Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo MAG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo MAG. Pokaż wszystkie posty
#BLOGUJEZTK: WAMPIRZE CESARSTWO // JAY KRISTOFF

grudnia 22, 2021

#BLOGUJEZTK: WAMPIRZE CESARSTWO // JAY KRISTOFF


Nie ma nic gorszego, niż genialna książka, gdy ma się w domu małe dzieci. Spróbujcie zatracić się na kilka godzin, gdy trzylatek i dwumiesięczny maluch co sekundę wymagają uwagi. Nie zapominajmy też o wiecznie głodnym kocie i setce obowiązków domowych. I właśnie w tym całym zamieszaniu pojawił się Kirstoff ze swoją historią o Gabrielu... Przepadłam całkowicie.

Ze świętego kielicha blask święty się sączy. Ład na świecie wyjdzie spod wiernego ręki, a przed obliczem męczeńskiej siódemki szary człowiek noc bezkresną zakończy.

Od ostatniego wschodu słońca upłynęło dwadzieścia siedem długich lat. Niemal trzy dekady temu wampiry wypowiedziały ludziom wojnę, by zbudować swoje wieczne cesarstwo na zgliszczach naszego. W morzu ciemności tlą się dziś tylko nieliczne iskierki światła.

Gabriel de León jest srebroświętym, członkiem świętego bractwa, które przysięgło bronić cesarstwa i Kościoła przed istotami nocy. Ale kiedy zabrakło światła dziennego, nawet Srebrny Zakon nie był w stanie powstrzymać naporu bestii. Teraz został tylko Gabriel.

Uwięziony przez potwory, które poprzysiągł zniszczyć, Ostatni Srebroświęty zostaje zmuszony do opowiedzenia dziejów swojego życia, historii legendarnych bitew i zakazanej miłości, utraconej wiary i nawiązanych przyjaźni, Wojen Krwi, Wiecznotrwałego Króla i pogoni za ostatnią nadzieją ludzkości: Świętym Graalem.

Gabriel de León jest postacią, która z marszu kojarzy się z Geraltem z Rivii. Ponury, z czarnym poczuciem humoru, walczący z mitycznymi potworami... Jestem pewna, że każdy, kto zna Wiedźmina od razu powiąże go z Gabrielem. Nie jest to jedyne podobieństwo, ale wygląda to tak, jakby Sapkowski był jedynie drobną inspiracją, a nie źródłem, od którego kopiował Kristoff. Pewnie z tego powodu zaczynając czytać Wampirze cesarstwo czułam się tak, jakbym wróciła do domu po długiej podróży.

Jednakże na tym właśnie polega problem z odebraniem człowiekowi wszystkiego, co ma, prawda?
Kiedy nie masz nic, nie masz już niczego do stracenia.

Wstyd się przyznać, ale gdyby Czarny Lew istniał naprawdę, byłabym jego psychofanką. Jego każda cecha, jego charakter, podejście do życia, siła woli... Ma w sobie wszystkie cechy, które są w stanie podbić moje serce. Już zaczynając czytać byłam zauroczona, ale gdy przeczytałam ostatnie zdanie... Miałam ochotę krzyczeć, że to już koniec, a ja potrzebuję więcej - więcej Gabriela, więcej jego opowieści. Bo nie da się ukryć, że Wampirze cesarstwo zostało napisane genialnie. Autor wykorzystał tutaj motyw retrospekcji i razem z pewnym wampirem poznajemy życie najsłynniejszego srebroświętego na świecie. Od pierwszych stron wiemy, jak się kończą przygody Gabriela, więc przez prawie tysiąc stron dowiadujemy się, jak to się stało, że zdobył wszystko i wszystko stracił. Opowieści przeplatane są pytaniami Jean-Francois i ich rozmowami, groźbami.

Nie ma boleści większej od tej, której doświadczasz w pojedynkę. Nie ma nocy ciemniejszych niż te, które spędzasz samotnie. Można się jednak nauczyć żyć z każdym brzemieniem. Rany zabliźniają się tak grubo, że w końcu stają się zbroją. 

Czytałam chyba już wszystko, co Kristoff napisał, ale dopiero tutaj trafił idealnie w moje słabości. Mój egzemplarz jest calutki oklejony karteczkami, które zaznaczają miejsca, które sprawiły, że serce mi mocniej biło. To, jak napisał on Wampirze cesarstwo zasługuje na najwyższe nagrody. Czyta się to tak dobrze, tak szybko. Za szybko. Nawet teraz, dwadzieścia cztery godziny po skończeniu lektury mam ochotę płakać i błagać o więcej. Nie zdarza mi się to zbyt często i po raz pierwszy od dawna czuję ogromny niedosyt. Niczego tej książce nie brakuje - może jest tylko za krótka o jakieś tysiąc kolejnych stron.

- Każdy nosi pustkę w sobie. - Gabriel westchnął - Możesz spróbować ją wypełnić tym, czym zechcesz. Winem. Kobietami. Pracą. Ostatecznie dziura to dziura. 
- I prędzej czy później wszyscy wczołgują się z powrotem do tej ulubionej.

