Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciąża. Pokaż wszystkie posty
PORONIENIE: O TYM, JAK POGODZILIŚMY SIĘ Z TYM, CO SIĘ STAŁO

sierpnia 29, 2018

PORONIENIE: O TYM, JAK POGODZILIŚMY SIĘ Z TYM, CO SIĘ STAŁO


Ciąża - jak i wszystko inne w moim życiu - była planowana. Od kilku lat bez przerwy brałam tabletki antykoncepcyjne, więc możliwość tak zwanej wpadki była wykluczona. Wiedziałam, że po odstawieniu nie od razu da się w ciążę zajść, ale każdą wolną chwilę spędzałam na czytaniu przeróżnych forów o planowaniu dziecka. Przeraził mnie fakt, jak wiele kobiet ma problemy z owulacją i wszystkim tym, co tak łatwo przychodzi nastolatkom, które wcale potomstwa nie chcą. Na powrót płodności czekaliśmy jeden cykl. A może dwa? Teraz już nawet nie pamiętam, ale wtedy każdy kolejny dzień czekania był katorgą. Śmieję się teraz z tej swojej obsesji. Maciuś wyjechał na dwa tygodnie do pracy do Niemiec, a ja każdego wieczora przeglądałam te strony i bez tego nie mogłam zasnąć.

Ilość testów ciążowych, jaką wykonałam w styczniu jest przerażająca. Koniec końców jednak były. Słabe dwie kreski i obawa, czy ten fakt, że są takie blade, znaczy coś złego. Kolejne testy, kolejne słabe kreseczki. Dziecko się pojawiło - wątpliwości nie miałam żadnej. Testy dostępne w aptekach bardzo, bardzo rzadko mylą się i fałszywie wskazują ciążę. Teraz już nie spieszyłabym się z tym. Lekarz uświadomił mi, jak wiele zapłodnionych komórek nie trafia nigdy na swoje miejsce. Stąd te wszystkie spóźnione okresy i płacz, gdy później krwawienie jednak się pojawi. Zastanawiam się, czy wolałabym nie wiedzieć i przy każdym wpisie do szpitala na pytanie poronienia? odpowiadać nie

Dzień po powrocie - jeszcze wtedy - chłopaka wybraliśmy się prywatnie do lekarza. Miałam złe przeczucia. Czułam, że coś jest nie w porządku. Ten tydzień przed wizytą był dla mnie okropny. Problemy z zaśnięciem, te ciche modlitwy, by przeczucia się jednak nie sprawdziły. Wciąż pamiętam jak uporczywie powtarzałam walcz, walcz jak lew, Leo. Nigdy nie miałam - i nie będę miała - możliwości, by dowiedzieć się, że miałam rację, że to był chłopczyk. Pierwsza wizyta u ginekologa, pęcherzyka nie widać. Może jeszcze za wcześnie, widać, że coś było albo będzie. Proszę przyjść za dwa tygodnie. Trzeba też rozważyć ciążę pozamaciczną. Słyszałam, co mówi do mnie lekarz, ale mnie tam nie było. Wyjść z gabinetu, powiedzieć o wszystkim Maciusiowi. To było chyba najgorsze. Potrafiłam sobie poradzić ze sobą, z tym, co czułam, ale nie z tym, co spadnie na niego. Tego dnia mi się oświadczył. Kiedy ja walczyłam ze sobą w gabinecie u lekarza on poszedł kupić pierścionek. Wkładając mi go na palec pokazał, że zawsze będzie. Czy będzie dobrze, czy będzie źle. 

Kolejnej wizyty, tej za dwa tygodnie, nie doczekaliśmy. Tydzień później pierwsze kropelki krwi, okropny ból. Wciąż pamiętam, jak bardzo męczyłam się podczas wpisu do szpitala, na izbie przyjęć. Pielęgniarkom nigdy się nie spieszy. Nie widzą cierpienia w oczach, wstrzymywanych łez. Nie słyszą łamiącego się głosu. Nie chciałam tam być. W tym szpitalu. Leżeć na sali i odpowiadać co chwilę na pytania jak się czuję. Byłam tam z kroplówką przeciwbólową i obiecałam sobie, że następnego dnia rano wyjdę, nieważne, czy mi na to pozwolą. Wypuścili mnie. Poziom bHCG spadł o połowę, wykluczono ciążę pozamaciczną. Proszę nie starać się o dziecko przez miesiąc, dwa. Teraz byłabym w dziewiątym miesiącu ciąży. Może już bym urodziła?

