środa, 31 maja 2017

Dużo kiepskich książków // podsumowanie // maj 2017 + zapowiedzi

20 komentarzy:
Zrobiłam to. Serio. W końcu uciekłam tej czytelniczej niemocy i wróciłam na stare tory. Ale, ale. Idealnie być nie może. Chociaż ilość przeczytanych książek jest więcej niż zadowalająca, to ich jakoś woła o pomstę do nieba. Nic mnie porządnie w tym miesiącu nie zachwyciło, chociaż przecież był Mróz, był Sanderson. Domyślam się jednak, że czerwiec będzie dużo lepszy pod tym względem, gdyż niedawno zapukał kurier z ciekawą paczuszką i już się nawet do niej dobrałam i zaczęłam czytać. Jeśli ktoś jest ciekawy, jak udało mi się przeczytać w tym miesiącu siedemnaście książek to mogę zdradzić tajemnicę. Wróciłam na dietę, więc czytałam, by nie myśleć o jedzeniu. Brawo. Jestem jednak z siebie dumna, bo wygrałam z nałogiem. Koniec z cukrem! Tak poza książkowym tematem... Wiecie, jak ciężko wyrzucić cukier z diety? On jest wszędzie. Wszędzie. Teraz nawet na keczup wydaję majątek. No bo przecież taki zwykły to cukier w większości. Wniosek? Nie stać mnie na książki. I zjadłabym bułkę. 

Tamten miesiąc skończyłam na pierwszym tomie Mścicieli, jednak zrobiłam przerwę w serii i zanim pochłonęłam Pożar i Calamity zabrałam się za Chemika, Stephenie Meyer. Jako zaciekła fanka Zmierzchu musiałam zobaczyć, czy coś się w pani autorce zmieniło i doszłam do wniosku, że chyba na gorsze. Największą krzywdą zrobioną tej książce jest promowanie jej jako thrillera zamiast nazwać rzecz po imieniu. Mamy tutaj romans. Czyta się łatwo, przyjemnie i równie szybko jak się ją czyta to o niej zapomina. Gdybym podeszła do tej pozycji ze świadomością, że będę czytać o rozterkach sercowych całkiem inaczej by to się skończyło. Nie oczekiwałabym bomby, ani nawet fajerwerków. Od razu po skończeniu nieszczęsnego Chemika wróciłam do Mścicieli i się okrutnie zawiodłam. Wiecie. Sanderson to Sanderson, a nie tęcze, róż i króliczki. Zakończenie Calamity bardzo na nie. Gdzie krew?

Moim kolejnym błędem było wzięcie do ręki Teatru Sabata. Możecie teraz pokręcić głową ze zdziwieniem i powiedzieć halo, przecież ty kochasz Rotha. A ja powiem, że kocham ale tym razem jestem chyba za głupia by pojąć przesłanie i wynieść cokolwiek z tego ogromnego tomiszcza. No niby Roth to zawsze dobra porcja literatury, ale nie polecam Teatru na początek. Ani - na chwilę obecną - chyba w ogóle. Po tej ciężkiej przeprawie uznałam, że na zdrowie wyjdzie mi całkowita zmiana gatunku, więc wzięłam się za Ziemię niczyją, a następnie kontynuację. I po raz kolejny się powtórzę. Za dużo polityki. Takiej nudnej.

niedziela, 28 maja 2017

Vestmanna // Ove Løgmansbø

24 komentarze:
Dobrze pamiętam ten dzień, kiedy telefony zaczęły mi się urywać i cała Polska żyła informacją, że Remigiusz Mróz to autor tak płodny, że musi wydawać pod dwoma nazwiskami, żeby ludzie nie mieli go dość. Jako wierna fanka - halo, czytałam Mroza zanim stało się to modne! - musiałam się zaopatrzyć w cały ten cykl. Szybko go zdobyłam, położyłam na półce - to był jeszcze ten miesiąc, kiedy Mróz się jeszcze na półce mieścił - i zerkałam tak raz na jakiś czas na rosnący stos książek do przeczytania. Maj był miesiącem, w którym pojawiła się kontynuacja trylogii serii o Wiktorze Forście, po którą pognałam do księgarni dzień po premierze i równo szybko ją przeczytałam. A Mróz to Mróz. Uzależnia. Jak cukier. Skończyłam Deniwelację, złapałam za Enklawę. Następnego dnia po Połów, a kolejnego po Prom. Ups?