Świat tutaj przedstawiony jest czymś całkiem nowym. O ile wampiry mogłaby się wydawać motywem już bardzo pospolitym - a przy okazji moim ulubionym - tak Kristoff nadał im nowe życie. Nigdzie nie znajdziecie niczego podobnego, a o to naprawdę w tych czasach ciężko. Pomysł, wykonanie... To wszystko zasługuje na jakąś nagrodę literacką. Czasy bezdnia i panowania Wiecznego Króla... Proszę Was, czy to nie brzmi jak pomysł na najlepszą książkę, jaką przeczytacie w życiu? Bo bez wątpienia trafiła ona na listę moich najważniejszych książek.

Serce tylko boli, ale nie pęka.

Fabuła to taki typowy misz masz. Nie ma tutaj jednej linii czasowej, przeskakujemy z wydarzenia do wydarzenia... Nie lubię tego, a tutaj nie przeszkadzało mi to nic a nic. Dodawało tylko całej historii uroku tajemnicy. Myślałam, że domyśliłam się niektórych wątków, ale okazało się, że Kristoff podszedł mnie jak początkującego czytelnika. Boję się już, co wydarzy się w kontynuacji wiedząc, jak kończy się poszukiwanie Graala i szczęśliwe życie Gabriela. Chciałabym wykrzyczeć Wam o wszystkim, co się tutaj stało i co złamało mi serce. Jest to książka, którą będę polecać każdemu bez wyjątku. Jestem oczarowana, wręcz obsesyjnie zakochana. Czy jest tu ktoś, kto wytatuuje mi Gabriela?

★★★★★★★★★★

Wampirze cesarstwo // Jay Kristoff // Wampirze cesarstwo // tom 1 // 24 listopada 2021 // 896 stron // wydawnictwo MAG

Zobacz inne książki fantastyczne tutaj

Za książkę dziękuję księgarni Tania Książka!

KSIĘGA CZAROWNIC // DEBORAH HARKNESS

września 23, 2019

KSIĘGA CZAROWNIC // DEBORAH HARKNESS

Do Księgi czarownic miałam kilka podejść. Serial znużył mnie przy pierwszym odcinku, a przy książce nie dawałam rady przebrnąć przez pierwszy rozdział. Postanowiłam się zaprzeć i za wszelką cenę dojść do kolejnego rozdziału. Uznałam, że jeśli drugi również będzie mi ciężko wchodził to daruję sobie tę książkę. Szybko okazało się, że to dla mnie coś idealnego i nie mam pojęcia, dlaczego początki były takie trudne. Reszta Księgi czarownic została pochłonięta w dwa dni.

Piękna i młoda doktor historii Diana Bishop studiuje alchemiczne księgi w oksfordzkiej Bibliotece Bodlejańskiej. Jeden manuskrypt promieniuje dziwnym lśnieniem. Brakuje mu kilku stron. A spod pisma wyłania się niemożliwy do odczytania inny tekst.

Diana wie, że, by go odczytać, musiałaby użyć swoich magicznych mocy. Pochodzi bowiem z potężnej rodziny o wielowiekowych czarnoksięskich tradycjach. Z rodziny pierwszej czarownicy straconej w Salem. Ale Diana boi się swojej magii. Broni się przed nią.

Wraca jednak do księgi. Okazuje się jednak, że manuskryptu nie ma w bibliotece, bo zaginął przeszło sto lat wcześniej… Tymczasem Oksfordem wstrząsają tajemnicze morderstwa. A Bibliotekę Bodlejańską zaludniają niebezpieczne czarownice, czarnoksiężnicy, demony i wampiry. Wszyscy poszukują księgi…

Wśród tych istot, których nie sposób odróżnić od ludzi, jest urzekający Matthew Clairmont – tajemniczy światowej sławy profesor biochemii i neurologii.

Diana wie, że nie wolno jej złamać zakazu wchodzenia w uczuciowe związki z przedstawicielami innych ras. Wie, że tę miłość może przypłacić życiem.

Tak rozpoczyna się przebogata opowieść o zakazanej potężnej miłości, wśród walki o tajemnicę, która być może zmieni świat…

Diana jest naprawdę dobrą bohaterką. Może nie czuję do niej ogromnej miłości, jednak wzbudziła we mnie dość dużą dawkę sympatii. Bardzo w niej doceniam jej podejście do życia i chociaż nie popieram jej decyzji o nieużywaniu magii to rozumiem, skąd się wzięła i jakie były jej powody. Z każdą kolejną stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że dzięki niej i Matthew będę ogromną fanką Księgi czarownic. Właśnie. Matthew. Pojawił się i podbił moje serce. Już dawno żadna męska postać nie poruszyła mnie tak mocno jak on. Dołączył do Edwarda i Jace'a na liście ukochanych bohaterów z książek młodzieżowych, o których nigdy nie zapomnę.

Fabuła bardzo skupia się na razie na Dianie i Matthew. Pojawiają się informacje związane z tytułową Księgą i pewne problemy z tym związane, jednak na razie to nie to pełni rolę głównego wątku. Cała sytuacja kręci się wokół Księgi, acz bohaterowie nie poświęcają jej tyle czasu, ile można by się spodziewać. Nie przeszkadzało mi to jednak, a wręcz pasowało. Potrzebowałam takiej historii starego typu, które czytałam mając te trzynaście, czternaście lat i które do tej pory uwielbiam. 

