Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarne Światła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarne Światła. Pokaż wszystkie posty
SPEKTRUM // MARTYNA RADUCHOWSKA

października 12, 2018

SPEKTRUM // MARTYNA RADUCHOWSKA

Bardzo ucieszyłam się, gdy wzięłam do ręki Spektrum, czyli kontynuację Łez Mai, Martyny Raduchowskiej. Pierwszy tom Czarnych świateł bardzo przypadł mi do gustu i nie mogłam się doczekać chwili, gdy nadejdzie dzień premiery części drugiej. Już sam początek sprawił, że od razu wróciłam do New Horizon, jednak razem z tą radością pojawiło się spore rozczarowanie. Oczekiwałam bezpośredniej kontynuacji Łez Mai, a otrzymałam praktycznie tę samą książkę, tylko z perspektywy androidki. Oczywiście dzięki temu dowiadujemy się o rebelii naprawdę sporo - Jared praktycznie cały dzień buntu jak i kilka następnych lat przeczekał w śpiączce, więc dopiero Spektrum uzupełnia całą tę historię, jednak dużo bardziej wolałabym pominąć te kwestie i po prostu... ruszyć do przodu.

Z powodu różnic w społeczeństwie, który dzieli się teraz wyłącznie na tych obrzydliwie bogatych, a tych biednych, New Horizon zostało rozdarte na pół. Jedna część ludzi - ci, których stać na doskonalenie się z pomocą wszczepów i implantów - zdobywa wykształcenie i najlepsze posady, przez co biedniejsi nie mają możliwości odbicia się od dna, co jeszcze bardziej pogłębia kryzys. Szansą dla nich jest reinforsyna, która pobudza ich umysły i daje im większe możliwości. Zapada jednak ostateczna decyzja: środek zostaje wycofany z rynku. Atak na siedziby producenta jest nieunikniony. Ulice zalewają ludzie pod wpływem, do których dołączają androidy - reinforsyna jest dla nich jedyną możliwością, by osiągnąć to, za czym wciąż tęsknią - ludzkie uczucia.

Ten dzień sprawił, że Jared Quinn już zawsze będzie w jakiejś części cyborgiem. Żeby uratować mu życie lekarze nafaszerowali go elektroniką, przez co nienawidzi sam siebie. Uraz ma też do androidów po tym, jak jego partnerka Maya zdradziła go i system. Problem w tym, że tylko ona wie, co wtedy się wydarzyło.

Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś, że prawdziwa głupota za każdym razem pokona sztuczną inteligencję. 

W Spektrum to Maya jest główną bohaterką i to tym razem z jej perspektywy śledzimy Dzień Buntu i wszystko to, co przed nim i po nim. Nie jestem zbytnio fanką replikantki i dużo bardziej podobały mi się Łzy Mai, gdy to Jared był naszą kluczową postacią. Dziewczyna - o ile tak mogę ją nazwać - próbuje tutaj odnaleźć siebie, równocześnie zostając lojalną Quinnowi, chociaż te dwie kwestie bardzo ciężko jest połączyć. Chęć odczuwania emocji i bycia uznawaną za osobę czującą cechuje każdego replikanta, więc doceniłam jej wytrwałość i niektóre z podjętych decyzji. Mimo to wciąż nie wzbudziła we mnie takiej dawki sympatii, jakiej się spodziewałam. Za mało mi tu było Jareda Quinna.

Społeczeństwo New Horizon przypomina większość tych, które możemy spotkać we wszelakich dystopiach. O ile we Łzach Mai dużo lepiej je poznaliśmy, tak w Spektrum trochę potraktowano zarówno je jak i sytuację społeczną po łebkach, skupiając się bardziej na pytaniu, czy androidy zasługują na takie prawa, jakie przysługują prawdziwym ludziom. Osobiście uważam, że należy im się taki sam szacunek, jakiego wymaga człowiek. Dając im reinforsynę tworzymy byt prawie identyczny do naszego, co z pewnością może przerazić. Koniec końców człowiek dając maszynie takie możliwości dałby jej też do ręki pistolet, który kiedyś mogliby przyłożyć nam do głowy. Można by napisać na ten temat długie wypracowanie, a i tak wszystko zależy od charakteru i empatii danej osoby, która miałaby podjąć taką decyzję.

Obawiam się, że nie warto było płacić takiej ceny za człowieczeństwo. Ludzkie błędy nader często bywają śmiertelne. 