Powrót do domu też nie był łatwy. Odkąd dowiedziałam się, że już nie jestem w ciąży czułam się, jakbym była w obcym świecie. Nic nie czułam. Przyjmowałam wszystko tak, jak dawał mi świat. Nie było łez, krzyków. Zrozumiałam. Utrata ciąży w siódmym tygodniu nie była taka zła. Mogło być gorzej. Mógł to być tydzień piętnasty. Dwudziesty. Najczęstszym powodem poronień na początku jest wada chromosomalna u płodu. Świadomość, że gdyby lekarzom udało się poronienie powstrzymać to urodziłabym prawdopodobnie chore dziecko mi pomogła. Strata bolała. Świadomość, że część mnie i osoby, którą kocham najbardziej na świecie zniknęła, bolała. Bolała mnie. Bolała mojego narzeczonego. Ale nie bolała JEGO. Bo to o JEGO życie tutaj chodziło. To ON zniknął, zanim jeszcze zrozumiał, że jest. Czy byłby szczęśliwy każdego dnia musieć walczyć o zdrowie, akceptację rówieśników, życie? Dalibyśmy mu wszystko co tylko byśmy mogli, gdyby urodził się z wadą genetyczną. Ale nie moglibyśmy mu dać normalności. Tego, do czego przecież miał pełne prawo.

Pogodziliśmy się z tym. Kiedy bańka, w której byłam, pękła nie było łatwo. Mieliśmy już dla niego pierwsze ubranka, smoczki. Ale daliśmy radę. Wyszliśmy z tego silniejsi. Teraz jestem w szóstym miesiącu ciąży. Nie umiem cieszyć się z niej tak jak wtedy, za pierwszym razem. Nie umiem iść do lekarza z pozytywnym nastawieniem. Za każdym razem czekam, aż usłyszę złe wieści. Bo każda strata zostawia po sobie ślad w człowieku. A ja wchodzę do takiej samej bańki jak wtedy w styczniu, gdy po raz kolejny ląduję w szpitalu, gdy przez pół dnia nie czuję ruchów Leona, gdy muszę wziąć lek rozkurczowy, bo boli mnie podbrzusze. Boję się. I będę się bać do grudnia. Najchętniej codziennie dzwoniłabym do lekarza, ale tego nie robię. Bo równocześnie boję się też złych wiadomości. I chociaż jestem na granicy paniki gdy pomyślę o porodzie i o tym, co mnie czeka po cesarskim cięciu, to już nie mogę się doczekać. Nie mogę się doczekać chwili, gdy będę mogła przestać się bać, że zrobię coś nie tak. Ale ta świadomość, że Leon jest zdrowy, że dobrze się rozwija, wynagradza mi to, co czułabym, gdybym musiała przygotować się na narodziny dziecka z wadą genetyczną. To na pewno byłoby milion razy gorsze. Może i jest to egoistyczne podejście. Może powinnam obwiniać się przez resztę życia, że nie zrobiłam wszystkiego, co mogłam. 

Czasami trzeba zrozumieć i nie myśleć o sobie, tylko o tej małej istotce, która musiałaby znosić ból przez resztę swojego życia. Na badaniu w trzynastym tygodniu, gdy dopiero co wyszłam ze szpitala, lekarz powiedział mi, że gdyby coś miało się stać, to już by się stało. Uspokoiło mnie to. Bo po tym, co przeżyliśmy w styczniu jesteśmy silniejsi. Nie zapomnimy o tamtej pierwszej ciąży, ale jesteśmy wdzięczni za następną, mimo lęku i obaw. 
CIĄŻOWE FILMY NA DESZCZOWĄ POGODĘ

lipca 25, 2018

CIĄŻOWE FILMY NA DESZCZOWĄ POGODĘ

Odkąd jestem w ciąży najczęściej chwytam po komedie romantyczne i to właśnie takie, w których kobiety postawione są w takiej samej sytuacji jak ja. Przeszukując strony internetowe cały czas dostawałam spis praktycznie tych samych filmów, nie tylko takich wartych uwagi, ale też takich słabych, które tylko marnują wolny czas. Można powiedzieć, że o gustach się nie dyskutuje - co jest prawdą zresztą - jednak rozszerzając tematykę bloga o tą ciążową nie mogłam się powstrzymać, by nie podać Wam kilku tytułów, które uprzyjemniają mi i Maciusiowi oczekiwania na dzidziusia. Mam też cichą nadzieję, że podsuniecie i nam coś nowego, bo chociaż ciążowych filmów i komedii jest sporo, to nie na wszystkie mam ochotę. Rozumiecie, ciążowe humorki. 