Wyspy Owcze to archipelag wysp na Morzu Norweskim, pomiędzy Wielką Brytanią, Islandią a Norwegią. Są zależni od Danii i uparcie dążą do niepodległości. Spokojnie można uznać, że jest to jedno z najbezpieczniejszych miejsc na całym świecie. Od 1988 roku zdarzyło się tam tylko jedno morderstwo, a jedynce, co grozi mieszkańcom to wypadek samochodowy na skutek zderzenia się z owcą. Farerzy żyją spokojnie niczego się nie obawiając i traktując się jak jedna wielka rodzina. Pewnego dnia znika jednak nastolatka. Cała społeczność od razu organizuje poszukiwania, jednak nie udaje się nic ustalić. Sprawą zaczyna interesować się duńska policja, irytując miejscowych. Ostatnią osobą, która widziała dziewczynę w porcie jest Hallbjørn Olsen...

Hall jest mężczyzną jak każdy inny na Wyspach. Za dnia pracuje dorywczo gdzie się da, lubi sobie wypić i raz na jakiś czas wbić w bójkę. Po śmierci żony sam wychowuje nastoletnią córkę, która wcale go nie potrzebuje, udowadniając to swoją samodzielnością. Jak przez mgłę pamięta spotkanie z zaginioną dziewczyną, a długa luka w pamięci niesamowicie go niepokoi. Hallbjørn był kiedyś żołnierzem w duńskiej armii, przez co lokalna społeczność zerkała na niego z wyrzutem, i cały czas ma traumę po pewnych wydarzeniach. Wszystkie ślady wskazują, że nie mógł tego zrobić, a Katrine Ellegaard - policjantka przypisana do sprawy - postanawia poprosić go o pomoc. Ludzie z Vestmanny są zamkniętą społecznością, która nie ufa obcym.

czwartek, 25 maja 2017

⅔ ulubionych serii z dzieciństwa

6 komentarzy:
Większość mojego życia spędziłam w bibliotece, jednak dopiero z czasem skierowałam swój wzrok w stronę półki z fantastyką. Powód był prosty. Skończyły mi się te obyczajowe i przygodowe. Mieszkam w małym mieście, a nie czułam się jeszcze gotowa na przeniesienie się piętro niżej, do wypożyczalni dla dorosłych. Ha, do teraz tego nie zrobiłam. Wciąż odwiedzam tę dla dzieci, jednak tym razem do ja pożyczam książki paniom bibliotekarkom. Podrzucając kilka pozycji Sandersona dla jednej z pań postanowiłam rozejrzeć się po półkach. Mój wzrok padł na Pendragona i stwierdziłam, że czas najwyższy powrócić do serii, którą kiedyś tak uwielbiałam, że ze zniecierpliwieniem czekałam na kolejne tomy. Z tym postanowieniem wsadziłam Wędrowca pod pachę i ruszyłam w stronę poziomu drugiego po kolejny ulubiony cykl. Nie mogłam wrócić do domu bez Charliego Bone'a.

Pendragon jest czternastolatkiem, który wiedzie sobie życie przeciętnego chłopaka w tym wieku. Ma rodzinę, psa, najlepszego przyjaciela i zaczyna interesować się dziewczynami. Nic niezwykłego. Bobby ma jeszcze wujka Pressa, który pojawia się w różnych momentach jego życia przywożąc mu niezwykłe prezenty. Tym razem również zjawił się niespodziewanie, przerywając chłopakowi pierwszy pocałunek z dziewczyną, w której od dawna się kochał. Nie przywiózł ze sobą nic, a Bobby jest zaskoczony, że musi pójść z Pressem - powinien być w drodze na ważny mecz, liczy na niego cała szkoła. Zaufanie jednak robi swoje, a przyjęcie do wiadomości, że jadą uratować inny wymiar wymaga owego zaufania naprawdę sporo. Chłopiec musi opuścić Ziemię i wyruszyć na Denduron aby zacząć wypełniać obowiązki Wędrowca. 

