Czy jest tu ktoś, kto tak bardzo jak ja czekał na czwarty sezon Sherlocka? Śmiem wątpić, naprawdę. To, ile razy gwałciłam wszystkie dostępne odcinki pozostanie dla Was tajemnicą, jednak nie będę ukrywać, że jestem w stanie obudzona w środku nocy przytaczać całe fragmenty. Zastanawiałam się, czy chcę dzielić się z internetowym światem swoją opinią o tym, co Mark Gatiss i Steven Moffat ze mną zrobili. Bo zrobili dużo więcej niż te wszystkie egzaminy na uczelni, które runęły mi równocześnie na głowę: przerobili mi mózg na mielonkę, serce podeptali i jeszcze zapewne dobrze się przy tym bawili. Typowo. 😶 Nie wiem, jak poradzić sobie teraz z tym wszystkim, więc tak: będę wyżalać się w internecie. Bardzo dorośle. Bardzo.
Pierwszy odcinek w ogóle mnie do siebie nie przekonał. Po pierwsze: Sherlock to nie był TEN MÓJ Sherlock. Oczekiwałam kolejnej dawki sceptyzmu, socjopatyczności i sporej dawki dedukcyjnego geniuszu. Co dostałam? Sherlocka siedzącego z nosem w telefonie (!), na Twitterze (!!) i szczerzącego ząbki w uśmiechu do dziecka Johna. O ile jeszcze tę ostatnią zmianę jestem w stanie znieść, to aktywnego społecznie Holmesa nie. Po prostu nie. Niech już sobie będzie tym człowiekiem bardziej, ale niech nie zatraca przy tym sherlockowatości, bo tego jestem w stanie nie przeżyć. 💔 Rozumiem, że pokazanie tej jego nowej - ludzkiej - strony było zapewne planowane od samego początku (metamorfozy postaci obowiązkowe w każdym serialu/książce/filmie), ale (po raz kolejny) zostałam rzucona na zbyt głęboką wodę i nie byłam w stanie tego przeżyć. Zapewne dlatego wciąż nie pooglądałam ponownie The Six Thatchers i w innym wypadku znalazłabym czas pomiędzy wkuwaniem do testów, żeby chociaż jeszcze raz przeżyć to wszystko.

Trzy lata czekania na kolejny sezon, a skończyło się na tym, że po pooglądaniu pierwszego odcinka tego sezonu miałam do powiedzenia tylko jedno: aha. Bardzo inteligentnie, to pewne. Sama zastanawiałam się nad tym, co mi się tutaj nie spodobało oprócz zbyt ludzkiego (uh) Sherlocka i nie potrafiłam tego stwierdzić. Chciałam nawet napisać coś o moich wrażeniach, ale tych wrażeń nie było jakoś specjalnie dużo, a pisanie o nich nie miało zbytniego sensu. Powinnam jednak przejść do najważniejszych wydarzeń tego odcinka, czyli do śmierci Mary. 🙈 Przyznaję się z góry, że się tego nie spodziewałam. Zabicie jednej z głównych postaci wciąż mnie szokuje. Jestem jedną z wielu ofiar mitu o nieśmiertelności głównych bohaterów. Brawo ja. Kiedy minął pierwszy szok - i drugi - doszłam do wniosku, że to dosyć logiczne posunięcie. I na tym jednak logika się kończy, bo John wcale nie przejmuje się tym, że jego dziecko zostało w połowie sierotą i w ogóle się nim nie zajmuje i nie dba jakoś specjalnie o to, by się nie narażać, by już całkiem nie osierocić swojego potomka. Dosyć nieodpowiedzialne podejście do życia. Sherlock ma na niego zbyt duży wpływ. 😶 Może Wam się wydać dziwne, że tyle uwagi poświęcam noworodkowi, jednak skoro Watson tego nie robi, to ktoś musi. Życie doktora praktycznie nie uległo zmianie: tak jakby sam nie zauważył, że teraz jest ojcem.