Z tym filmem jest taki problem, że to naprawdę dobra komedia, a dodatkowo oparta jest bodajże na poradniku, co już samo w sobie jest zaskakujące, jednak szybko ucieka z pamięci. Dzięki temu, że oparty na książce, w Jak urodzić i nie zwariować mamy różne przypadki dotyczące ciąży, więc każda przyszła mamusia - i tatuś! - bez problemu się tutaj odnajdą. Ciąża o którą starano się latami, wpadka, adopcja... Tutaj cały czas coś się dzieje, a bohaterów jest naprawdę sporo. Scenarzyści dali się ponieść wyobraźni i na dobre im to wyszło, chociaż przez większość filmu twórcy podkreślają, że ciąża to kobieca kwestia, a rolą partnera jest wspierać i nic więcej.

Jak dla mnie podejście trochę staromodne, bo mój chłop z całą pewnością czuje się tak, jakby sam był w ciąży. A patrząc na jego wahania humorów naprawdę bym się nie zdziwiła. Bycie w ciąży to kwestia naprawdę skomplikowana i najeżona komplikacjami, a Jak urodzić i nie zwariować doskonale to podkreśla. Może i na końcu - już po porodzie - jest happy end, jednak dziewięć miesięcy to szmat czasu, także wielkie brawa dla twórców, że mimo gatunku tego filmu wspomnieli o wszystkim, co najważniejsze. Fajnym dodatkiem do tego filmu może być książka, którą w całości wypełniamy sami - razem z partnerem czy też bez - o prawie tym samym tytule, czyli Być w ciąży i (nie) zwariować

Maybe baby to jeden z moich faworytów. Chociaż powstał w roku 2000, to ma bardzo dużo plusów, o których nie da się zapomnieć. Największy z nich to na pewno Hugh Laurie, bo to jeden z najlepszych aktorów na świecie i już to sprawiło, że ten film tak utkwił mi w pamięci. Dodatkowo wielokrotnie razem z Maciusiem wybuchaliśmy śmiechem, chociaż ten film ma w sobie co nieco z dramatu. Chęć posiadania dziecka przez Lucy jest wzruszająca, a jej dążenie do tego zwala z nóg. Problem niepłodności jest mi naprawdę obcy, a wczułam się w jej położenie i nie mogłam oderwać wzroku od ekranu telewizora. Maybe baby też doskonale poprawia humor, a to w ciąży przecież najważniejsze.

Ten film powstał w 1989 roku i pamiętam jak oglądałam go za czasów dzieciństwa. Już wtedy był on bardzo popularny i często leciał w telewizji. Już nawet nie jest niezwykły fakt, że samotna kobieta zachodzi w ciążę z żonatym mężczyzną, ale to, jak twórcy całą tę historię przedstawili. Poznajemy losy bohaterów oczami dziecka, a nawet już wcześniej, z perspektywy embrionu. I właśnie to - plus wielka dawka poczucia humoru - tak mnie w tym filmie urzekło. Nie wiem czy jest ktoś, kto I kto to mówi nie oglądał, ale zdecydowanie warto to zrobić w oczekiwaniu na maleństwo. Kolejne części nie zachwycają już tak mocno, jednak ten cykl filmów to jeden z moich ulubionych.

To kolejny z moich filmowych, ciążowych, faworytów. Kochanie, jestem w ciąży! mogę oglądać w kółko i w kółko i mi się nie nudzi. Nie jestem w takiej sytuacji jak Angela - nie pracuję w korporacji i nie pnę się po trupach po drabinie na sam szczyt - a jednak polubiłam ją i śmiałam się do łez podczas przebiegu jej ciąży. Gdyby tak prawdziwa ciąża trwała tyle, ile pooglądanie jednego filmu! Ta produkcja też ma już swoje lata, ale nie znalazłam chyba jeszcze żadnej lepszej komedii o przebiegu ciąży. Tutaj można uśmiać się do łez, czasami wzruszyć. Jeśli macie pooglądać jeden z wybranych przeze mnie filmów wybierzcie ten. Widać ta się pracować całą ciążę na pełnych obrotach ukrywając fakt, że się w tej ciąży jest!