Chciałabym powiedzieć, że można spokojnie darować sobie lekturę Spektrum i czekać na bezpośrednią kontynuację, jednak byłoby to sporym kłamstwem. Druga część uzupełnia te luki, które dostrzegłam we Łzach Mai, jednak równocześnie nie wciągnęły mnie tak mocno, jak tego oczekiwałam. Spektrum dało mi jednak obraz tego, co może się wydarzyć w części trzeciej, dlatego też wiem, że jest to historia niezbędna, chociaż odrobinę mnie nużyła. Pojawiły się nowe wątki, ale nie były na tyle interesujące - w moim odczuciu - by uznać, że to właśnie ten tom jest tym lepszym. Myślę, że Martyna Raduchowska ma jeszcze więcej do pokazania światu i dopiero się rozkręca. Czarne światła na pewno niejednokrotnie nas jeszcze zaskoczą.

Ogólna ocena: 07/10 (bardzo dobra)

755 // Spektrum // Martyna Raduchowska // Czarne światła // tom 2 // 3 października 2018 // 416 stron // Wydawnictwo Uroboros // 39,99 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję grupie wydawniczej Foksal!

Podoba Ci się zdjęcie? Zostaw serduszko na instagramie! 👇



Post udostępniony przez Karolina & Luna 🐱 (@_kyou_)
ŁZY MAI // MARTYNA RADUCHOWSKA

lipca 27, 2018

ŁZY MAI // MARTYNA RADUCHOWSKA

Odkąd przeczytałam początkiem roku Szamankę od umarlaków i Demona Luster gdzieś tam z tyłu głowy miałam chęć przeczytania Łez Mai. Wstyd się przyznać, jednak już dawno dostałam egzemplarz przedpremierowy tej książki, jeszcze od Fabryki Słów i nigdy nie udało mi się za niego zabrać. Nie jestem nawet pewna dlaczego, jednak teraz - już po lekturze - bardzo się cieszę, że tak odwlekałam to w czasie. Tamten cykl, od którego rozpoczęłam przygodę z autorką, trafił w mój gust w stu procentach. Poczucie humoru pobiło Martę Kisiel, historia wciągnęła mnie niczym 1800 Jeśli widziałeś zadzwoń czy Pośredniczka, Meg Cabot. Nigdy nie ukrywałam, że to w tamtych młodzieńczych czasach literatura robiła na mnie największe wrażenie, a to były pierwsze książki paranormal romance, od których rozpoczęła się moja przygoda z czymś innym niż obyczajówki. Dopiero Szamanka od umarlaków przypomniała mi tamte uczucie i sprawiła, że pokochałam autorkę całym serduszkiem. Łzy Mai zaś to historia już całkiem inna i gdybym zaczęła twórczość Martyny Raduchowskiej od niej pewnie nie doceniłabym jej i po kolejne książki nie sięgnęła.

Lata 30. XXI wieku. Świat mocno rozwinął się technologicznie i nie można od zaawansowanej technologii uciec. Człowieka można dowolnie ulepszać, sztuczne organy, wszczepy do mózgu czy wszelkie implanty są na porządku dziennym. Jednak nigdy nie było nic za darmo i nie będzie. Tylko naprawdę bogatych stać na te wszystkie dodatki, co sprawia, że tylko oni mogą brać udział w wyścigu szczurów i zdobywać jeszcze większy majątek. Powiększa to jedynie rozłam między warstwami społecznymi i nie ma już klasy średniej. Ratunkiem dla uboższych jest reinforsyna, umiejętności w pigułce. Szybko okazuje się jednak, że jej twórcy wcale nie myślą o dobru najbiedniejszych, co wywołuje zamieszki i Bunt. Jared Quinn wylądował w samym ich środku, co prawie przypłacił życiem. Stracił wtedy wszystkich współpracowników z wydziału zabójstw, w którym pełni funkcję porucznika. Po trzech latach śpiączki i ciężkich operacji w końcu może powrócić do pracy, jednak ma zasady: żadnych replikantów w zespole, żadnych androidów, żadnych cyborgów. Nie po tym, jak w czasie Buntu zdradziła go własna replikantka, Maya. A w New Horizon pojawia się morderca, który doskonale wie, jak dać prztyczka w nos policyjnej technologii. Czas wrócić do staromodnych metod.

Początkowo nie mogłam się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości. Wiedziałam, że będzie mi ciężko - nie przepadam za książkami, które dzieją się w zaawansowanej technologicznie przyszłości. Dużo lepiej znoszę podróże w przeszłość. Kiedy zaczynamy poznawać całą historię przeskakujemy z wydarzenia do wydarzenia, z przeszłych wydarzeń do teraźniejszych, do minionych rozmów, wcześniejszych obietnic. Miesza to w głowie dość mocno, gdyż skaczemy przy okazji też po bohaterach, co na początku może naprawdę w głowie pomieszać. Kiedy już uporządkowałam sobie całą sytuację społeczną, życie Jareda i wszystkie postaci było mi już dużo łatwiej poruszać się po New Horizon i zaczęłam czerpać z tego przyjemność, a nie jedynie zmęczenie. 

