Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 04/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 04/10. Pokaż wszystkie posty
[001/2024] #BLOGUJEZTK: WILK I POLNY KWIAT // ELLA FIELDS

stycznia 02, 2024

[001/2024] #BLOGUJEZTK: WILK I POLNY KWIAT // ELLA FIELDS

Postanowiłam ten rok zacząć od lżejszych książek, które nie będą wymagać ode mnie mnóstwa skupienia. Ot, poczytać dla przyjemności. Padło na Wilka i Polny Kwiat. Jest to drugi tom, ale spokojnie można czytać ten cykl nie po kolei i na wyrywki. Spodziewałam się czegoś, co lubię. Dostałam... coś.

Aster, córka generała, w wieku siedemnastu lat wyszła za księcia. Zgodnie z przepowiednią przeznaczona była królowi faerie. Kiedy ukochany Aster objął tron po śmierci starszego brata, dziewczyna wierzyła, że ich szczęście jest niezniszczalne. Od tej chwili mieli żyć długo i szczęśliwie. Nad jej głową zawisły jednak ciemne chmury. Gdy nie była w stanie spełnić największego pragnienia swojego męża, odkryła jego okrutną stronę i bolesną prawdę, że nawet najtrwalsze więzi nie są wieczne.

Nie mogąc spojrzeć mężowi w oczy, dziewczyna ucieka z dala od domu. Ukrywając swoją prawdziwą tożsamość, spotyka jednookiego wojownika, który jest równie przerażający, co fascynujący. Już od pierwszych chwil spędzonych razem chęć zemsty na niewiernym mężu i pożądanie zlewają się w jedno nieodparte pragnienie. Z każdym dniem i każdą nocą Aster coraz bardziej chce życia, które może jej dać jedynie ten dziki i nieokiełznany mężczyzna. Życia, które nigdy nie miało być jej dane. Gdy prawda o jej pochodzeniu wychodzi na jaw, wszystko się komplikuje.

Aster jest ciekawą postacią. Przyznam, że mnie bardzo zaintrygowała. Rozumiałam ją, a to niezbyt częste. Zazwyczaj bohaterowie zachowują się nielogicznie i nie mogę pojąć ich działania. Aster czuła się zdradzona, uciekła. Jej spotkanie z Scythem również nie było niczym nierzeczywistym. Mimo to z czasem ich cała relacja tak bardzo skumulowała się do sypialni, że ciężko było mi nie wywracać non stop oczami.

Wilk i Polny Kwiat miały potencjał na stanie się czymś genialnym, a wszystko poszło po prostu w złym kierunku. Całe to napięcie między Scythem a Aster rozwlekło się i stało się niesmaczne. Nie mam nic przeciwko scenom erotycznym w książkach, ale nie przepadam za opieraniem na nich calutkiej fabuły. Ella Fields trochę się pogubiła. 

Wiem, że można tutaj spotkać bohaterów z poprzedniej części. Przyznam, że nie wydali mi się oni zbyt interesujący. Dowiedziałam się jednak, że Ella Fields nie jest autorką dla mnie, bo nie tego szukam w książkach. Pozytywne opinie mnie zachęciły, a okazało się, że nie są one zbyt pewnym wyznacznikiem poziomu lektury. Tak czy inaczej nie żałuję poświęconego Wilkowi i Polnemu Kwiatu czasu. 

★★★★☆☆☆☆☆☆

Wilk i Polny Kwiat // Ella Fields // The Savage and the Swan // tom 2 // 06 grudnia 2023 // 416 stron // wydawnictwo Niegrzeczne Książki

Za książkę bardzo dziękuję www.TaniaKsiazka.pl!
[54/2023] #BLOGUJEZTK: NIEUMARLI // DANA GRICORCEA

września 03, 2023

[54/2023] #BLOGUJEZTK: NIEUMARLI // DANA GRICORCEA

Ten rok się jeszcze nie skończył, ale jestem już pewna, że to będzie moje największe rozczarowanie roku 2023. Zachęcona przepiękną okładką i intrygującym opisem rzuciłam się na Nieumarłych... I zderzyłam się ze ścianą. Nie chcę narzekać, ale... jakie to było kiepskie. 

Miasteczko B. w Transylwanii, położone w rumuńskich Karpatach. To tu narratorka „Nieumarłych”, młoda artystka z Bukaresztu spędzała wszystkie wakacje pod opieką babci ciotecznej. To miejsce było wtedy wyspą, na której wyśmiewano się z komunizmu.

Po zakończeniu studiów artystycznych w Paryżu kobieta powraca do tego obcego już dla niej miejsca, które czasy świetności ma dawno za sobą. Komunizm jest przeszłością, a z miasteczkiem łączą ją jedynie więzy rodzinne i kilkoro przyjaciół.

Gdy w grobie Włada Palownika, powszechnie znanego jako słynny wampir Drakula, zostają znalezione zbezczeszczone zwłoki, kobieta postanawia zgłębić i opowiedzieć historię kraju. Na początku boi się, że pomiesza chronologię wydarzeń, szybko jednak orientuje się, że to nie ma większego znaczenia. Opowieść wcale nie dotyczy przyczyn i skutków, liczy się w niej tylko jedno: przeznaczenie.

Nieumarli to naprawdę krótka historia, ale tak poplątana i nierealna, że niektóre sytuacje do tej pory są dla mnie niejasne. Wyczuwałam tutaj sporo grozy, ale wynikała ona raczej z mojego niezrozumienia, niż z charakteru wydarzeń. Jestem ogromną fanką wampiryzmu, lubię nawiązania do Draculi, ale Dana Gricorcea dała nam coś niedopracowanego, gdzie ostatecznie zabrakło jakiegokolwiek meritum. 

Są tu nietuzinkowe postaci, którym jednak autorka nie poświęca zbyt dużo uwagi. Nie wiemy o nich zbyt wiele, podobnie jak o naszej głównej bohaterce, która próbuje przybliżyć nam postać osławionego legendą Włada Palownika. Nie wyszło jej to zbyt spektakularnie. Praktycznie zanudziła mnie tymi wydarzeniami, które opisuje. Wcześniej uważałam, że nie da się nudnie pisać o wampiryzmie, ale - jak się okazało - to możliwe. Z każdą kolejną stroną dziękowałam Bogu, że zbliżam się do końca tej męki. Jak to mówią? Nie ocenia się książki po okładce. Ani po opisie, jak widać. 