Ostatni film, który wybrałam, to Wpadka. Film całkiem inny, niż te poprzednie. Główni bohaterowie są całkiem różni od siebie. Nic nie mają ze sobą wspólnego, a jedna wspólna noc zmienia wszystko. Postanawiają jednak spróbować razem wychować dziecko, za co ode mnie dla nich wielki plus. Wpadka to historia jakich wiele w prawdziwym życiu, a mało w filmach. Koniec końców związek rozpoczęty przez brak zabezpieczenia nie zapowiada się zbyt dobrze, a tu proszę. Scenarzystom udało się zrobić bardzo dobrą - i zabawną! - produkcję. A tego właśnie w ciążowych filmach na poprawę humoru potrzebuję i tego w nich szukam. Czasami wybieram też filmy, w których ciąża nie gra roli głównej, jednak to już temat na inny raz.

A Wy jaki film, gdzie ciąża gra rolę główną, polecacie? 
DŁUGA PODRÓŻ W CIĄŻY, CZYLI JEDNODNIOWA WYCIECZKA NA ŚLĄSK

lipca 21, 2018

DŁUGA PODRÓŻ W CIĄŻY, CZYLI JEDNODNIOWA WYCIECZKA NA ŚLĄSK


Wczorajszy dzień zaczął się dla nas bardzo wcześnie, bo już przed siódmą wyjechaliśmy z naszych rodzinnych Bieszczad, żeby odwiedzić babcię Maćka, która miała problemy z sercem, a mieszka od nas niecałe 400 kilometrów. Miałam spore wątpliwości, czy ja i mały dzidziuś, którego przecież nie wyjmę z brzucha i w domu nie zostawię, podołamy tak długiej podróży, bo nie planowaliśmy zostawać na śląsku na noc. Dodatkowo fakt, że początkowo ciąża była zagrożona, a długie siedzenie jest w takiej sytuacji niewskazane, trochę mnie zmartwił, jednak ostatnie wyniki badań są świetne, dziecko jest większe nawet niż powinno i prawidłowo się rozwija, dlatego też uznałam, że kilka godzin w aucie - z przerwami - raczej mu nie zaszkodzi.

Problemem okazał się samochód, który - jak dla mnie - jest bardzo niewygodny. Nasz dalej stoi u mechanika i nie wiadomo nawet, kiedy Szanowny Pan Elektromechanik postanowi zabrać się za jego naprawę. Nie jestem specjalistą od ciąży, nawet się za bardzo na tym nie znam, zapewne jest mnóstwo medycznych przeciwwskazań dla takich długich wypraw, więc moje doświadczenia nie powinny zachęcać Was do ryzyka - szczególnie, gdy ciąża dalej jest zagrożona. Mimo wszystko sytuacja zmusiła nas do takiego kroku. Ból kręgosłupa po takim czasie w aucie przekroczył próg, którego oczekiwałam. Do tej pory nie mogę się po tym pozbierać i chodzę jak starsza pani - potrzebuję tylko balkonika. 


Zatrzymywaliśmy się kilkukrotnie - szczególnie w drodze powrotnej, która była dużo bardziej męcząca niż ta poranna. Stanie w korkach na autostradzie, upały. To wszystko nieźle dało mi się we znaki i dzieciakowi na pewno też. Pierwszym przystankiem był kościół w okolicach Zawiercia, zbudowany w części z pięknie wyglądającego kamienia. Lata zwiedzania takich miejsc z wychowawczynią-plastyczką coś we mnie pozostawiły, więc z ciekawością wysiadłam z samochodu. Jest to kościół św. Trójcy i św. Floriana i powstał w XVI wieku i żałuję, że nie weszliśmy do środka, bo z pewnością wnętrze też prezentuje się w sposób niezwykły. Takie nieplanowane przystanki są dużo lepsze, niż zwiedzanie krok po kroku rzeczy z listy. Wiem, mówi to osoba, która planuje dzień bardzo szczegółowo, jednak w tej podróży każdy pretekst, by wyjść z auta był wybawieniem.


Później zatrzymaliśmy się przy jednej z wielu skałek, które mijaliśmy. Maciek ma przy niej zdjęcie sprzed prawie piętnastu lat, dlatego z ciekawości tam podjechaliśmy. Okiennik Wielki, bo tak się nazywa ta skała, jest naprawdę ładnym miejscem do robienia zdjęć. Szkoda, że jeszcze nie mam mocno widocznego brzucha, bo sesja ciążowa tam to byłoby coś. Jak widzicie na zdjęciach jakoś za bardzo nie przybrałam jeszcze na wadzę - a przecież niedługo zaczyna się piąty miesiąc i połowa ciąży. Ba, wręcz schudłam! Nigdy nie sądziłam, że żeby dojść do wymarzonej wagi muszę zajść w ciążę. Tak czy inaczej fakt, że brzuszek jest jeszcze malutki ułatwił mi też podróż. We wrześniu planujemy ponowną podróż w tamte okolice, tym razem na noc, więc nie jestem pewna, czy wtedy będzie to dobry pomysł. Z większym lokatorem siedzenie tyle godzin w aucie może nie być zbyt miłym doświadczeniem, jednak kusi mnie zrobienie zdjęć w ciąży bardziej zaawansowanej właśnie w tym miejscu. 