Autorka naprawdę dobrze pisze i wciągnęłam się w tę historię tak, że brakuje mi bohaterów jak kolejnego oddechu. Cały czas chodzę i myślę o Matthew, o Dianie. O tym, co się może dalej wydarzyć i aż drżę ze strachu przed drugim tomem. Zakończenie sugerowało, że od niego wszystko zacznie pędzić na łeb i na szyję, a ja jestem przerażona tym, co może spotkać moich ulubieńców. 

Spodobał mi się świat, w którym żyje Diana. Nie spotkałam się jeszcze z taką kreacją Demonów i naprawdę mocno mnie one ciekawią i fakt, skąd się wzięły. Czarownice i wampiry nie są stworzone na nowo i można powiedzieć, że w ich postaciach mało co nas zaskoczy. Biorąc pod uwagę, że Księga dotyczy powstania każdego z gatunku jestem naprawdę zaintrygowana tym, co wymyśliła Deborah Harkness. Obawiam się jednak, że trochę za wysoko ustawiła sobie poprzeczkę i ciężko jej będzie wybrnąć w sposób spektakularny z tego wszystkiego. Zbyt dużo nauki wmieszała w historię o magii i - chociaż mnie to babranie się w DNA i genetyce mocno zachwyca - może to być jej strzał w kolano.

Nie mogę się już doczekać chwili, gdy chwycę za kolejny tom. Bardzo tęsknię za tym światem, za Oksfordem, towarzystwem osób, które uwielbiają naukę i znają się na niej tak mocno. Otoczenie Diany okazało się być dla mnie praktycznie środowiskiem naturalnym i w towarzystwie naukowców i wampira czuję się wprost doskonale. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda mi się przeczytać cały cykl.

★★★★★★★★☆☆

828 // Księga czarownic // Deborah Harkness // A Discovery od Witches // Grzegorz Komerski, Michał Jakuszewski i inni // Księga Wszystkich Dusz // tom 1 // 16 stycznia 2019 // 576 stron // Wydawnictwo MAG // 49,00 zł

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję wydawnictwu MAG!

KRÓLOWA MROKU I POWIETRZA // CASSANDRA CLARE

września 16, 2019

KRÓLOWA MROKU I POWIETRZA // CASSANDRA CLARE

Cassandra Clare jest tą autorką, dzięki której zaczęłam czytać książki z tego gatunku i zakochałam się w nich. Do tej pory pamiętam jak w mojej miejscowej księgarni tyle razy mijałam Miasto Kości (jeszcze w tej starej okładce, do której mam taki sentyment), że w końcu przekonałam mamę, by mi tę książkę kupiła. Miałam wtedy trzynaście lat i niesamowicie mocno to wszystko przeżyłam. Od tamtej chwili minęło już dziesięć lat, a ja za każdym razem gdy widzę to nazwisko na okładce rzucam się na nią i wiem, że się nie zawiodę. 

A jeśli ceną prawdziwej miłości jest potępienie?

Niewinna krew została przelana na podwyższeniu w Sali Narad, świętej twierdzy Nocnych Łowców. Po tragicznej śmierci Livii Blackthorn Clave znalazło się na krawędzi wojny domowej. Część rodziny Blackthornów udaje się do Los Angeles, by tam szukać źródła choroby niosącej zagładę czarownikom.

Tymczasem Julian i Emma desperacko usiłują zapomnieć o swojej zakazanej miłości i wyruszają z niebezpieczną misją do krainy Faerie, by odzyskać Czarną Księgę Umarłych. Na Dworach odkryją tajemnicę, która może obalić w gruzy świat Nocnych Łowców i otworzyć mroczną drogę w przyszłość, jakiej nikt sobie nawet nie wyobrażał.

Wyścig z czasem trwa. Emma i Julian muszą ocalić świat Nocnych Łowców, zanim zabójcza moc klątwy parabatai zniszczy ich samych i wszystkich, których kochają.

Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać po zakończeniu tej trylogii. Nie da się ukryć, że chociaż dzieje się to wszystko w dobrze nam już znanym świecie, to książki Clare stały się bardziej dojrzałe, dorastają razem z czytelnikami. Byłam strasznie ciekawa, w którą stronę pójdzie autorka i przyznam, że mnie nie rozczarowała. 

Lubię Juliana i Emmę, chociaż nie wzbudzili we mnie takich emocji jak Jace i Clary w Darach Anioła. Ich relacje są bardziej dojrzałe, oni sami więcej przeszli. Para bohaterów z pierwszej serii o Nocnych Łowcach często się tutaj pojawia, choć zmienili się i już nie są przeze mnie tak bardzo uwielbiani. Skupiałam się bardziej na Emmie i Julianie zastanawiając się, dlaczego nie pałam do nich bezgraniczną miłością. W trzeciej części przywiązałam się już do nich na tyle, by trochę się o nich martwić, jednak nie przeżywałam ich przygód tak mocno, jak powinnam. Choć nie powiem, łzy przy czytaniu Królowej Mroku i Powietrza się polały, ale nie ze względu na nich. 

