niedziela, 21 września 2014

[202] Rejestr złoczyńców - Magda Durda


Tytuł: Rejestr złoczyńców
Tytuł oryginału: Rejestr złoczyńców
Autor: Magda Durda
Tłumaczenie: nie dotyczy
Seria: -
Tom: -
Data wydania: 28 luty 2014
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Oficynka
Cena na okładce: 32,00

Jednego tej książce z pewnością wypomnieć nie można - oryginalność pod względem stylistyki. Sposób, w jaki autorka prowadzi narrację jest po prostu niesamowity. Wszystko jest wystylizowane na starodawne. Co rusz natykamy się na archaizmy - po prostu się od nich roi. Właśnie to wyróżnia tą pozycję wśród innych na rynku i właśnie dlatego się na nią zdecydowałam. To coś nowego - nie miałam jeszcze styczności z takim stylem. Oczywiście, poza lekturami.

Skoro rycerze mają swoją Księgę chwały i czynów rycerskich, to dlaczego złoczyńcy nie mogą mieć takiej samej? Rycerze jednak nawet nie mają zamiaru przestrzegać wszystkich przepisów i trudno spotkać takiego, który byłby jak z bajki. Jednak wszyscy złodzieje kierują się zbiorem niepisanych zasad i czynią tak, jak to im jest nakazane. W owym Rejestrze złoczyńców zapisuje się imiona tych rzezimieszków, których osoba nie jest skazana na zapomnienie. Tylko co należy zrobić, by się w tej księdze uwiecznić?

Są dwa przykazania buchacza (...) Pierwsze: bacz, po czyje sięgasz. Drugie: bacz, by kto nie sięgał po twoje. 

Głównymi bohaterami są Mietek i Jerzy. Obaj są jeszcze młodzi i razem przemierzają świat w poszukiwaniu mieszków, które można by jeszcze okraść. To właśnie dookoła nich krąży cała historia opisana w tej książce. Mamy tutaj jednak całą złodziejską bandę, którą napotykają bohaterowie -  włamywacze, żebracy, kieszonkowce - od wyboru do koloru. Poznajemy losy ich wszystkich, tak jakby, przy okazji. Kręcą się oni dookoła Mietka i Jerzego, więc automatycznie również są opisani w naszym Rejestrze złoczyńców. Właśnie przez to nie ma tutaj szybkiej akcji - wszystko toczy się powoli, tonem wręcz gawędziarskim. Bardzo mnie to nużyło, gdyż spodziewałam się jednak szybszej lektury. Nie da się płynąć przez ten tekst. Lepszym określeniem byłoby słowo: brnięcie. Tak, przez ten styl po prostu się brnie. Owszem, czułam się, jakbym czytała średniowieczny tekst, jednak nie bardzo przypadło mi to do gustu. Lubię książki, które wciągają mnie tak bardzo, że szybko przerzucam stronę za stroną. Tutaj byłam boleśnie świadoma wolnego tempa czytania. Aż mnie ciarki przechodzą na samo wspomnienie. 

Przyznam, że trudno po lekturze tej książki zwyczajowym językiem rzecz prawić. Ostrzegę Was jednak: ludzie dziwnym wzrokiem patrzą na ludzi sypiącymi archaizmami jak z rękawa. Dlatego postaram się tą recenzję napisać słowami w miarę zrozumiałymi dla ludźmi XXI wieku. Jakby pojawił się jakiś obcy wyraz - proszę, nie bijcie! Mam mentalność tłumu - w książce owej wszyscy tak prawili, więc i ja zaczęłam. Jak już wspomniałam po pewnym czasie cała ta stylizacja jest bardzo męcząca. Tą książkę można odebrać na trzy sposoby. Po pierwsze: po kilku stronach zamknąć ją z ciężkim bólem głowy. Po drugie: przymknąć oczy na ten styl i przebrnąć do końca (to ja! to ja!) albo punkt trzeci: wciągnąć się i od deski do deski pochłonąć całą historię <-- zdecydowanie nie ja.

Jak to ja, wzrokowiec, muszę wspomnieć o okładce. Mówcie sobie o tej książce co chcecie, ale ja w okładce jestem zakochana. Nie wiem czemu. Patrząc na nią mam ochotę mocno ją przytulić. Nie, żebym przytulała książki czy coś! Ogólnie wydanie można ocenić jako bardzo dobre, mimo, że dosyć małego formatu. Bo muszę się Wam do czegoś przyznać: uwielbiam książki ogromnych formatów. Nie tylko książki: samochody, domy... Po prostu wszystko. Smutno mi więc, że ten pan nie może tak na mnie patrzeć spod tej czupryny z większej okładki. 

Książkę należy umieścić na półce, gdzie leżą pozycje o gatunku historycznym. Możecie to uznać za moje ostrzeżenie: wiem, że nie jest dużo ludzi, którzy w owym gatunku miłować się lubią. A trochę czasu na przeczytanie tej pozycji trzeba poświęcić. Dla porównania: jej czytanie zajęło mi tyle, co dwóch książek. Nie powiem jednak, żebym ten czas uważała za zmarnowany - co to to nie i nie imaginujcie sobie tego, czego nie powiedziałam! Nie żałuję tego czasu, acz jednak uważam, że jak na trzysta stron, to upłynęło go zdecydowanie za dużo. Szybciej czytało mi się Ludzi bezdomnych, Żeromskiego! I muszę przyznać, że cieszę się, że tą pozycję mam już za sobą. Teraz, by odreagować, muszę chyba zabrać się za jakąś książkę typowo dla młodzieży. Może powtórzę sobie Zmierzch? Tam archaizmu żadnego nie uświadczę.

Jeszcze jedna rzecz mnie zawiodła: spodziewałam się jakichś napadów, kradzieży. Jednak nasz bohater chyba lepiej zna się na zabawie i uciechach niż na złodziejowaniu (uwaga, neologizm! Magda Durda może sobie szastać archaizmami to ja nie mogę neologizmami?!). Patrząc na postać Jerzego możemy wywnioskować, że codziennością takiego złodziejaszka była zabawa z paniami do towarzystwa i praktycznie kąpiel w alkoholu. 

Tak więc wszyscy fani średniowiecza, złodziejów i masochiści! Nie no, z tym ostatnim żartuję. Zabierzcie się za tę książkę, jeśli dacie radę przebrnąć przez ten język. Można się poczuć jak podczas czytania jakiejś szkolnej lektury, co nie bardzo mnie się osobiście podobało. Nie byli to bynajmniej Chłopcy z placu broni czy Tajemniczy ogród. Coś znacznie gorszego. 

Ogólna ocena: 04/10 (może być)

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Oficynka!

1 komentarz:

  1. Mężczyzna na okładce przypomina mi trochę jedną postać z Wikingów :D Tak wsiąkłam w ten serial, że ciągle mam jakieś skojarzenia :) Co do książki.... to spasuję. Nie moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli przeczytałeś/łaś opinię prosiłabym o zostawienie komentarza :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...