Dla wielu przyszłych matek picie Pepsi, Coca-Coli czy piwa 0% jest czymś złym, krzywdą dla nienarodzonego dziecka. Poruszam ten temat, bo co rusz potykam się o takie stwierdzenia w gronie #instamatek, które wariują ze stresu i boją się praktycznie wszystkiego, a na niektórych moich zdjęciach taka puszeczka gdzieś w tle się pojawia. Są różne opinie na ten temat i wiadomo, że nie można przesadzać w żadną stronę. Ja nie wyobrażam sobie pełni lata bez puszki pepsi czy warki 0%. Wszystko jest dla ludzi, a napój gazowany w ilościach kontrolowanych nikomu nie zaszkodzi. 


Zatrzymaliśmy się też na Pustyni Błędowskiej, bo bardzo chciałabym pojechać na jakąś wielką pustynię, że wszędzie widać wyłącznie piasek. Żałuję, że nie wzięłam z samochodu książki, bo zdjęcia tam byłyby czymś fajnym, co przyciąga wzrok. Oczekiwałam jednak dużo więcej. Tutaj nie ma nieograniczonej ilości piachu, a patrząc w przód nie widzimy nic innego. Nic mylnego. Nie dość, że UWAGA TEREN WOJSKOWY WSTĘP WZBRONIONY to jeszcze spora dawka zieleni się przebija, więc rozczarowana lekko byłam, ale taki spacerek po piasku przydał mi się i dzidziusiowi. Przerwa podczas jazdy w ciąży jest bardzo potrzebna, a krótki spacer w słoneczku to sama przyjemność. 

Plecy bolą mnie do teraz, w połowie drogi powrotnej miałam ochotę się rozpłakać, wysiąść z samochodu, usiąść na autostradzie i nie ruszyć się stamtąd, ale nie żałuję tej wycieczki. Spotkaliśmy miłych ludzi - i miłe psy - spędziliśmy dzień razem, a to się liczy najbardziej. Powrót do domu był bardzo miłym uczuciem. Łóżko to naprawdę przyjemne miejsce. 

KSIĄŻKI, KTÓRE WARTO PRZECZYTAĆ W CIĄŻY, CZĘŚĆ 1 👶🤰

czerwca 09, 2018

KSIĄŻKI, KTÓRE WARTO PRZECZYTAĆ W CIĄŻY, CZĘŚĆ 1 👶🤰

Papierowe Miasta to moje miejsce w internecie. Zawsze uważałam, że pojawiać się tu będą treści jedynie książkowe, jednak po kilku latach zmieniłam zdanie. Nie zamierzam w całości przekształcać bloga w parentingowy, jednak takich treści pojawiać się z czasem będzie tutaj więcej i więcej. Jakiś czas temu zastanawiałam się, czy nie przestać tutaj zaglądać. Spadające zasięgi, mniejsza ilość odwiedzin... Chociaż to nie o to tutaj chodzi taka kwestia może naprawdę człowieka zdemotywować. Podobnie z Instagramem, którego prowadzenie przestało już sprawiać mi przyjemność. Nigdy nie czułam się częścią książkowej społeczności, więc moje zdziwienie, że po kilku tygodniach udało mi się znaleźć swoje miejsce w gronie przyszłych i obecnych mam było ogromne. Teraz przyszła pora na zmianę tego, co nie przynosi mi szczęścia.

Ostatnie kilka tygodni były dla mnie czasem wyjątkowo ciężkim. W poprzedniej - poronionej - ciąży darowane mi były mdłości, wymioty, przewlekłe zmęczenie. Tym razem jednak dostałam w pakiecie to wszystko plus zmartwienia, czy wszystko jest tak, jak powinno. Wizyty u lekarza co cztery tygodnie to zdecydowanie za rzadko, chociaż konieczne są podobno tylko trzy. Czas mija szybciej, gdy ma się pod ręką interesujące lektury. Jak na razie mam cztery ulubione, jednak na pewno z czasem ta liczba wzrośnie.
Copyright © Życie z książką , Blogger