś drugie dziecko... Tak, mam bardzo dużo wątpliwości z tym związanych. Tak, będę się nad nimi zastanawiać przez bardzo długi czas. Pewnie urodzę i zapomnę o tym, że chciałam go sprzedać. Bycie kobietą to ciężkie zadanie.

Od razu też dostajemy kieszonkę, gdzie możemy wpakować wszystkie rzeczy, których sobie Pan Doktor poprzednio zażyczył. U mnie to zwykle będzie pusta przestrzeń, bo mam mało wymagającego lekarza i jak robię jakieś badania, to chodzi za mną i od razu rzuca się na wyniki. Mimo wszystko miło, że takie miejsce tu jest. Pewnie wielu osobom to się przyda, także nie marudzę, tylko chwalę.

W dalszej części mamy sporą dawkę kieszonek, w które możemy powkładać najróżniejsze rzeczy, od badań usg, przez wyniki badań z krwi po badania moczu. Najbardziej wartą uwagi kieszonką jest przede wszystkim ta na samym końcu, w której powinny znaleźć się wszystkie dokumenty potrzebne, gdy przyjmują nas do szpitala do porodu. Wszystko razem, możliwe do szybkiego wyjęcia i podania pani, która tego wszystkiego potrzebuje. Oprócz kieszonek dostajemy też sporą garść informacji na przeróżne tematy i odpowiedzi na pytania, które mogą się pojawić u początkującej kobiety w ciąży. No i jest też miejsce na terminy wizyt - chociaż mam to wszystko w karcie ciąży - przyjmowane leki i miejsce na notatki i pytania, które możemy chcieć zadać lekarzowi. Gdybym tylko wiedziała, czy będę ten segregator trzymać, czy go sprzedam... 

Na samym końcu jest też kieszonka na rzeczy, które nie pasują nigdzie indziej i przezroczysty separator na zdjęcie usg, taki sam jak ten na kartę ciąży. Z tej opcji jednak korzystać nie będę. Wszystkie wydruki usg trzymam w przeznaczonej do tego kieszonce. Także ogólnie jestem zadowolona, jednak po tych wszystkich zachwytach spodziewałam się dużo, dużo więcej. Spokojnie można obejść się bez tych wszystkich rzeczy, acz na pewno wygodne jest mieć wszystko posegregowane i pod ręką.

Post nie jest sponsorowany.
Segregator #jestem w ciąży możecie kupić tutaj.

Komentarze

  1. Poradziłam sobie bez tego zestawu w pierwszej ciąży, to i dam radę w drugiej, jeśli w niej będę, czego bardzo bym chciała i to jak najszybciej. Wydaje mi się, że po takie rzeczy częściej sięgną właśnie pierworódki, bo pierwsza ciąża jest czasem, kiedy chciałoby się niemal wszystko - później uświadamiamy sobie, iż większość rzeczy jest zbędna. ;-) Gratuluję Przyszła Mamo! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trzymam kciuki, żeby się udało!
      Dla mnie to nie był konieczny zakup i przyznaję, że zrobiłam to bardziej z ciekawości, niż z potrzeby :D Mimo to przyda się na pewno, bo jest trwały i solidny :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Co u Ciebie?