niedziela, 2 kwietnia 2017

NIE JESTEM RECENZENTKĄ

Natknęłam się dzisiaj na felieton jednego z lepszych polskich pisarzy, Jakuba Ćwieka. Dał mi sporo do myślenia na temat tego, kim właściwie w tym całym internecie jestem, jaka jest moja rola i czy nazywanie tego, co wychodzi spod moich paluszków recenzją jest w ogóle poprawne. Kim jest recenzent? Według SJP jest to autor recenzji. Cóż, logiczne w gruncie rzeczy. Zdefiniowanie recenzji przez SJP oznajmia nam, że recenzja jest to fachowe, krytyczne omówienie i ocena np. dzieła literackiego, spektaklu teatralnego, filmu. Pojawia się tutaj już to słowo klucz, które jawnie przekreśla moją rolę w internecie. Zaczynając prowadzić Papierowe Miasta z góry sobie założyłam będę recenzentem i koniec. Teraz, po latach pisania, jestem pełna wątpliwości. Wiem jednak jedno. Na pewno nie jestem recenzentką. 

Mimo tego, że dostaję książki do recenzji moje opinie o książkach nie są w żaden sposób profesjonalne. W dzisiejszych czasach ilość współprac wcale nie przekłada się na jakość danego bloggera, co - niestety - czasami widać w Internecie aż za dobrze. Wciąż czekam, aż większość tych osób zacznie cenić siebie i swój wolny czas. Nie mogę ich krytykować, gdyż te kilka lat temu, gdy Papierowe Miasta dopiero raczkowały, byłam taka sama. Pokazuje to jednak, że wydawcy nie zawsze patrzą na to, czy dana osoba naprawdę się nadaje do promowania ich pozycji, tylko wysyłają swoje nowości jak leci. W momencie, gdy nawiązałam pierwszą współpracę, byłam zaskoczona. Gdybym była osobą, która wybiera bloggerów, kazałabym sobie popracować jeszcze nad długością postów, językiem i - przede wszystkim - zastanowić się nad tym, co chcę przekazać. Skoro żaden wydawca mi tego nie zarzucił musiałam dojść do tego sama i dlatego teraz nie oceniam wartości bloga po ilości książek otrzymywanych do recenzji. Kiedyś trzeba dorosnąć i dojść do tych wniosków co ja: czasami nie warto poświęcać czasu tylko po to, by na półce postawić kolejną książkę, kiedy piętrzy się na niej nieprzeczytany stos i te pozycje, które całkiem niedawno były tak popularne, a teraz ich miejsce zajęły inne, więc trzeba i je zdobyć jak najniższym kosztem. Marketing.

Kiedy człowiek, który zamieszcza swoje opinie w Internecie, staje się profesjonalnym recenzentem? Czy kiedy już skończę literaturoznawstwo będę mogła na nagłówku dodać sobie napis PROFESJONALISTKA? A może stanie się to dopiero, gdy zatrudni mnie jakaś gazeta, by pisać wyłącznie do nich? Ta druga opcja wydaje się wręcz nierealna, biorąc pod uwagę, że utrzymanie się z pisania recenzji w tych czasach musi być bardzo ciężkie, skoro na rynku czeka setka osób, gotowa za opublikowanie swojego tekstu w magazynie napisać go za darmo. Rozumiem chęć wybicia, ale jeść za coś trzeba. Co mi z mojego czteroletniego doświadczenia, skoro przestało się ono w ogóle liczyć? 

Po przeczytaniu felietonu Ćwieka wcale nie poczułam się urażona ani zniechęcona do pisania. Wręcz przeciwnie. Biorąc do siebie większość tego, co napisał - nie wszystko, gdyż samej udało mi się dojść do niektórych wniosków - wiem już, że muszę zmienić trochę sposób wyrażania przeze mnie mojej opinii na temat jakiejś książki. Najwyższy czas uderzyć się w pierś i przyznam samej przed sobą, że nie jestem recenzentką, droga przede mną daleka, jednak przyznanie się do problemu to już połowa sukcesu. Jestem jednym z wielu bloggerów, którzy wyrażają swoje zdanie na swojej stronie i nie wnoszą do Internetu nic odkrywczego. Miło jest być z nowościami na bieżąco, jednak do wszystkiego trzeba dojść ciężką pracą i stale się rozwijać. Nie należy osiadać na laurach i trzeba mieć jasno określone granice w tym całym blogowaniu i pisaniu. Chociaż mój wpis nic nowego do tematu nie wniósł, to czasem dobrze poddać swoje postępowanie autorefleksji i obiecać samemu sobie poprawę. Trzeba podziękować Jakubowi Ćwiekowi. Dzięki Ci, że czuwasz i dałeś do myślenia. 