Podoba mi się kierunek, w którym zmierza Clare i ciekawa jestem kolejnej serii z uniwersum Nocnych Łowców. Autorka coraz odważniej sobie pogrywa i podziwiam ją za wydarzenia z tej książki. Pisarz musi mieć duże samozaparcie, by umieć tak mocno wszystko pozmieniać i pozwolić swoim bohaterom zacząć wszystko od nowa. 

Głównych wątków jest tutaj kilka, a jeden a nich może razić tych co wrażliwszych. Sama czasami miałam różne myśli na ten temat i niby mi to nie przeszkadzało, jednak jakiś niesmak pozostał. Spodobało mi się, że sporo tutaj Aleca i Magnusa, bo bardzo lubię ich parę. Mimo to jednak zakończenie było takie nie w stylu Clare i trochę nie na miejscu. Gdyby nie to moja ocena byłaby o ten jeden punkcik wyższa. Po rozmowie z przyjaciółkami wiem, że mają takie samo zdanie co do końca tego cyklu. 

Mogłoby się wydawać, że nic, tylko narzekam, jednak wypisując wszystkie plusy i kwestie, które przypadły mi do gustu, nigdy nie skończyłabym pisać. Fabularnie ta książka to istny majstersztyk i cieszę się, że zaczęłam te dziesięć lat temu przygodę z Cassandrą Clare. Jedyną rzeczą, do której jeszcze mogę się przyczepić, są dłużyzny. Autorka zbyt rozwlekle momentami się rozpisuje, przez co książka jest zwyczajnie za długa. Wybaczę jej to jednak - za bardzo uwielbiam Nocnych Łowców i ten świat, by z takiego błahego powodu już nigdy do niego nie powrócić. 

★★★★★★★★★☆

826 // Królowa Mroku i Powietrza // Cassandra Clare // Queen of Air and Darkness // Wojciech Szypuła, Małgorzata Strzelec // Mroczne Intrygi // tom 3 // 3 lipca 2019 // 1072 strony // Wydawnictwo Mag // 49,00 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu!


Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Karolina 🌿 (@papierowemiasta)
RYTMATYSTA // BRANDON SANDERSON

kwietnia 06, 2019

RYTMATYSTA // BRANDON SANDERSON

Tyle czasu minęło od chwili, gdy miałam coś nowego od Brandona Sandersona w ręce, że na samą myśl aż mi słabo. Wiem, że pisanie zajmuje mu dużo czasu i dzięki temu jego historie są tak doskonałe, ale czasami żałuję, że nie ma tempa jak Remigiusz Mróz. Biorąc do ręki Rytmatystę wiedziałam, że się nie zawiodę. Jedyne pytanie, które mnie nurtowało, to takie, czy będzie to coś genialnego na miarę Drogi królów czy raczej Z mgły zrodzonego. Trochę domyślałam się, że bardziej to drugie i tym razem miałam rację.

Joel ma tylko jedno marzenie. Ponad wszystko pragnie zostać Rytmatystą, co jednak jest niemożliwe. Dawno już przekroczył wiek, który pozwala przejść próbę i Mistrz nie powołał go do służby. Ich misją jest obrona Amerykańskich Wysp przed dzikimi kredowcami, które zagrażają życiu wielu ludzi. Po ukończeniu szkoły Rytmatyści zostają wysyłani na terytorium Nebrasku, które już prawie w całości zostało opanowane. Joel chodzi do szkoły dla naprawdę zamożnych, jednak nie należy do ich grona. Tutaj bogate dzieciaki uczą się obok Rytmatystów, ale nie integrują się między sobą i nie są dopuszczani do rytmatynych tajemnic. 

Joel poszukuje sposobów, by wemknąć się na wykłady dla Rytmatystów i przez przypadek zostaje świadkiem pojedynku, przez który profesor Fitch traci swoje miejsce w szkole. Od tamtej chwili wszystko się zmienia. Uczniowie zaczynają znikać - pozostaje po nich jedynie trochę krwi i rytmatyczne rysunki. Chłopiec postanawia pomóc rozwiązać tę zagadkę.

Najbardziej niebezpiecznym typem człowieka nie jest ten, który spędził młodość, pomiatając innymi. Taki człowiek robi się leniwy i często jest zbyt zadowolony ze swojego życia, by stanowić prawdziwe zagrożenie. Jednak człowiek, który spędził młodość pomiatany... Kiedy ktoś taki zyska odrobinę siły i władzy, często wykorzystuje je, by stać się tyranem dorównującym najgorszym wodzom znanym z historii.

Zacznijmy - jak zawsze - od głównego bohatera. Joel jest przeciętnym chłopcem, którego interesują nieprzeciętne rzeczy. Bycie Rytmatystą zaprząta jego myśli od dawna, a świadomość, że jest naprawdę dobry w naukach ścisłych i w rysunkach, które jednak nie ożywają pod jego dotykiem, sprawia mu ból. Wie, że nadaje się do tej roli, ale nic nie zmieni jego położenia. Taki potencjał niemożliwy do wykorzystania. Muszę przyznać, że nie pokochałam Joela, ale naprawdę polubiłam. Brakuje mu tego czegoś, co ma Kaladin czy miał Kelsier. Mimo to naprawdę miło było przeżywać z nim te wszystkie przygody i cieszę się, że ciąg dalszy nastąpi.