Podoba mi się, że główna bohaterka zwraca się do nas bezpośrednio i nam też chce przybliżyć wszystkie te wydarzenia. To jedyny plus jaki znalazłam podczas lektury Nieumarłych. Jestem tym okropnie rozczarowana, bo zaczynając czytać dziwiłam się, jakie słabe opinie krążą o tym tytule w internecie, a z czasem doskonale je zrozumiałam. Ta książka znajdzie swoje grono wielbicieli, ale będzie z pewnością specyficzne i niewielkie. 

W przyszłym roku planujemy odwiedzić Rumunię i myślałam, że ta kapka historii zawarta w Nieumarłych zostanie ze mną na dłużej i będę lepiej rozumieć ten kraj, acz ostatecznie nie wiem, czy do wyjazdu nie zapomnę całkowicie wszystkiego tego, co zawarła tutaj autorka. Mimo wszystko nadal jestem wielką fanką wampirów jak i Rumunii, więc nie zraziłam się do tej tematyki. Nie będę jednak miło wspominać tej lektury.

★★★★☆☆☆☆☆☆

Nieumarli // Dana Gricorcea // 12 lipca 2023 // 272 strony // wydawnictwo Mova

Za książkę dziękuję TaniaKsiazka.pl!

W zachwycie o odbycie // Jonas Kinge Bergland, Kaveh Halland Rashidi

lutego 24, 2020

W zachwycie o odbycie // Jonas Kinge Bergland, Kaveh Halland Rashidi

Za wszystkie książki popularnonaukowe o naszym ciele lub o kosmosie chwytam z ogromnym entuzjazmem. Nie inaczej było w przypadku W zachwycie o odbycie, chociaż zarówno mój tato jak i narzeczony kręcili nosem i zabronili mi zarzucać ich ciekawostkami, które z tej książki wyniosę. Ot tak. Szczęście w nieszczęściu, że żadnych momentów, którymi chciałabym się podzielić, tutaj nie znalazłam. Naprawdę mocno się zawiodłam.

"W zachwycie o odbycie" to dowcipnie napisany poradnik, w którym dwaj norwescy lekarze – Kaveh Rashidi i Jonas Kinge Bergland – poruszają temat być może najważniejszej,
a z pewnością najbardziej tajemniczej części ludzkiego ciała. Biorą na warsztat nie tylko budowę odbytu czy historię jego powstania, lecz także kulturowe znaczenie „czarnej dziury”
i wiele innych zagadnień. W książce nie brak rzetelnej wiedzy medycznej oraz sporej dawki ciekawostek dotyczących m.in. właściwej higieny, profilaktyki czy coraz popularniejszych chorób odbytu, wykrywanych także u dzieci.

Pierwszym uczuciem, które się we mnie pojawiło był niesmak. A chyba nigdy wcześniej nie czytałam książki, która by to we mnie wzbudziła. Chyba oczekiwałam jednak poważnej książki ze szczyptą humoru, a dostałam jeden wielki komediodramat. Uważam, że trzeba umieć dawkować elementy humorystyczne, a podczas czytania w Zachwycie o odbycie miałam wrażenie, że czytam medyczny dodatek w Bravo. Być może pięć lat temu śmiałabym się w głos, jednak teraz już po kilku stronach miałam dość tego, jak ta książka jest napisana. 

Z powyższego powodu ciężko było mi skupić się na informacjach, które w tej książce dwaj lekarze zawarli. Napisali oni o tym wszystkim tak beztrosko, że w moich oczach straciło to na znaczeniu. Weźmy na przykład ewolucję odbytu, która w innym przypadku mocno by mnie zainteresowała. Tutaj nie wiedziałam już, czy autorzy sobie ze mnie żartują czy przekazują rzetelną wiedzę. Irytowało mnie to bardzo mocno przez cały czas i z ogromną ulgą skończyłam ją czytać. Cieszyłam się, że jest to naprawdę krótka książka.

Jeśli przymknie się oko na ten okropny sposób prowadzenia narracji można dostrzec ogrom informacji. Rozpiska o chorobach, które mogą dotknąć też dzieci (to jedna z dwóch rzeczy, które zapamiętałam), problemy, które mogą dotknąć odbyt, a nawet rozdział poświęcony seksowi analnemu. Pewnie więcej o tej ludzkiej - i zwierzęcej - części ciała nie da się powiedzieć, a mimo to jestem okropnie rozczarowana. Cieszę się tylko, że zostałam uświadomiona, z jakiego powodu nigdy nie udało nam się dobrze umieścić czopka w tyłku Leona. Dzięki tej informacji czas poświęcony tej książce może nie jest do końca stracony.

★★★★☆☆☆☆☆☆

W zachwycie o odbycie // Jonas Kinge Bergland, Kaveh Halland Rashidi // Manus am anus // Katarzyna Tunkiel // 29 stycznia 2020 // 208 stron // Wydawnictwo Buchmann // 34,99 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu!

MILIARDY, MILIARDY // CARL SAGAN

stycznia 16, 2020

MILIARDY, MILIARDY // CARL SAGAN

I stało się. Skończyła się dobra passa czytelnicza. Trafiłam na książkę, która na początku zachwyciła mnie, a ostatecznie wynudziła i odniosłam wrażenie, że czytam w kółko o tym samym. Dopiero epilog sprawił, że trochę złagodniała moja złość na Carla Sagana - w końcu tak dobrze się zaczęło, taki potencjał został zmarnowany. Ale nie wypada źle mówić o zmarłym, który był dobrym i kochanym człowiekiem. Ciężko więc napisać opinię o książce, która sporo o danym człowieku prawi. Ale spróbuję. 

Przenikliwa analiza najważniejszych kwestii dotyczących naszego życia, świata i kosmosu.

W swojej ostatniej książce słynny astronom, futurolog i pisarz Carl Sagan zabiera nas zarówno w bezmiar kosmosu, jak i w zakamarki ludzkiego umysłu, zadając fascynujące pytania o to, jak powstał wszechświat i jaki będzie jego koniec, a także jak, łącząc naukę ze współczuciem, możemy stawić czoło wyzwaniom nadchodzącego stulecia.

W swojej książce autor odnosi wiedzę z dziedziny biologii, matematyki i astronomii do życia codziennego, a także do arcyważnych kwestii związanych ze środowiskiem i naszą przyszłością. Prezentując szeroki wachlarz tematów, zabiera czytelnika we wspaniałą podróż, od wynalazku szachów po możliwość życia na Marsie, od poniedziałkowego futbolu po relacje między USA a ZSSR, od globalnego ocieplenia po debatę aborcyjną. Jest też bardziej intymny fragment: mamy wyjątkową okazję poznać samego autora, czytając o jego walce o życie, o miłości do rodziny i o osobistych przemyśleniach na temat śmierci i Boga

„Miliardy, miliardy”, książka przenikliwa, tchnąca niepohamowaną ciekawością autora, to spuścizna jednego z największych umysłów naszych czasów.