Może się wydawać, że jest to seria jakich pełno na rynku. Po dłuższym zastanowieniu muszę przyznać Wam rację. Z drugiej jednak strony D.J. MacHale stworzył wszechświat, w którym wszystko jest możliwe, a bycie Wędrowcem to ciężka robota, co widać już w pierwszej części, a w kolejnych wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Mając te swoje naście lat byłam zakochana w postaci Bobby'ego z jednego powodu. Popełniał błędy. Mnóstwo błędów. Nie był nieomylny, bał się, myślał tylko o sobie. Słowem: był prawdziwym czternastolatkiem, który trafił do nieznanego sobie świata, gdzie musiał radzić sobie ze sporymi wyzwaniami. 

Chociaż mam już trochę więcej lat niż w momencie, gdy po raz pierwszy poznawałam przygody Bobby'ego, i tak nie było mnie dla świata, gdy otworzyłam Wędrowca. W pamięci zatarły mi się już niektóre szczegóły i pamiętałam tylko ogólny zarys fabuły. Odkrywanie Pendragona od nowa było niesamowite. Nie mam pojęcia, dlaczego ten cykl został zapomniany i stracił na popularności. Wszystkie dziesięć tomów jest dostępnych na polskim rynku na wyciągnięcie ręki. Chciałabym móc powiedzieć z pełnym przekonaniem, że jest to coś również dla dorosłych - jak w przypadku innej serii, którą odświeżę sobie gdy pojadę do rodzinnego miasta - jednak trochę się waham. Chyba można nazwać mnie już dorosłą osobą, acz moje podejście do Pendragona jest inne. Zawierają się w tym wspomnienia i emocje, jakie wywołał we mnie ten cykl w dzieciństwie.

wtorek, 23 maja 2017

Nana

17 komentarzy:
Nie jestem zbyt wielką fanką anime czy mang, jednak raz na jakiś czas lubię zatracić się w tych japońskich produkcjach. Mam jednak taką pewną cechę charakteru, której nie potrafię nazwać, a przez którą nie zaczynam nic nowego z tych dwóch kategorii, a oglądam i czytam w kółko to samo. Gdyby ktoś zapytałby mnie o ulubione anime mogłabym wymienić Króla szamanów, Bleacha albo Clannad. Jeśli jednak miałabym wybrać tylko jedną historię odpowiedziałabym bez wahania. Nana. Mimo, że łamie mi serce za każdym razem, często do niej wracam i za każdym razem cierpię równo mocno.

Życiem rządzi przypadek, co wiadomo nie od dzisiaj. Komatsu Nana z radością porzuciła swoje dotychczasowe życie w małej mieścinie i wyjeżdża do Tokio, do swojego chłopaka. Ma zamiar znaleźć tam mieszkanie i pracę. Z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych pociąg zmierzający do stolicy co chwilę się zatrzymuje. Nana - dostrzegając wolne miejsce - postanawia tam usiąść, co sprawia, że wszystko się zmienia. 

Osaki Nana zmierza do Tokio by spełnić swoje marzenia i udowodnić wszystkim, że jest w stanie śpiewać i zyskać popularność. Kiedy przysiada się do niej urocza dziewczyna początkowo nie reaguje - nie jest zbyt towarzyską osobą. W pewnym jednak momencie - dowiadując się, że mają tak samo na imię - zaczyna interesować się drugą Naną. Chociaż są swoim całkowitym przeciwieństwem nawiązuje się między nimi nić porozumienia. 

