kwietnia 27, 2016
[502] Przepaść czasu - Jeanette Winterson
Bardzo lubię klasykę, co odkryłam całkiem niedawno. Wcześniej jednak rzucałam się na każdą powieść, która przenosiła klasycznych bohaterów do współczesności. Gdy usłyszałam o projekcie Szekspir wiedziałam, że muszę przeczytać Przepaść czasu, choć osobiście nie znam Zimowej opowieści. Podeszłam do niej ostrożnie, gdyż do tej pory miałam styczności tylko z trzema jego dramatami. Choć bardzo mi się podobały łatwiej mi znieść nieszczęśliwe zakończenia, gdy nie dzieją się one w naszych czasach.
Choć nie czytałam pierwowzoru na początku dostajemy fragment i streszczenie Zimowej opowieści, co mnie trochę zdziwiło, trochę usatysfakcjonowało. Spodziewałam się jednak, że przez to, że wiem, jak wszystko się zakończy spokojnie będę sobie czytać i niczym się nie przejmować. Myliłam się.
Bardzo polubiłam Perditę. Praktycznie od samego początku - czyli od jej narodzin - czułam do niej przeogromną sympatię. Ojciec dziewczynki, Leo, był dla mnie ogromną zagadką, choć przecież bardzo się uzewnętrzniał. Jego zachowanie mnie irytowało, choć nie ukrywam, że go polubiłam. Nie popierałam tego, co zrobił, nie potrafiłam jednak go nienawidzić. Sama nie wiem dlaczego.
Początkowo ciężko było mi się wgryźć w Przepaść czasu. Do połowy - mimo sympatii do bohaterów - chciałam ją już skończyć. Być może to przez styl pisania Jeanette Winterson i potrzebowałam czasu, by się do niego przyzwyczaić. W pewnym momencie zauważyłam, że coraz bardziej wciągam się w historię Perdity, Leo, Ksena i wszystkich innych postaci. Żałuję, że nie byłam tak zachwycona od samego początku, gdyż wtedy ta pozycja trafiłaby do moich ulubionych. Nie było tak jednak, więc uważam, że to spory minus. Są ludzie, którzy nie doczytują książek do końca, gdy nie podoba im się od pierwszej strony. Dużo mogą stracić.