Początkowo zachwyciłam się poczuciem humoru autora, jego podejściem do życia i świata. Carl Sagan zawarł w swojej książce praktycznie wszystko. Jego przemyślenia dotykają każdej sfery - Kosmosu, polityki, ochrony środowiska, dziury ozonowej, religii. Można się z nimi zgodzić lub nie, a w naprawdę wielu kwestiach autor ma rację. Problem pojawił się w momencie, gdy zaczęłam dostrzegać miejsca, w których Sagan się powtarza, zbyt szczegółowe rozwodzenie się nad każdą kwestią. O ile budowa ozonu była naprawdę interesująca - chociaż w szkole za chemią nie przepadałam - to kiedy zaczęłam czytać część drugą Miliardów, miliardów zaczęłam już się nudzić i zmęczyłam się tym miszmaszem tematów.

Ta książka była napisana naprawdę dawno temu i nie można zarzucić autorowi, że nie wiedział o czym pisze. Spora część jego przemyśleń jest dalej aktualna i aż dziw, jak dużo wydarzeń on przewidział. Gdy po początkowych zachwytach przyszło rozczarowanie zrobiło mi się aż przykro, jak bardzo nie doceniam geniuszu Sagana. Nic na siłę i po przeczytaniu całej książki wiem, że nie będę próbować z innymi książkami autora, jeśli również są o wszystkim. Zdecydowanie wolę pozycje skupione na jednym konkretnym temacie. 

Mało co zostało mi po Miliardach, miliardach w pamięci - może poza notacją wykładniczą, ale w tym przypadku raczej ją sobie odświeżyłam - i przyznam, że trochę czuję, że zmarnowałam na lekturę dwa dni. Styczeń do tej pory był naprawdę wyśmienity pod względem przeczytanych książek i irytuje mnie, że coś zepsuło mi średnią. Mimo to jeśli ktoś lubi książki poruszające wiele tematów to polecam. Sagan na małej ilości stron zmieścił co się tylko dało. Ale jeśli ktoś wychodzi z tego założenia co ja, że gdy coś jest o wszystkim, to jest o niczym... To szczerze odradzam.

★★★★☆☆☆☆☆☆

Miliardy, miliardy // Carl Sagan // Billions and billions // Karolina Bober // 12 listopada 2019 // 324 strony // Wydawnictwo Zysk // 49,90 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu!

KALAFIOR TO KRÓL?

sierpnia 11, 2019

KALAFIOR TO KRÓL?


Oprócz faktu, że uwielbiam gotować musicie wiedzieć, że kocham kalafior. Bardzo się ucieszyłam, że na polskim rynku pojawia się książka kucharka dotycząca ściśle tego warzywa i nie mogłam się jej doczekać. Już wyobrażałam sobie, jak dzień w dzień robię na obiad coś z Kalafior to król co wszystkich zachwyca. Domyślacie się więc, co poczułam, gdy zauważyłam, że marzyć sobie mogę dalej, bo miłości mojej i Kalafior to król nie będzie? 

Według mnie książka kucharska jest dobra, gdy spełnia dwa warunki. Oczywiście nie mówimy tu teraz o daniach orientalnych, wiadomo. Kiedy kupujemy taki zbiór przepisów oczekujemy, że łatwo będzie nam zdobyć wszystkie składniki w większości sklepów i nie trzeba będzie przy nich umiejętności jak z MasterChefa. Wiem, co mówię, bo w swojej kolekcji posiadam książkę kucharską MasterChef Junior i praktycznie nic nie potrafię z niej zrobić, a jednak w kuchni spędzam dość dużo czasu. 

Przeglądając przepisy najpierw uderzył mnie ogromny minimalizm tej książki. Przepisy są drukowane czarno na białym, a zdjęcia i ilustracje - chociaż jest ich sporo - nie rzucają się aż tak w oczy. Jestem przyzwyczajona do książek kucharskich, które wręcz zabijają kolorem i naporem wszystkiego. Można więc to chyba uznać za plus. Jeśli jednak już skupimy się na potrawach... Po przejrzeniu wszystkiego wpadło mi kilka w oko. Szybko jednak okazało się, że potrzebuję do nich rzeczy, których w moim małym miasteczku zwyczajnie nie dostanę. Ba, o niektórych pierwszy raz w życiu słyszałam! Może ze dwie potrawy z tej mojej listy mogę przyrządzić i jest to bardzo dołujące. 

Może gdybym mieszkała w wielkim mieście, w którym można kupić wszystko, inaczej podeszłabym do Kalafior to król. Nie wiem jednak czy komuś chciałoby się biegać po różnych sklepach tylko po to, żeby zrobić na obiad kalafior w innym wydaniu...

★★★★☆☆☆☆☆☆

819 // Kalafior to król // Leanne Kitchen // Cauliflower is king. 70 recipes to prove it // Marta Komorowska // 5 lipca 2019 // 144 strony // Wydawnictwo Buchmann // 39,99 zł

Za książkę dziękuję wydawnictwu!


Wyświetl ten post na Instagramie.

Właśnie skończyłam Królową Mroku i Powietrza, ale jestem tak wstrząśnięta, że jeszcze do końca nie wiem co myśleć. Przypomniałam sobie, że miałam Wam opowiedzieć o tym, jak czytałam Ojczyznę, #rasalvatore i jak bardzo się zawiodłam. 🤭 Z biblioteki wypożyczyłam trzy tomy - byłam ŚWIĘCIE PRZEKONANA, że się zakocham w tym cyklu. Chyba ten cudowny biblioteczny zapach uderzył mi do głowy, bo już pierwsze strony dłużyły mi się jak nie wiem. Ta ponura kraina, wypaczone zasady i widzenie w podczerwieni... mózg zrobił mnie w jajo i próbując sobie wyobrazić akcję (której prawie nie było) nie widziałam nic. Koniec końców ja w podczerwieni nie widzę 🤷🏼‍♀️ Męczyłam się okrutnie podczas lektury i przyznaje się bez bicia, że za połową się poddałam. Mając małe dziecko i ograniczony czas na czytanie nie ma co się zmuszać do kiepskich książek. A takie miałam nadzieje z nimi związane... ——————————————————— #bookstagram #bookstagrampl #bookstagramtopasja #kochamczytac #bookreading #currentlyreading #terazczytam #bookreviews #recenzjaksiazki #bookphotohraphy #bookphoto #książki #książka
Post udostępniony przez Karolina 🌿 (@papierowemiasta)
NAJWIĘKSZA PRZYGODA LUDZKOŚCI // LAWRENCE M. KRAUSS

października 19, 2018

NAJWIĘKSZA PRZYGODA LUDZKOŚCI // LAWRENCE M. KRAUSS

Nie lubię chwili, gdy książka, która miała być świetna i miała mnie zachwycić, okazuje się być tak marna, że nie mam ochoty dalej jej czytać. Jak mówiłam poszerzam swoje książkowe horyzonty, wychodzę ze swojej strefy komfortu i czytam takie pozycje, po które wcześniej bym nie sięgnęła. Po lekturze Ostatniego oddechu Cezara, który bardzo mi się podobał, oczekiwałam od Największej przygody ludzkości bardzo dużo. Zastanawiam się teraz, komu oddać tę książkę, żeby nie był to dla niego prezent rodzaju konia trojańskiego. 