Moją sympatię zdobył profesor Fitch swoją nieporadnością i tym, co zrobił podczas zakończenia. Jego otwartość na Joela przypomniała mi profesora Dumbledore'a, z Harry'ego Pottera. Mam tylko nadzieję, że ostatecznie Fitch nie wystawi Joela na śmierć. Podobnie postać Melody i jej pokręcony charakter (na pewno jest wzorowana na kimś z Krainy Czarów!) bardzo przypadła mi do gustu i widzę w niej spory potencjał.

W Rytmatyce słowa nie są ważne. Jedynie liczby mają znaczenie, a okrąg dominuje ponad wszystkim.

Jeśli chodzi o Rytmatykę to jest dopracowana w najmniejszych szczegółach. Sanderson jest już z tego znany, ale tym razem mamy tutaj coś bardzo skomplikowanego. Nie pod względem ogólnego pojmowania, z czym to się je, ale te wszystkie schematy obrony, wiązania... Czułam się jak na lekcjach rozszerzonej fizyki, gdy nie było mnie dwa tygodnie w szkole. Dzięki rysunkom, których tu mnóstwo, naprawdę można doskonale pojąć teorię. Uparcie próbowałam nauczyć się poszczególnych technik, ale w pewnym momencie sobie darowałam. Zostawiłam to Joelowi, dla którego było to czymś bardzo naturalnym. Rytmatyka bardzo mi się spodobała, czego się spodziewałam, bo jeszcze nigdy mnie ten autor nie zawiódł.

Jak zawsze nie ma tutaj zbyt dużo wątków, które łatwo przewidzieć, co jest ogromnym plusem książek Sandersona. Powiedziałabym, że jest to historia dla młodzieży, podobnie jak Z mgły zrodzony. Mimo to naprawdę warto po Rytmatystę sięgnąć i dać się zaskoczyć. Nie mogę doczekać się chwili, gdy na rynku pojawi się kontynuacja. Sanderson mistrz. Zawsze, na zawsze.

★★★★★★★★★★

801 // Rytmatysta // Brandon Sanderson // Rithmatist // Anna Studniarek // Rytmatysta // tom 1 // 27 lutego 2019 // 310 stron // Wydawnictwo Mag // 29,00 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu!

Podoba Ci się zdjęcie?


Post udostępniony przez Karolina & Leon 👶🏼 & Luna 🐱 (@_kyou_)
🌊 OCEAN NA KOŃCU DROGI // NEIL GAIMAN

grudnia 12, 2018

🌊 OCEAN NA KOŃCU DROGI // NEIL GAIMAN

Po ostatnim zbiorze opowiadań Neila Gaimana byłam trochę sceptycznie nastawiona do jego twórczości, co jest dosyć dziwne, bo większość jego książek przypadała mi do gustu i nie powinnam tak do tego podchodzić. Wiedziałam, że jeśli minie zbyt dużo czasu nie będę mogła zabrać się ponownie za to, co stworzył, więc szybko zdecydowałam się na przeczytanie Oceanu na końcu drogi, czyli najświeższego wznowienia od wydawnictwa MAG. Udało mi się kiedyś upolować za grosze poprzednią edycję, jednak nigdy nie sięgnęłam po nią i cieszę się, że tym razem nie odpuściłam. To jedna z lepszych - o ile nie najlepsza - książka Gaimana, jaką przyszło mi czytać. Wylądowała też na liście najlepszych książek roku 2018. 

Główny bohater Oceanu na końcu drogi ma czterdzieści siedem lat gdy przyjeżdża do swojej rodzinnej miejscowości. Nie ma ochoty spotykać się ze swoją rodziną, więc postanawia odwiedzić miejsca, gdzie spędził dzieciństwo. Odwiedzając farmę Hemsptocków nagle przypomina sobie wydarzenia, których był świadkiem, gdy miał siedem lat. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy razem z ojcem odrywa on kradzież samochodu. Pojazd odnajduje się szybciutko, acz na tylnym siedzeniu znajduje się trup. Właśnie to samobójstwo powoduje uwolnienie mocy, które nie zawsze mają dobre intencje. Przed długim, policyjnym przesłuchaniem ratuje go jedenastoletnia Lettie Hempstock zabierając go na swoją rodzinną farmę. To właśnie do niej po pomoc biegnie chłopiec, gdy wszystko zaczyna się komplikować jeszcze bardziej.

W tym właśnie problem z żywymi istotami. Nie trwają zbyt długo.

Główny bohater Oceanu na końcu drogi był mi dość obojętny, jednak myślę, że to celowy zabieg autora. Dlatego też jest on bezimienny. To nie o niego tutaj chodzi, tylko o rodzinę Hemsptocków i ich rolę, jaką pełnią dla ludzkości. Z tego też powodu mimo młodej postaci głównej nie uznałabym, że jest to książka dla dzieci, jak to było w przypadku Koraliny. Tam czytelnik dostawał sporą dawkę grozy, jednak było czuć, że odbiorcą powinien być młodszy czytelnik. Tym razem od początku wyczuwa się atmosferę rodem z Amerykańskich bogów, co odkryłam z przyjemnością. Miło wspominam tamtą lekturę. Odnalezienie trupa samobójcy było dla chłopca czymś szokującym, jednak nie rozumiał do końca na co patrzy, przez co nie miał traumy do końca życia ani nie odczuwał ciągłego strachu.