W Tokio Osaki Nana odchodzi bez słowa. Nie jest to jednak ich ostatnie spotkanie.

piątek, 19 maja 2017

Najważniejsza książka w mojej biblioteczce

6 komentarzy:
Pamiętacie, jak półtora roku temu zachwycałam się nad Ku słońcu, Andrew Korczyńskiego? Do dzisiaj pozostaje ona jedną z moich ulubionych książek i nie potrafię o niej zapomnieć. Robert wciąż jest postacią, która znaczy dla mnie bardzo dużo i udowadnia mi, że z każdej sytuacji jest wyjście. Wyobraźcie sobie moją radość, gdy dostałam mejla od autora, że po sporych poprawkach na świecie pojawił się niewielki nakład - bibliofilski! - a jeden egzemplarz jest przeznaczony dla mnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek jakaś książka mnie tak ucieszyła, a posiadam ich naprawdę sporo - w tym cudowne wydania, które kosztowały mnie majątek; naprawdę stare pozycje, których zdobycie nie było łatwe i książki z autografem ulubionych twórców. 

Mimo tego, że zmienił się tytuł książki oraz pseudonim samego autora to ta sama cudowna historia, którą obecnie czytam po raz kolejny i chociaż pamiętam większość wydarzeń i tak - znowu! - jestem zachwycona. Tym razem jednak nie pochłaniam Jazdy na rydwanie tak zachłannie jak te półtora roku temu. Teraz - wiedząc co będzie dalej - mogę delektować się każdym słowem. A naprawdę jest czym.

Niech mi ktoś jeszcze raz powie, że Polacy nie potrafią pisać, to się bardzo zdenerwuję. Przecież mamy mnóstwo autorów, którzy udowadniają, że Polak potrafi! Wystarczy wspomnieć tutaj Remigiusza Mroza - jak mogłabym go pominąć? - czy Melissę Darwood. Jazda na rydwanie - obok książki mojego taty - jest to najważniejsza pozycja, jaką mam na swoich półkach i wciąż mi przykro, że cały świat nie może wziąć jej do ręki i zobaczyć, jak genialnie pisze Julian Hardy. Tak, mówię do osób, które unikają jak diabeł święconej wody polskiej twórczości. I po co? 

wtorek, 16 maja 2017

Ziemia niczyja + przedpremierowo: Dzieci martwej ziemi // Jan Waletow

2 komentarze:
Rzadko kiedy czytam książki post-apokaliptyczne, a nawet dystopie, chociaż kiedyś rzucałam się na te gatunki. Z czasem jednak ich rosnąca popularność mnie odrzuciła. Tak to już jest, że im bardziej się o czymś mówi, tym bardziej tego unikam. W ten sposób nasze drogi się rozeszły. Postanowiłam jednak rozszerzyć swoje horyzonty, gdy zorientowałam się, jak bardzo jestem uzależniona od fantasy. Powieści młodzieżowe z góry skreśliłam, gdyż nie mam ochoty na ogłupiacze, a poważniejsze pozycje nie pasują do mnie, w chwili obecnej. Właśnie te wszystkie czynniki sprawiły, że Ziemia niczyja oraz Dzieci martwej ziemi trafiły w moje ręce. Nie było to zbyt owocne spotkanie, a maj chyba będzie najgorszym - pod względem jakości lektur - miesiącem w tym roku.

Wszystkie zapory runęły, a Potop w kilka dni pozbawił życia miliony ludzi. Strefa klęski żywiołowej została skażona, a reszta świata stara się o niej zapomnieć, namiętnie podrzucając do niej wszelkich kryminalistów i tych, którzy są niewygodni dla państwa i świata. Chociaż wydaje się to być niemożliwym wciąż tam żyją ludzie - bez praw, bez zahamowań i bez sumienia. Michaił Siergiejew doskonale potrafi się odnaleźć w tej Ukrainie, którą pozostawił Potop. Mężczyzna radzi sobie na tym polu walki między Wchodem a Zachodem i ma tylko jeden cel: przeżyć.