Opis Największej przygody ludzkości obiecuje opowieść o prowadzonych poszukiwaniach ukrytej rzeczywistości, o naukowych odkryciach, które wstrząsnęły światem oraz o kwestiach, których nie da się po prostu pojąć rozumem, gdyż nie wynikają z logicznych wniosków. Brzmiało to tak ciekawie, że nie mogłam przejść obok obojętnie. Wszelakie ciekawostki naukowe to coś, co wchłaniam jak gąbka, a później dzielę się nimi z kim popadnie. Trzeba też wspomnieć, że trzy lata mojego życia spędziłam na profilu matematyczno-fizyczno-informatycznym, więc gdy otworzyłam Największą przygodę ludzkości i znalazłam tam po prostu podręcznik do fizyki... Wcale nie byłam z tego zadowolona. Większość tych kwestii jest mi już znana, a przypominanie sobie tego sprawiło, że miałam ciarki na całym ciele. Nigdy nie byłam zbyt dużą fanką tego przedmiotu.

Fizyka wcale nie rozwija się prostą drogą, jak opisuje się ją w podręcznikach. W rzeczywistości, tak jak w dobrych kryminałach, na każdym kroku pojawiają się fałszywe tropy, błędne wnioski i złe decyzje.

Lawrence M. Krauss nie zapomina o wszelakich wykresach, równaniach, wzorach. Chociaż pojawiają się tutaj opisy odkryć naukowych nie są one przytaczane tutaj po to, by nas zainteresować, tylko po to, byśmy zrozumieli i przyswoili sobie dane kwestie w jak największym obszarze. Początkowo moje skupienie przywodziło na myśl to ze szkoły. Uparcie próbowałam pojąć rozumem wszystkie te skomplikowane pojęcia, starałam się zapamiętać jak najwięcej wzorów, objąć wzrokiem dokładnie każdy wykres. Mniej więcej w połowie Największej przygody ludzkości miałam już dość - czułam się tak, jakbym wróciła do liceum, znowu miała pięć lekcji fizyki w tygodniu i przerażająco mocno bałam się nauczycielki. Udało mi się na szczęście zmienić podejście, gdyż inaczej byłabym wrakiem człowieka, który potrafi jedynie wyartykułować kilka pojęć, których nie do końca rozumie.

Im dalej w las, tym bardzkiej skomplikowane pojęcia i kwestie fizyczne. Jeśli nie ma się podstaw ciężko jest je zrozumieć. Czytałam Największą przygodę ludzkości jako przeciętny czytelnik, chociaż o większości tych rzeczach jakieś pojęcie mam. Są książki popularnonaukowe, które autorzy kierują do każdego i takie, których odbiorcami powinni być jedynie ci, którzy sporo na ten temat już wiedzą i chcą zrozumieć jeszcze więcej. Ta pozycja - jak już się pewnie domyśliliście - należy do tego drugiego gatunku, więc trzeba mieć sporo samozaparcia, by przeczytać ją od deski do deski i nie zwariować od natłoku informacji.

Podobały mi się jedynie momenty, w których autor nawiązywał stricte do popkultury i tłumaczył nam na przykład absurdy niektórych filmów science fiction, typu Star Trek. Były to fragmenty, które ratowały mnie od zaśnięcia i oddalały ode mnie chęć odłożenia tej książki na jak najwyższą półkę, żebym już nigdy nie musiała po nią sięgnąć. Oddam ją prawdopodobnie jakiejś osobie, dla której fizyka jest naprawdę ogromną pasją i mam nadzieję, że nie usunie mnie po tym z grona swoich znajomych.

Ogólna ocena: 04/10 (może być)

758 // Największa przygoda ludzkości // Lawrence M. Krauss // The Greatest Story Ever Told... So far // Michał Czerny, Krzysztof Rejmer // 17 października 2018 // 410 stron // Wydawnictwo Feeria Science // 39,90 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Feeria Science!

Moje recenzje w krótkiej formie możecie znaleźć na nowym koncie na Instagramie 👇


Cześć i dzień dobry ❤️ A jednak się stało. Początkowo nie miałam zamiaru oddzielać życia prywatnego od książkowego, jednak koniec końców - całkiem spontanicznie - podjęłam taką decyzję. 🙌🏻 —————————————— Ostatnio odkryłam w sobie miłość do książek popularnonaukowych. Zaczęło się od Innych umysłów, a dzięki Ostatniemu oddechowi Cezara tylko się w tym utwierdziłam. ❤️ Największa przygoda ludzkości jednak całkowicie mnie rozczarowała. Oczekiwałam trochę informacji o kosmosie, fizyce. Dostałam zwyczajny podręcznik do fizyki. Chciałoby się rzec, że miło tak sobie przypomnieć podstawy - i nie tylko - ze szkoły, jednak nie do końca byłaby to prawda. 🤦🏼‍♀️ Chociaż byłam na profilu matematycznofizycznym w liceum to zdecydowanie nie jest mój ulubiony szkolny przedmiot, więc podczas czytania tej pozycji musiałam się tak mocno skupiać, by cokolwiek zrozumieć i przyswoić, że nie odczułam przyjemności z lektury. Uh. Dobry prezent dla studenta jakiegoś ścisłego kierunku. Może komuś ją podaruje, kto bardziej doceni ten naukowy bełkot - moja dusza humanisty się odezwała ❤️ - i będzie szczęśliwy, że ma coś takiego na swojej półeczce. 🤔 —————————————— #book #books #bookreviews #bookstagram #bookstagrampl #bookstagrammer #bookstagramtopasja #książki #książka #bookblogger #currentlyreading #terazczytam #feeriascience #recenzjaksiazki #kochamczytac #bookhaul #noweksiazki #ootd #bookmorning
Post udostępniony przez Karolina 🌿 (@papierowemiasta)
OSTATNIE DNI JACKA SPARKSA // JASON ARNOPP