Postać Ursuli Monkton skojarzyła mi się z drugą matką Koraliny i trzeba przyznać, że Gaiman umie tworzyć takich karykaturalnych, przerysowanych bohaterów, których od razu można połączyć ze złem. Przyznam, że obawiałam się trochę tej kobiety, chociaż tak naprawdę nie było co do tego żadnych przesłanek. Mimo to moje spojrzenie przyciągnęła rodzina Hemsptocków i te trzy kobiety trafiły na listę moich ulubionych bohaterek. Jedenastoletnia Lettie, jej matka czy wiekowa babka zostały stworzone w taki sposób, by nieść otuchę i kiedy o nich myślę jest mi wręcz ciepło na sercu.

Wiedziałem, że dorośli nie powinni płakać. Nie mieli matek, które ich pocieszą.

Chciałabym umieścić tutaj wszystkie uczucia, które czuję, gdy myślę o Oceanie na końcu drogi i żałuję, że jest to niemożliwe. Fabuła zachwyciła mnie na tak wysokim poziomie, że kusi mnie nazwać tę książkę najlepszą książką Neila Gaimana, jaką do tej pory czytałam. Sama historia nie jest zbyt skomplikowana, a motyw walki ze złem jest już bardzo oklepany, jednak autorowi udało się napisać coś bardzo oryginalnego, wypełnionego magią aż po samą okładkę. Relacje chłopca z Lettie dodają tylko uroku i nie można się od Oceanu na końcu drogi oderwać. Kiedy zaczęłam ją czytać już nie przestałam, aż do samego końca.

Wspomnieć też trzeba o niezwykłym kunszcie, z jakim pisze Gaiman. Teoretycznie każda z jego książek jest napisana naprawdę cudownie i nie można mu odmówić talentu, jednak Ocean czytało mi się jeszcze lepiej. Być może dlatego, że porównywałam go trochę z Drażliwymi tematami, które ani odrobinę nie przypadły mi do gustu. Myślę jednak, że po tę króciutką historię powinien sięgnąć każdy - czy miał już styczność z Gaimanem i nie było to udane spotkanie czy nie. Jest to dobra książka na początek przygody z autorem, bo zawiera w sobie wszystko, co najlepszego można odnaleźć w Gaimanie.

Ogólna ocena: 10/10 (arcydzieło)

776 // Ocean na końcu drogi // Neil Gaiman // The Ocean at the End of the Lane // Paulina Braiter-Ziemkiewicz // 5 września 2018 // 192 strony // Wydawnictwo MAG // 25,00 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu!

Zobacz, o jakich dwóch książkach będą niedługo posty na blogu 👇


Cześć, cześć. Odliczamy już do wizyty na porodówce. I wiecie co? Już sama nie wiem, czy się tak okropnie boję, czy po prostu chcę, by już go wyjęli i żebym mogła ograniczyć wizyty w kibelku. 😅 ————————————————— Do leonowej biblioteczki dołączyły dwie nowości. Zarówno Wielki dzień Małej Króliczki jak i Dom na górze to cudownie wydane książeczki. Ciężko stwierdzić w jakim wieku powinni być odbiorcy, jednak ja planuję włączyć je dosyć szybko do wieczornego rytuału czytania. Nigdy nie jest za wcześnie na naukę tolerancji i tego, że trzeba pomagać innym. 😊 Ilustracje są tak cudowne, że zainteresują każdego małego czytelnika. Nie mogłam się od nich oderwać. 🥰 ————————————————— #waitingforbaby #38weekspregnant #38tc #jestemwciazy #jestembojestes #9monthspregnant #rodzewgrudniu #rodzew2018 #babyiscoming #christmasiscoming #meandson #babyboy #itsaboy #lovemyson #lovemyfamily #brzuchatka #instamama #instamatka #bookstagram #bookstagrampl #bookforkids #beautybook #waitingforbabyboy #pregnantandperfect #pregnantandsexy #synekmamusi #newbook #bookhaul #forkids #babyroom
Post udostępniony przez Karolina & Luna 🐱 (@_kyou_)
DRAŻLIWE TEMATY // NEIL GAIMAN

listopada 19, 2018

DRAŻLIWE TEMATY // NEIL GAIMAN

Jestem wielką fanką Gaimana i mam wrażenie, że każdą moją opinię o jego książce zaczynam w ten sam sposób. Zwykle zapowiada to same pozytywne emocje, jednak tym razem nie mogę Wam tego obiecać. Wyczekałam się na ten zbiór opowiadań bardzo. Po przeczytaniu Dymu i luster oraz Rzeczy ulotnych byłam zakochana w krótkiej formie tworzonej przez tego autora nawet bardziej niż w długiej. Co już samo w sobie jest zaskoczeniem, bo jednak za takimi zbiorami nie przepadam i naprawdę bardzo rzadko przypadają mi do gustu. Myślałam, że pojedziemy zgodnie z prawem serii i Drażliwe tematy okażą się świetną przygodą, jednak już sam wstęp w jakiś sposób mnie ostrzegł, że tym razem może być inaczej.

