CZY DO URATOWANIA ŚWIATA WYSTARCZĄ WYBUCHOWE PLUSZOWE MISIE?

Po słabym trzecim tomie cyklu o Alcatrazie Smedrym wiedziałam, że czwartą część przeczytam, jednak nie mogłam się do tego zabrać. Czułam, że nie przeżyje kolejnego rozczarowania Brandonem Sandersonem, więc Zakon Rozbitej Soczewki leżał u mnie na półce od czasu premiery, a ja z każdym kolejnym dniem miałam coraz mniejszą ochotę w ogóle po te książki sięgać. Mimo to postanowiłam, że najwyższa pora nadrobić zaległości i padło na kontynuację Rycerzy Krystalii. Początkowo odczucia miałam jak przy dwóch poprzednich częściach - daleko im było do Piasku Raszida - z czasem jednak zakochałam się i poczułam, że ten cykl wrócił na odpowiednie tory.

Mokia jest w niebezpieczeństwie. Oblężona przez Bibliotekarzy nie ma żadnych szans na przetrwanie. Wolne Królestwa postanawiają porzucić Mokię na pastwę losu. Alcatraz jednak nie chce na to pozwolić. Wpada na pomysł, który jest niebezpieczny nawet w skali Smedrych, ale nie ma zamiaru pozwolić Bibliotekarzom na kolejne działania. Wyrusza więc w sam środek wojny wiedząc, że rycerze wyruszą za nim i w ten sposób wspomogą słabe siły, które zostały mokiańczykom do obrony. 

W tym tomie zaczyna się wyjaśniać praktycznie wszystko. Większość zagadek z poprzednich części znajduje swoje rozwiązania, przez co cała intryga Sandersona okazuje się być naprawdę niesamowita. Widać, że planował to wszystko od pierwszego tomu i chociaż ta seria jest przeznaczona dla młodszych znalazło się w niej to, z czego Sanderson jest znany. Mamy tutaj nietuzinkową fabułę, oryginalnych bohaterów i tak duże poczucie humoru, że wybuchy śmiechu są gwarantowane.

Wojna to nie powód, żeby robić ludziom krzywdę. 

Alcatraz w tej części dalej jest takim samym dzieckiem jak na początku. Podoba mi się, że nie ma tutaj nagłej przemiany wewnętrznej, która nie pasowałaby do chłopca w tym wieku. Alcatraz nigdy nie uważał się za bohatera i cały czas to podkreśla. Nie udaje kogoś, kim nie jest i wszystkie swoje błędy bardzo często sam wytyka. Równocześnie nie da się nie uznać, że wszystko co on robi nosi na sobie znamię bohaterstwa i potrzeba sporo odwagi i głupoty, żeby tak poświęcać się dla innych.

Więcej tu akcji, chociaż w poprzednich częściach również jej nie brakowało. Zbliżając się do końca chciałam, by Zakon Rozbitej Soczewki miał dwa razy więcej stron. Ciekawa jestem, czy w tomie piątym - i ponoć ostatnim - będzie tak samo dobrze. Głęboko w sobie czuję, że tak - Sanderson nie zepsułby zakończenia żadnego ze swoich cykli. Alcatraz kontra Bibliotekarze to wyraźna ucieczka od cięższych serii, które ten autor tworzy i na pewno doskonale bawił się podczas pisania. Popuścił wodzę wyobraźni - wybuchające pluszowe misie! - i poczucie humoru, bo absurdów jest tu tak dużo, że nie widać żadnych zahamowań. Sam fakt, jak szaloną numerację rozdziałów tutaj dostajemy mówi sam za siebie.

Bardzo chciałabym już sięgnąć po Mroczny talent. Trochę domyślam się, jak zakończy się ogólna nić fabularna, jednak interesują mnie też te poboczne, więc z pewnością po tom piąty sięgnę. Cieszę się, że w końcu zdecydowałam się przeczytać Zakon Rozbitej Soczewki i znowu dostrzegłam geniusz tego cyklu.

Ogólna ocena: 08/10 (rewelacyjna)

719 // Zakon Rozbitej Soczewki // Brandon Sanderson // Alcatraz versus the Shattered Lens // Jacek Drewnowski // Alcatraz kontra Bibliotekarze // tom 4 // 18 kwietnia 2018 // 288 stron // Wydawnictwo IUVI // 29,90 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu IUVI!

Komentarze