października 03, 2018

OSTATNIE DNI JACKA SPARKSA // JASON ARNOPP

Po bardzo dobrym początku z opowieściami grozy - Omen to dobra historia na start - uznałam, że trzeba kuć żelazo póki gorące i zabrałam się za Ostatnie dni Jacka Sparksa. Jest to książka, która wszędzie zbierała tak pozytywne opinie, że nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc podeszłam do tej historii z całkiem otwartym umysłem. Miałam nadzieję, że przepłynę przez nią równie szybko jak przez Omen, jednak tutaj się zawiodłam. Spędziłam z nią zdecydowanie zbyt dużo czasu, a każda strona towarzyszenia Jackowi Sparksowi była katorgą. Już dawno nie miałam styczności z bohaterem, który - brzydko mówiąc - po prostu byłby idiotą. 

Jack Sparks był kontrowersyjnym dziennikarzem i gwiazdą. Pewnego dnia po prostu zginął, a okoliczności tych wydarzeń są wciąż nieznane. Zasłynął książkami o narkotykach i gangach, przy pisaniu których niejednokrotnie staczał się z obranej ścieżki i właśnie to - bardziej niż twórczość - przyniosło mu sławę. Tym razem zaczął pracę nad pozycją o zjawiskach nadprzyrodzonych, chociaż jest zdeklarowanym ateistą i bezlitośnie wyśmiewa wszystkich, którzy choć trochę w duchy i inne zjawy wierzą. Jego nowa książka ma pokazywać, że takie kwestie są zwykłymi mistyfikacjami, jednak na początek musi wziąć udział w kilku takich szopkach, by je skutecznie obnażyć. Po pewnym egzorcyzmie na jego koncie na YouTube pojawia się kip video, rzekomo dodany przez niego samego, a Sparks zaczyna obsesyjnie szukać zarówno twórcy jak i rozwiązania, co nie wróży mu długiego życia.

Jack Sparks to mężczyzna, który zdecydowanie kocha siebie i uważa, że sława, którą się cieszy, jest w pełni zasłużona. Dawno już nie spotkałam bohatera tak próżnego, przekonanego o swoim geniuszu i skrajnie nieodpowiedzialnego. Zanim zaczęłam czytać Ostatnie dni Jacka Sparksa obawiałam się, że przywiążę się do niego zbyt mocno i zakończenie przez niego żywota mocno mnie zaboli. Szybko okazało się jednak, że wręcz nie mogę się doczekać chwili, gdy on - kolokwialnie mówiąc - kopnie w kalendarz. Ta niechęć pokazuje, że Jason Arnopp stworzył postać bardzo realną, która mogłaby istnieć naprawdę. Autor chciał stworzyć wrażenie, że trzymamy w ręku biografię i spis ostatnich dni istniejącego człowieka i w pewien sposób mu się to udało. Gdyby nie podpisał się pod Ostatnimi dniami Jacka Sparksa można by nawet w to uwierzyć. Pomóc w tej mistyfikacji miała też strona internetowa stworzona tak, by wyglądała na dzieło głównego bohatera książki.

Fascynuje mnie, w jakim stopniu zjawiska nadprzyrodzone przenikają do umysłu nawet wtedy, gdy z góry się je odrzuca. Podobnie działają zarazki grypy - również na tych, którzy nie wierzą w ich istnienie. 

Chociaż forma, jaką posługuje się Arnopp, jest bardzo ciekawa, tak od samego początku do końca nie mogłam się wgryźć w Ostatnie dni Jacka Sparksa i miałam nadzieję, że uda mi się po prostu szybko tę opowieść skończyć. Nie było to jednak takie proste i męczyłam się okropnie długo z nią. Chociaż wszyscy czytelnicy potwierdzają, że mamy tutaj styczność z powieścią grozy, to osobiście tego nie odczułam. Te wątki, które powinny być przerażające i wzbudzać niepokój nie działały na mnie w żaden sposób. Niespodziewanie okazałam się odporna na gatunek, którego tak okropnie się bałam. Po Naturaliście, który przecież jest kryminałem, miałam problem z samotną wycieczką w nocy do łazienki. Po skończeniu Ostatnich dni czułam jedynie ulgę, że mogę już przeczytać coś innego i pochować Jacka Sparksa głęboko w pamięci.

Jack Sparks najbardziej lubi pisać o sobie, co widać w przedstawieniu innych bohaterów. Są oni płascy, gdyż tak naprawdę nic o nich nie wiemy. Jest to zabieg celowy, ale odebrałam to jako pójście na łatwiznę autora, który mógł się skupić na dobrej kreacji jednej osoby, a nie całego grona. Gdybym mogła skupić się na kimś innym pewnie inaczej odebrałabym całość fabuły. Im dłużej towarzyszyłam Sparskowi w jego przedsięwzięciu tym bardziej nieciekawy mi się wydawał, a fabuła mocno naciągana. Słyszałam takie zdania o Czarnej Madonnie, Remigiusza Mroza, a według mnie nasz polski autor dużo lepiej sobie poradził z przedstawieniem zjawisk nadprzyrodzonych i z sianiem grozy niż Jason Arnopp.

To jest najgorsze: daremna nadzieja. 

Gdyby ktoś powiedział mi, że ten przez wszystkich zachwalany horror wypadnie w moich oczach tak słabo... Nie uwierzyłabym. Najbardziej zirytował mnie fakt, ile musiałam czasu poświęcić, żeby dać autorowi i Jackowi Sparksowi jedną, pełną szansę. Mogłabym w tym czasie poznać jakieś dwie, trzy inne historie, które nie zawiodłyby mnie tak mocno i fakt, że ponoć Ostatnie dni Jacka Sparksa mają zostać zekranizowane dziwnie mnie zaskoczył. Nie powinnam się jednak dziwić: tyle pozytywnych opinii tej historii krąży po świecie, że twórcy filmu na pewno sporo na nim zarobią. Ja jednak będę unikać zarówno ekranizacji jak i innych książek Jasona Arnoppa, o ile się pojawią.

Ogólna ocena: 04/10 (może być)

750 // Ostatnie dni Jacka Sparksa // Jason Arnopp // Last Days of Jack Sparks // Lesław Haliński // 19 września 2018 // 360 stron // Wydawnictwo Vesper // 34,90 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu!