Przez prawie trzydzieści stron autor wyjaśnia nam powód nazwania tego zbioru tym tytułem i jak w poprzednich przypadkach krótko objaśnia co skłoniło go do napisania każdego z opowiadań i jaki był tego cel. Jest to zabieg, który już u niego spotkałam wcześniej, stąd moje zadowolenie. Dzięki temu można zrozumieć dużo lepiej opowieści i skąd się wziął ogólny zamysł. Gaiman potrafi zaintrygować tymi skrótami i przyznam, że niekiedy miałam ochotę niektóre historie ominąć, jednak owa przedmowa skutecznie mnie od tego odciągnęła.

Przed czym powinno się nas ostrzec? Wszyscy mamy swoje własne drażliwe tematy.

Opowiadania tutaj zawarte są różne. Wydaje mi się, że ogólna ich tematyka nie przypadła mi za bardzo do gustu, stąd ten brak zainteresowania sporą częścią historii. Każda z nich wywołuje w czytelniku jakieś emocje, nie zawsze pozytywne. Łatwo z tej ilości wyłowić coś dla siebie, ale są tacy, którzy zakochają się w większej ilości opowiadań i tacy, którym do gustu przypadną tylko nieliczne. Ja - niestety - znalazłam się w tej drugiej grupie ludzi i żałuję tego okropnie. Dym i lustra były dla mnie idealnym zbiorem i widocznie nie było możliwości, by pokochać cały tryptyk.

Widać, że Gaiman jest autorem bardzo wszechstronnym i utalentowanym. Mimo, że nie jestem zachwycona i zakochana nie sposób jest nie docenić tego, jak szerokie horyzonty ma ten człowiek. Mamy tutaj różne gatunki krótkiej formy i nie sposób nie zauważyć, jak misterne opowieści tworzy Neil. Spora dawka wierszy jest naprawdę czymś wyśmienitym. Chciałabym kiedyś dostać do rąk tomik poezji Gaimana, bo to zdecydowanie jest coś dla mnie. Wiem, że dużo osób narzeka na wiersze w jego wydaniu, jednak według mnie to jedne z lepszych tworów zawartych w Drażliwych tematach.

Miałem dwanaście lat. Przeczytałem książki, obejrzałem film i w chwili gdy papier osiągnął temperaturę, w której zaczyna płonąć, pojąłem, że będę musiał to zapamiętać. Bo ludzie muszą pamiętać książki, skoro inni ludzie je palą albo zapominają. Zapiszemy je w pamięci. Staniemy się nimi. Staniemy się autorami. Staniemy się książkami.

Opowiadaniem, które zachwyciło mnie w Drażliwych tematach najmocniej jest to poświęcone Rayowi Bradbury'emu. Bardzo lubię - mało powiedziane - 451 stopni Fahrenheita i cieszę się, że zainspirowała ta książka Gaimana do tej opowieści, bo ma w sobie taką magię, której brakowało pozostałym. Utożsamiłam się z jego głównych bohaterem, poczułam się częścią tego wszystkiego i przypomniałam sobie, jak czułam się podczas lektury Dymu i luster. Gdybyście mieli przeczytać tylko jedną historię z tego zbioru zdecydowanie wybierzcie Człowieka, który zapomniał Raya Bradbury'ego. Jest to arcydzieło samo w sobie.

Wydanie Drażliwych tematów nie odbiega cudownością od innych wznowień Gaimana. Okładka wręcz podoba mi się chyba najbardziej i aż żałuję, że książka nie okazała się tak samo dobra. Mimo to cieszy mnie fakt, że miałam możliwość po raz kolejny spędzić czas z tym autorem, bo ma w sobie to coś, tę magię, której oczekuje się po twórcach takich jak on. Być może tym razem Neil Gaiman nie podbił mojego serca, ale wciąż jestem zdania, że to jeden z lepszych współczesnych autorów i zasługuje na sporą dawkę szacunku, a każda jego kolejna książka porusza w człowieku pewną strunę i już nie jest się tą samą osobą, którą było się przed wzięciem do ręki stworzonej przez niego historii.

Ogólna ocena: 06/10 (dobra)

769 // Drażliwe tematy // Neil Gaiman // Trigger Warning: Short Fictions and Disturbances // Paulina Braiter-Ziemkiewicz // 6 czerwca 2018 // 400 stron // Wydawnictwo MAG // 39,00 zł 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Mag!

Polub zdjęcie tutaj 👇
„ZOSTAŁA JEDNA STRONA POŻAROWI WYDARTA” 🔥

maja 22, 2018

„ZOSTAŁA JEDNA STRONA POŻAROWI WYDARTA” 🔥

451 stopni Fahrenheita to temperatura, w której płonie papier. Kiedy pierwszy raz przeczytałam tę książkę uznałam, że potrzebuję jej w swojej biblioteczce. Była ona jednak wszędzie albo niedostępna, albo pierońsko droga. Istny biały kruk. Myślałam, że czekanie na wznowienie będzie trwało wieki, jednak wydawnictwo Mag bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Kiedy wzięłam już własny egzemplarz do ręki uznałam, że pragnę przeczytać tę historię raz jeszcze, żeby sprawdzić, czy zachwyci mnie równie mocno. Szybko okazało się, że Ray Bradbury nie zawodzi. 