Technologia uzależnia. I upośledza. 

Jared Quenn jest bardzo ciekawą postacią. Jedną z tych, które się w kryminałach często pojawiają i których nie da się nie lubić. Po ciężkich przejściach, dyszący nienawiścią do obecnego porządku świata, będący jego nieodłączną częścią z powodu operacji, które musiał przejść. Jego szczera niechęć do androidów i operacji, którym poddaje się każdy, którego na to stać, była dla mnie całkowicie zrozumiała. Sama pewnie czułabym się nieswojo, gdybym obudziła się za trzy lata, kiedy wszystko rozwinęło się i zmieniło. Towarzyszenie mu w spotkaniach u terapeutki czy podczas prowadzonego śledztwa bardzo mi się podobało i chyba tylko dla niego czytałam Łzy Mai w momencie, gdy jeszcze niczego nie rozumiałam. Oprócz niego w oczy rzuca się też Uma Haskel, czyli nowa partnerka Reda w służbie prawu. Od razu jej lojalność skojarzyła mi się z relacją Johna Watsona z Sherlockiem Holmesem i to wzbudziło moją sympatię. Również bardzo mocno ją polubiłam i mam nadzieję, że spotkam tę dwójkę znowu w kolejnym tomie. 

Pojawia się tutaj też tytułowa Maya. Występuje najczęściej we wspomnieniach Reda i w retrospekcjach z przeszłości i to właśnie tam mamy okazję ją poznać. Nie jest to zbyt obiektywny obraz, bo zabarwiony szczerym gniewem i nienawiścią mężczyzny, jednak jest to osoba bardzo interesująca i do samego końca chciałam dowiedzieć się, dlaczego autorka swoją książkę nazwała tak, a nie inaczej. Całe szczęście, że bardzo łatwo zrozumieć to i nie trzeba zbyt dokładnie wgłębiać się w treść by wszystko pojąć. Świat również zwraca na siebie uwagę, bo nigdy wcześniej nie spotkałam się z podobnym. Kojarzy mi się trochę z cyklem o Kate Daniels, acz nie mam pojęcia dlaczego, gdyż wizje przyszłości Raduchowskiej i Andrews bardzo się od siebie różnią. Być może chodzi tu o to, że w obydwu światach bardzo dobrze się odnajduję, co jest dziwne ze względu na moją niechęć do urban fantasy. 

Sytuacja społeczna Łez Mai to chyba największy plus - obok świata - tej serii. Jest ona bardzo spójna oraz logiczna, gra w samej historii ogromną rolę i czytelnik jest w stanie przyjąć ją jako realną bez żadnego wahania. Nie zdziwiłabym się, gdyby świat zmierzał właśnie w tym kierunku. Nie tylko to ma jednak znaczenie w tej książce. Liczy się tutaj też sama sprawa kryminalna, która jest skomplikowana i wciąga. Ciekawa byłam, kto jest sprawcą i jaki kieruje nim motyw, bo nie jest to zbrodnia, która w świecie wykreowanym przez autorkę byłaby czymś normalnym. Mamy tutaj styczność z tak wielką anomalią, że kiedy już wchodzimy w nią, to nie sposób się oderwać. 

Jeszcze w tym roku podobno ma pojawić się kontynuacja i jestem pewna, że również po nią sięgnę. Łzy Mai różnią się od Szamanki od umarlaków praktycznie wszystkim, nie ma tutaj tego poczucia humoru, który tak polubiłam u autorki, romansu ani magii. Ciężko wręcz uwierzyć, że obie serie napisała ta sama osoba, jednak oryginalność obu dobrze świadczy o autorce. Będę czytać każdą książkę, która wyjdzie spod pióra Martyny Raduchowskiej, bo ma ona tak dużo do zaoferowania, że z pewnością zaskoczy mnie jeszcze niejednokrotnie. 

Ogólna ocena: 08/10 (rewelacyjna)

729 // Łzy Mai // Martyna Raduchowska // Czarne Światła // tom 1 // 4 lipca 2018 // 416 stron // Wydawnictwo Uroboros // 39,99 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję grupie wydawniczej Foksal!
Copyright © Życie z książką , Blogger