SIÓDMA FUNKCJA JĘZYKA // LAURENT BINET

września 19, 2018

SIÓDMA FUNKCJA JĘZYKA // LAURENT BINET

Siódma funkcja języka to jedna z tych książek, które tak bardzo chciałam przeczytać, że odkładałam je na później i później, aż minęło kilka miesięcy, a ona tak czekała i czekała. Gdy nadszedł ten moment, że nie miałam już żadnych egzemplarzy do recenzji mój wzrok padł na zapomnianą Siódmą funkcję języka i uznałam, że to już jej chwila. Nareszcie mogłam poświęcić jej więcej czasu i zobaczyć, co w niej jest takiego, że została nominowana do nagrody Bookera. Początkowo byłam zachwycona, jednak z każdą kolejną stroną to mijało i pojawiło się zniecierpliwienie oraz niechęć. Do głównych bohaterów, edukacyjnych wstawek i do męczącego stylu Laurenta Bineta. 

Roland Barthes 25 lutego 1980 roku zostaje potrącony przez samochód. Wypadek niby banalny, jednak przyczynia się do śmierci teoretyka semiologii, co wydaje się być czymś praktycznie niemożliwym. Komisarz Jacques Bayard podejrzewa tutaj celowe działanie: ktoś chciał intelektualistę uciszyć. Postanawia więc z pomocą młodego doktoranta, Simona, dojść do prawdy. Odważnie wkracza w świat filozofów i semiologów, chociaż nie rozumie z tego praktycznie nic. 

Żeby czerpać przyjemność z czytania Siódmej funkcji języka trzeba być kimś bardzo biegłym w życiu i dorobku ówczesnych filozofów, jak i znać się co nieco na funkcjach języka, ogólnych zasadach semiologii. Nigdy nie sądziłam, że rok studiów sprawi, że nie będę mieć problemów z czytaniem jakiegoś kryminału, acz brak zainteresowania biografiami Foucalta czy Umberto Eco sprawił, że zdecydowanie miałam tej książki dosyć. Użycie sławnych filozofów jako głównych bohaterów jest ciekawe, acz bardzo ryzykowne. Ciężko jest oddać realizm lat 80. XX wieku, a sprawienie, żeby postaci wydawały się żywe okazało się być dla Bineta czymś niemożliwym. 

Życie nie jest powieścią. Przynajmniej chcielibyście w to wierzyć. 

Oczekiwałam po tej pozycji bardzo dużo, jednak już Bayard zawiódł mnie swoją osobą. Spodziewałam się kogoś błyskotliwego, typu Sherlocka czy Poirota, a dostałam kogoś, kto nie był w stanie pojąć najprostszych założeń semiologii i aż dziwił mnie fakt, że udało mu się w ogóle wpaść na jakiś trop i nie uznał, że śmierć Barthesa wynikała z przypadku. W poszukiwaniu sprawcy i motywu natrafił on na tajne stowarzyszenia, gdzie inteligencja porusza poważne tematy i prowadzi długie, polityczne dyskusje. Są one tutaj bardzo istotne, ale wszystkie te wątki okropnie mnie nużyły. Odbierałam to jako pseudointelektualny bełkot, jednak mam świadomość tego, że Binet wie o czym pisze, a moje wrażenie wzięło się z ogólnej niechęci do Bayarda i jego rzeczywistości.

Nie da się ukryć, że chociaż Siódma funkcja języka napisana jest w sposób bardzo nużący, to język w sam sobie jest czymś naprawdę spektakularnym, co na początku doceniłam, a później zaczęłam przeklinać, gdy wszystkie porównania i nawiązania zaczęły zalewać mi umysł i wyłącznie męczyć. Jako osoba, którą temat semiologii naprawdę interesuje i co nieco o niej wiem, miałam ogromne oczekiwania co do całości, a później marzyłam o zwykłym, wciągającym, kryminale. Binetowi nie udało się zainteresować mnie tytułową siódmą funkcją języka ani motywami sprawców, przez co te kilka dni, które poświęciłam tej pozycji były dla mnie czymś strasznym.

Zaleta powieści: nigdy nie jest za późno.

Wgłębianie się w politykę czy dokładnie oddawanie realiów historycznych wiele osób może zaintrygować - oznacza to bardzo dobry research autora. W moim przypadku ponownie okazało się do gwoździem do trumny Laurenta Bineta. Za dużo szczegółów nałożyło się na zbyt mało akcji i gdyby zwrócić uwagę tylko na znajomość dzieł wybitnych filozofów, jaką popisał się pisarz, Siódma funkcja języka byłaby książkowym arcydziełem. Według mnie trzeba być naprawdę ogromnym pasjonatem zarówno tamtych lat jak i tematu, żeby zakochać się w tej historii. Kunszt tym razem okazał się czymś niewystarczającym. Najchętniej cofnęłabym czas i albo nie przeczytała tej historii, albo podeszła do niej bez oczekiwań.

Ogólna ocena: 04/10 (może być)

745 // Siódma funkcja języka // Laurent Binet // La septième fonction du langage // Wiktor Dłuski // 9 maja 2018 // 456 stron // Wydawnictwo Literackie // 49,90 zł 

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Literackiemu!
DZIEWCZYNKA Z ZAPALNICZKĄ

czerwca 07, 2018

DZIEWCZYNKA Z ZAPALNICZKĄ

Nigdy nie mam problemu z opisaniem tego, co czuję przy lekturze danej książki. Czy bardzo mi się podobała, czy wręcz przeciwnie... Słowa same ze mnie wypływają. Jednak nie tym razem. Być może jest to wina tego, jak mocno rozczarowałam się Dziewczynką z zapalniczką. Słyszałam o Mariuszu Czubaju mnóstwo pozytywnych opinii, więc podeszłam do tej książki z wielkim zapałem i nie mogłam doczekać się chwili, gdy będę mogła ją przeczytać. Szybko okazało się jednak, że już od samego początku moja przygoda z tym autorem jest skazana na porażkę. 

W lesie zostaje znalezione ciało emerytowanego policjanta. Sprawy nie ułatwia fakt, że jest zima i nikt nie wie, po co mężczyzna wybrał się w tamte rejony ani fakt, że policja nie bardzo chce wgłębiać się w tę sprawę i planują pójść po najmniejszej linii oporu. Jest jednak osoba, którą śmierć Jacka Szymona bardzo dotknęła. Rudolf Heinz zawsze uważał Jacka za swojego mentora i przyjaciela. Chociaż odsunięty od spraw z powodu ciężkiego załamania nerwowego postanawia dowiedzieć się, dlaczego ktoś ukrócił życie emeryta i przy okazji przyjrzeć się pewnej sprawie sprzed lat, która wydaje się być w jakiś sposób z jego śmiercią powiązana. 