12 komentarzy:

  1. Twój post daje dużo do myślenia i myślę, że większość z nas zmieni swoje myślenie na ten temat.
    Pozdrawiam
    Biblioteka Tajemnic

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to Ćwiek zmienił nasze myślenie ;) Taka mała lawina :D

      Usuń
  2. Recenzent-amator, recenzent-hobbista. Mimo wszystko recenzent. Też miałam chwile, kiedy zastanawiałam się nad podobnymi obszarami. Zawsze w którymś momencie, zazwyczaj kiedy byłam najbardziej zdołowana, pojawiła się myśl: "Po co to robię?". Wtedy sobie przypomniałam "Bo to lubię. Bo to część mnie."
    Jak wiele rzeczy termin "recenzent" ewoluuje. Czasem fajnie jest poczytać coś bardziej profesjonalnego (w końcu ten człowiek dostaje za to pieniądze. Marne zapewne, ale zawsze), jednak ile można czytać "poważnie"? (Powiedziała ta, co czyta komiksy i ogląda chińskie bajki XD) A dlaczego jest tak, ze jednak wolimy czytać teksty nieprofesjonalne? Wydaje mi się, że bardziej ufamy blogerce, którą przez długi czas znamy, odwiedzamy, a która pisze do nas szczerze i nie ukrywa się za poprawnością i etykietą zawodową. Co z tego, że nie rozłożyła świata przedstawionego na części pierwsze? Co z tego, że nie opisała każdego nadzwyczajnego nawiązania do innych dzieł? Jeżeli czyta się dobrze oraz czujemy to co chciano przekazać to jesteśmy w domu.
    A to, że wydawnictwa dają egzemplarze na lewo i prawo, bez uprzedniego sprawdzenia, to inna kwestia...

    Zresztą, po co się zastanawiać nad tym czy szklanka jest w połowie pełna czy pusta? Róbmy to, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Cieszmy się tym co mamy. A kiedy refleksja już przyjdzie, zróbmy lekką korektę i przyjmy do przodu. :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam się nie zastanawiam czy warto, czy nie warto, tylko piszę. Może z przyzwyczajenia już czy coś. No i właściwie lubimy czytać te "nieprofesjonalne", ale szczere, niewymuszone, nie napisane tylko dla tego egzemplarza. :x Bo takich jest pełno. Ci ludzie piszą masowo, często niepoprawnie, a te zachwyty są tylko na siłę, co widać i co - jak pisze Ćwiek - zaniża średnią blogosfery. W tym właśnie rzecz. Żeby nazywać rzeczy po imieniu - nie wszystkich, którzy piszą o książkach można nazwać recenzentami. I powinna właśnie być jakaś granica tego.
      Przeczytasz książkę, poświęcisz kilka godzin na napisanie recenzji... A i tak nie zostaniesz doceniona jak osoba, która pisze byle co, byle pozytywnie, tylko po przejrzeniu książki. Można się poczuć pokrzywdzonym... Chyba nie chcę być w jednym worku z tymi "recenzentami"...

      Usuń
    2. "Kombinatorzy" zawsze byli i będą. Co gorsza, tak jak piszesz, krzywdzi się osoby, które rzeczywiście się starają. A rzeczą normalną i ludzką, jest to, że chce się usłyszeć kilka pochlebnych słów (Dlatego tak bardzo cieszę się, kiedy ktoś napisze mi "Dziękuję" za jakiś tekst). Jedyne lekarstwo jakie na to widzę to robić po prostu dalej swoje i się nie poddawać. Jeżeli brzmi to zbyt "sportowo" to może tak: "Jak se pościelisz, tak się wyśpisz".
      Nam pozostaje tylko poruszyć ten trudny temat, bo niestety - jakby nie patrzeć - to wydawnictwa mają tutaj większą rolę do odegrania (Jakość vs Ilość). A "recenzentom" może kiedyś ruszy sumienie. Każdy potrzebuje czasu by zrozumieć niektóre rzeczy. :3

      Usuń
    3. Zapomniałam jeszcze dodać, że TY jak najbardziej recenzentem jesteś. Może nie profesjonalnym, bo "zarobek książkami" nie definiuje jeszcze zawodu, ale na pewno można Papierowe Miasta uznać za sprawdzone źródło. :D

      Usuń
    4. Oby tylko zrozumieli w miarę szybko :D A wydawnictwa tego nie zmienią z prostego powodu - tani marketing jest kuszący z wielu powodów.

      Usuń
    5. I wcale nie jestem recenzentem :D Jestem kimś, kto wyraża swoje zdanie o książce całkiem subiektywnie i nic więcej. Żadnej krytyki, która byłaby czasami niezbędna. Ale po co krytykować coś, co ma wady, ale dobrze się czyta i wywołuje emocje?

      Usuń
  3. Czasami te zwykłe opinie są lepsze (bardziej szczere) od recenzji. Moim zdaniem nie musimy nazywać naszych opinii o książkach recenzjami, by stały się one profesjonalne. Opinia również może być profesjonalnie i dobrze napisana i wcale nie będzie uchodzić tym do rangi recenzji. Subiektywne opinie bywają majstersztykiem w porównaniu do obiektywnych recenzji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że tak. Wydaje mi się jednak, że Ćwiek w tym felietonie chciał pokazać, jak słabo wychodzi średnia blogosfery. I właśnie to, że nie wszystko co zawiera zdanie "w mojej opinii..." powinnismy nazywać recenzją :)

      Usuń
  4. A gupek z ciebie.
    Dla mnie to ty jesteś recenzentką.
    I to najlepszą.
    Przede wszystkim nie kieruj się tym co inni piszą bądź mówią. Jesli człowiek jest dobrym dyplomatą to i piasek na pustyni sprzeda.
    Ty masz być tą osobą która ma mieć własne zdanie. I czy to nawet sam Drayman by mi powiedział że się mylę. Dla mnie ty jesteś recenzentką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla Ciebie to wiesz... innych nie czytasz (ale to dobrze) <3
      Ćwiek ma racje i jeszcze recenzentką się nie czuję. Może kiedyś. Jak zasłużę i wypracuję sobie lepszy styl... chociaż kto tam teraz na to patrzy... liczy się jedynie popularność, nie to jak się pisze...

      Usuń

Jeśli przeczytałeś/łaś opinię prosiłabym o zostawienie komentarza :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...