Guy Montag jest strażakiem. Minęły już lata, odkąd ten zawód zajmował się gaszeniem pożarów. Teraz tacy mężczyźni zajmują się ich rozniecaniem. Książki są zakazane, a posiadanie ich karane. Spora część społeczeństwa jest zadowolona z takiego życia, więc nie protestuje, gdy kolejne zbiory książek często wraz z domami i właścicielami giną w płomieniach. Montag od zawsze tak funkcjonuje, jednak jedno spotkanie z niezwykłą dziewczynką sprawia, że zaczyna dostrzegać to, co wszystkim im umyka, a literatura ma wiele do powiedzenia.

Książki trzepotały, skrzydlate jak gołębie, i umierały na werandzie i trawniku przed domem, ginęły w wirach iskier, rozwiewanych czarnym wiatrem pożogi.

Montag jest dziwnym bohaterem. Bardzo specyficznym. Początkowo czułam się tak, jakby narratorem był ten zły, czarny charakter. Bolało mnie samo czytanie o tym, jak płoną książki, które mają w sobie tak wiele. Widziałam jednak jak Guy się zmienia, ewoluuje i zaczęłam go rozumieć. Ciężko jest mieć komuś za złe bycie częścią społeczeństwa. Montag od dziecka musiał żyć w takim świecie i nie miał nikogo, kto pokazałby mu inną drogę. Właśnie w tym tkwi geniusz 451 stopni Fahrenheita. Bradbury nie stworzył tutaj setek postaci, tylko kazał nam skupić się na kilku, które różnią się od siebie diametralnie, a reprezentują sobą grupy, występujące w tym świecie.

CZYTAŁAM TĘ KSIĄŻKĘ DZIEWIĘĆ DNI 😱

maja 12, 2018

CZYTAŁAM TĘ KSIĄŻKĘ DZIEWIĘĆ DNI 😱

OPINIA NIE ZAWIERA SPOJLERÓW Z DAWCY PRZYSIĘGI I

Kiedy skończyłam czytać pierwszą połowę Dawcy przysięgi uznałam, że wydawnictwo podjęło bardzo dobrą decyzję z podzieleniem tej opowieści na dwa tomy. Początkowo byłam do tego sceptycznie nastawiona - dlaczego większa część świata ma poznać zakończenie tej części szybciej ode mnie? - jednak kiedy zakończyłam tom pierwszy nie ciągnęło mnie od razu do kontynuacji. Ta seria Brandona Sandersona ma to w sobie, że potrzebuję czasu, by przetrawić wszystkie wydarzenia, zmiany postaci i co chwilę dodawane elementy świata. Ten autor ma to do siebie, że jego historie są pełne szczegółów i jestem pewna, że powinnam jeszcze ze dwa razy przeczytać Drogę królów oraz Słowa światłości, by chociaż w jednej trzeciej zrozumieć wszystkie zależności. 

Mimo objętości nigdy nie miałam problemów z szybkim przeczytaniem żadnej z części Archiwum burzowego światła. Zajmowało mi to kilka dni, z powodu obowiązków, jednak nie mogłam oderwać się od wszystkich wydarzeń i chciałam wiedzieć, co będzie dalej. I dlaczego. W przypadku Dawcy przysięgi II szybko odkryłam, że podział na połowy miał pewien minus. Osoby, czytające jeden tom po drugiej będą wciąż kontynuowały tę przygodę z impetem. Ja, po kilku miesięcy przerwy od lektury, miałam pewien problem z powrotem do tego świata, z połączeniem rozgrzebanych wątków, przypomnieniem sobie, kim dana postać jest i skąd się wzięła. Pamięć do książek mam naprawdę dobrą, więc złapałam się za głowę z pewną dozą rozpaczy. 

Nie ma jednoznacznych zwycięstw. Jedynie takie, w których twoich przyjaciół zginęło mniej niż tamtych.

To, jak Sanderson rozwija wszystkie postaci wciąż mnie szokuje. Zawsze zastanawiało mnie, jak można stworzyć osobę ot tak, od podstaw. Cały jej życiorys, charakter, wygląd i przy okazji nie gubić się w tym jej życiu. Ten autor robi to wielokrotnie, mając równocześnie zarys całej historii do samego końca. I to niesamowite, jednak widać ten plan w każdym zdaniu. Nauczyłam się już, że nic tutaj nie jest wypowiedziane przypadkiem. Wciąż jestem ogromną fanką Kaladina. Jego osoba jest chyba największym symbolem tego cyklu, podobnie jak Most Czwarty. To, jak zachowuje się w Dawcy przysięgi II przypomina mi tego Kala, którego pokochałam w Drodze królów i za którym podążałam przez następne tomy. Bo to on jest światłem, uosobieniem dobra. A przynajmniej w moim odczuciu. W mojej pamięci nie zatarł się ani jeden wątek z jego przeszłości. Znam jego losy tak dobrze, jakbym przeżyła to wszystko z nim. 
Copyright © Życie z książką , Blogger