Być może problemem jest fakt, że zaczęłam swoją przygodę z Rudolfem Heinzem od tomu piątego jego przygód. Nie znając jego przeszłości, powodów jego problemów ani nie wiedząc o nim nic konkretnego nie mogłam odnaleźć się w jego życiu i zrozumieć jego postępowania. Nie potrafiłam nawet porządnie go polubić, co wydaje się być bardzo problematyczne w tego typu książkach. gdzie spędzamy z jednym bohaterem naprawdę dużo czasu. Nie znając też wcześniej Jacka Szymona niespecjalnie przejęłam się tym, że ktoś postanowił go zamordować. Ot, kolejna ofiara w wielkim masowym grobie, do którego codziennie dorzuca się kolejnego trupa.
Pochodnia w mroku // Sabaa Tahir

sierpnia 22, 2017

Pochodnia w mroku // Sabaa Tahir

Wciąż pamiętam moment, gdy Imperium ognia pojawiło się na polskim rynku. Wszyscy z radością rzucili się na tę pozycję. Chociaż zwykle nie myślę nawet o książkach, które nie schodzą czytelnikom z ust, tym razem się skusiłam i byłam naprawdę zadowolona z tego, co otrzymałam. Szybko zaprzyjaźniłam się z bohaterami i przyzwyczaiłam się do świata. Dużo czasu minęło od premiery pierwszego tomu, więc gdy zobaczyłam zapowiedzi kontynuacji byłam naprawdę szczęśliwa. Spodziewałam się, że wezmę Pochodnię w mroku do rąk, usiądę i nie wstanę do momentu, gdy dojdę do ostatniej strony. Coś jednak poszło nie tak i albo ja jestem już za stara na tego typu literaturę albo Sabaa Tahir poszła w złym kierunku.

Eliasowi i Lai udaje się uciec z Serry, jednak nie są bezpieczni i za szybko nie będą. Ścigani przez wojańskich żołnierzy zmierzają w stronę najbardziej strzeżonego więzienia Imperium. Muszą uwolnić brata dziewczyny, który jest jej ostatnim żyjącym krewnym i nadzieją na wolność Scholarów. Ich twarze są znane teraz w całym kraju, a ich tropem podąża zdeterminowana Komendantka i zagubiona Helena, najlepsza przyjaciółka Eliasa, która musi udowodnić swoją lojalność imperatorowi przynosząc głowę mężczyzny, którego kocha od zawsze.

Myślałam, że tak jak w przypadku Imperium ognia od samego początku wciągnę się w całą akcję, jednak odniosłam wrażenie, że Pochodnia w mroku została napisana wyłącznie po to, by stanowić wstęp do tomu trzeciego. To częste w przypadku serii, że część druga jest najgorsza, jednak poczułam się zawiedziona.  Fabuła pędzi do przodu i ciągle się coś dzieje, a ja wynudziłam się jak mops przez większą część książki. Zauważyłam, że powieści młodzieżowe nie są już dla mnie - starość nie radość - acz miałam cichą nadzieję, że skoro pokochałam tom pierwszy tym razem uda mi się jakoś obejść mój gust. Nic z tego.
[589] Przewaga Bourne'a - Eric van Lustbader, Robert Ludlum

stycznia 08, 2017

[589] Przewaga Bourne'a - Eric van Lustbader, Robert Ludlum


Zapewne bardzo dobrze znacie już moją tendencję nie zaczynania od początku. Kiedy jakaś książka mnie zainteresuje ignoruję fakt, że jest na przykład trzecią częścią serii i od razu się na nią rzucam. Tak było z siódmą częścią Harry'ego Pottera czy właśnie z Przewagą Bourne'a, która jest tomem - uwaga! - dwunastym. Możecie teraz popatrzeć na mnie z politowaniem, jednak w żaden sposób nie przeszkadzała mi nieznajomość poprzednich książek z tej serii. Jestem pewna, że byłabym równie zawiedziona, gdybym przeżywała przygody z Jasonem Bournem od lat. Jestem osobą, która uwielbia wszelkich tajnych agentów, operacje rządowe i akcje pod przykrywką, więc uznałam, że Jason Bourne to seria dla mnie. Okazało się, że nie do końca.

Jason Bourne został postawiony przed faktem dokonanym. Pieniądze, które zdeponował w banku w Zurychu szybko zniknęły, więc musiał znaleźć sobie jakieś płatne zajęcie, by nie umrzeć z głodu. Jego umiejętności sprawiły, że bez trudu stał się popularny jako kowal. Wciela się w rolę osób ważnych dla państwa i wystarczająco bogatych, by mu za to zapłacić, i pojawia się jako oni w miejscach, które są narażone na zamach bądź bezpośrednio zagrażają ich życiu. Wydawać by się mogło, że to kolejne zadanie, jednak gdy znajdował się na spotkaniu W Katarze, które ma dotyczyć walki z terroryzmem, dochodzi do ataku. Okazuje się, że celem nie jest żaden z dygnitarzy, tylko sam Jason Bourne. El Ghadan przedstawia mu propozycję nie do odrzucenia. Prezydent Stanów Zjednoczonych ma niedługo podpisać traktat pokojowy między Izraelem i Palestyną, a Bourne jest człowiekiem, który ma do tego nie dopuścić. Prezydent ma zginąć. Inaczej przetrzymywana przez niego dawna przyjaciółka, jej mąż i dwuletnia córeczka zostaną zamordowane. Czas ucieka.
[555] Zakazana księga - Christian Jacq

sierpnia 02, 2016

[555] Zakazana księga - Christian Jacq

Tytuł: Zakazana księga
Tytuł oryginału: Le livre interdit
Autor: Christian Jacq
Tłumaczenie: Monika Szewc-Osiecka
Seria: Śledztwa księcia Setny
Tom: 2
Data wydania: 21 czerwca 2016
Liczba stron: 256
Wydawnictwo: Rebis
Cena na okładce: 29,90
Całkiem niedawno czytałam pierwszy tom tej egipskiej serii. Przeklęty grobowiec średnio przypadł mi do gustu, jednak postanowiłam dać kolejną szansę Christianowi Jacqowi. Obawiałam się, że autor nie podniesie poziomu Śledztw księcia Setny i - niestety - miałam rację.

Książę Setna, młodszy z dwóch synów faraona Ramzesa II, udaje się do stolicy, by w końcu dowiedzieć się, o co chodzi z zapieczętowanym dzbanem Ozyrysa, który zniknął z przeklętego grobowca. Droga do ojca jest jednak ciężka, a siły zła nie chcą, by młody kapłan zdobył potrzebne mu informacje. Misja, którą otrzymuje Setna jest ciężka i wręcz niemożliwa do zrealizowania. Musi odnaleźć Księgę Totha, która jako jedyna może pomóc w pokonaniu czarnoksiężnika. Dodatkowo chłopak martwi się o swoją narzeczoną, która musiała uciekać z domu rodzinnego.

Sekhet znalazła schronienie w domu pewnych ludzi. Wie jednak, że nie może długo u nich zostać, a gospodarze również nie są pewni, dlaczego się ukrywa. Martwią się, że sprowadzi na nich kłopoty. Dziewczyna obawia się o swoje życie i wie, że ojciec tak po prostu nie zapomni. Ma jednak wiadomość, którą koniecznie musi przekonać Setnie, a pomoże im ona stawić czoła złu.

Fabuła dalej biegnie swoim torem i wciąż posuwa się bardzo pomału. Mogłoby się wydawać, że skoro książka jest tak krótka, akcja będzie goniła akcje, jednak według mnie jest zbyt statyczna, przez co zdarzyło mi się ziewać podczas lektury. Miałam nadzieję, że Zakazana księga zwali mnie z nóg i stało się to, jednak z całkiem innego powodu. Upadłam na łóżko i zasnęłam kilka sekund po zakończeniu. Christian Jacq otrzymał drugą szansę, a wciąż nie podołał moim oczekiwaniom. Z pewnością nie będę kontynuować przygody z Śledztwami księcia Setny.
[545] Xangô z Baker Street - Jô Soares

lipca 17, 2016

[545] Xangô z Baker Street - Jô Soares

Tytuł: Xangô z Baker Street
Tytuł oryginału: O Xangô de Baker Street
Autor: Jô Soares
Tłumaczenie: Wojciech Charchalis
Seria: Salamandra
Tom: -
Data wydania: 12 kwietnia 2016
Liczba stron: 256
Wydawnictwo:  Rebis
Cena na okładce: 32,90
Jako przeogromna fanka Sherlocka Holmesa na wszystkie słowa z nim związane reaguję z przesadnym entuzjazmem. Właśnie tak było w przypadku książki Xangô z Baker Street, gdy wypatrzyłam ją w zapowiedziach. Wszystkie oryginalne przygody mojego ulubionego bohatera już przeczytałam, więc gdy pojawia się coś napisane przez innego autora zawszę daję temu szansę. Potraficie wyobrazić sobie moją minę, gdy książka napisana przez  Jô Soaresa okazała się być niczym więcej, jak marną parodią Doyle'a?

Mamy rok 1888. W Rio de Janeiro zaginęły skrzypce Stradivariusa Z powodu tego, iż jest to podarunek od samego cesarza Brazylii, Piotra II, dla przyjaciółki sprawa jest dość delikatna. Mężczyzna postanawia posłać po pomoc. Sherlock Holmes musi przyjechać do Brazylii i odnaleźć sprawcę. 

Dodatkowo w mieście zaczynają ginąć młode kobiety. Morderca pozostawia na ich ciałach swój podpis: strunę skrzypiec. Holmes i doktor Watson postanawiają rozwiązać i tę sprawę, skoro już są na miejscu. Tylko czy Anglikom uda się dostrzec w tropikalnym słońcu prawdę?

Czytając zapowiedź byłam wniebowzięta. Egzotyczna kraina, morderstwa i mój ulubiony detektyw. Raj. Szybko jednak mój zapał opadł i został jedynie niesmak. Jeżeli Jô Soares chciał ośmieszyć Sherlocka Holmesa, podważyć jego geniusz i zdeptać z ziemią jego osobę to doskonale mu się udało. Przedstawiony przez niego mężczyzna - nie mogę nazwać go Sherlockiem - ciągle się myli w swoich dedukcjach nie pozwalając wyjaśnić sobie prawdy i będąc osobą zwyczajnie głupią i niedomyślną, z przesadną pewnością siebie.
[521] Fobos - Victor Dixen

czerwca 08, 2016

[521] Fobos - Victor Dixen

Tytuł: Fobos
Tytuł oryginału: Phobos
Autor: Victor Dixen
Tłumaczenie: Eliza Kasprzak-Kozikowska
Seria: Fobos
Tom: 1
Data wydania: 02 czerwca 2016
Liczba stron: 456
Wydawnictwo: Moondrive
Cena na okładce: 36,90
Ostatnio mam ochotę na lekkie, szybkie książki, a z racji, że powieści młodzieżowe spadły na dalszy plan postanowiłam zabrać się za coś właśnie z tego gatunku. Przeglądając zapowiedzi natrafiłam na intrygujący opis Fobosa. Zdecydowałam, że zaryzykuję i - być może - trafię na dobrą, oryginalną historię, która długo będzie siedzieć w mojej głowie. Myliłam się.

Léonor postanowiła zgłosić się do Programu Genesis, który ma na celu skolonizowanie Marsa. W młodości porzucona w zwykłym śmietniku była przerzucana z jednej rodziny zastępczej do drugiej. Lot na inną planetę jest jej szansą na lepsze życie. Kiedy zostaje wybrana nie przeraża ją nawet fakt, że od teraz każdy jej dzień będzie transmitowany na cały świat. Dwunastu młodych ludzi, sześć dziewczyn i sześciu chłopaków, będzie brało udział w reality show podczas lotu kosmicznego. Mają oni uczestniczyć w szybkich, sześciominutowych randkach, a na koniec długiego lotu na Marsa wybrać partnera, z którym przez resztę życia będą kolonizować czerwoną planetę. 

Léonor obawia się, iż jej tajemnica wyjdzie na jaw, przez co zostanie odrzucona przez innych uczestników Programu. Decyduje się jednak na lot, choć czuje, że nie powinna tego robić. Nie chce zostawić jednak przyjaciółki, którą zyskała po roku szkolenia. Wsiada do rakiety z nadzieją, że nie będzie tak tragicznie, jak się tego spodziewa. Dziewczyna nie wie, że nie tylko ona ma swoje sekrety. Każdy z pozostałych nastolatków coś ukrywa. Co więcej i twórcy Genesis nie mówią im wszystkiego...

Początek bardzo mi się nie spodobał. Skojarzył mi się z fałszywymi organizatorami Igrzysk Śmierci. Skojarzenie okazało się być bardzo adekwatne, gdyż Fobos równie mocno nie przypadł mi do gustu.
Copyright © Życie z książką , Blogger