- Żaden ptak, żadne drzewo - powiedział Wadim. - Wszystko zniszczymy. A czego nie zniszczymy, to zjemy. Kurwa, taką ziemię przepieprzyli! I teraz jest niczyja. Nikomu niepotrzebna. I my jej nie jesteśmy potrzebni. Amen!**

Zacząć należy od tego, że obie części tego cyklu nie są łatwą lekturą. Jeśli spodziewacie się, że otworzycie Ziemię niczyją i pochłoniecie ją ot tak, bez problemów, jesteście w błędzie. Jan Waletow skupił się tutaj głównie na polityce, więc jeśli oczekujecie mnóstwa akcji musicie schować te oczekiwania do kieszeni. Od powieści tego gatunku wręcz wymaga się, by mroziła krew w żyłach swoim realizmem i prawdopodobieństwem, a autor doskonale sobie z tym poradził. Czytając Ziemię niczyją oraz Dzieci martwej ziemi przez pryzmat tego, co dzieje się właśnie na Ukrainie i całym świecie można dostać niezłego zawału z przerażenia i resztę życia spędzić przy oknie wyglądając ogromnej fali, która przyniesie zniszczenie. Zanim jednak Waletowa ogłosimy nowym wieszczem narodowym zwróćmy uwagę na to, że dla osób, które unikają raczej tematów ściśle politycznych oba tomy tej serii mogą się wydawać niesamowicie... nudne. Podnoszę tutaj rękę do góry i kulę się ze wstydu.

piątek, 12 maja 2017

Teatr Sabata // Philip Roth

4 komentarze:
Uwielbiam twórczość Philipa Rotha, więc na kolejne wydania jego książek czekam z ogromnym zniecierpliwieniem. Ale tym razem... Coś poszło nie tak. Początkowo byłam dosyć mocno zdziwiona objętością. Trzy czwarte powieści Rotha, które czytałam, mieściło się w niecałych dwustu stronach, więc prawie trzy razy tyle Teatru Sabata było sporą niespodzianką. Byłam zachwycona! Szybko jednak okazało się, że nie na wszystkie książki tego autora jestem gotowa, a lektura tej była istną drogą krzyżową. Jestem przekonana, że cały przekaz gdzieś mi umknął i nie jestem w stanie stwierdzić, co też autor miał na myśli podczas pisania Teatru Sabata

Mickey Sabat ma już sporo lat na karku i nie jest tym samym jurnym mężczyzną co kiedyś. Nie jest łatwo w wieku 64 lat żyć tak, jakby się miało o połowę mniej, jednak Sabat usilnie próbuje utrzymać się w formie. Sabatem wciąż interesuje się sporo kobiet, a wśród nich jest jego wieloletnia kochanka, Drenka. Kobieta jest od niego o 12 lat młodsza i wciąż potrafi obudzić w mężczyźnie wszystkie pragnienia. Kiedy pewnego dnia zaczyna domagać się od Mickeya absolutnej wierności ten jest zszokowany. Drenka ma męża i sama jest bardzo rozwiązłą osobą, dla której nie ma żadnych granic. Jest to dla Sabata ciężka decyzja i to nie jedna, jaką przyjdzie mu podjąć.

Stoimy w obliczu śmierci, do dupy z kwiatkami.

Ten, kto już kiedyś Rotha czytał wie, że ten nie ma żadnych zahamowań i nie uznaje cenzury w swoich książkach. Jest to według mnie ich ogromny plus, podobnie jak w przypadku Charlesa Bukowskiego. Teatr Sabata jest historią, w której pojawia się tak ogromna ilość seksu, że niekiedy przecierałam oczy ze zdumienia. Cała atmosfera tej powieści jest strasznie gęsta, przepełniona ludzkim bólem przeplatanym z pożądaniem. Wszystko tutaj kipi od erotyzmu, a sam Mickey jest jego uosobieniem. Sabat jest bohaterem bardzo specyficznym, którego nie jest łatwo polubić. Znając jego myśli i widząc jego zachowanie wręcz pałałam do niego samymi negatywnymi emocjami i nie mogłam sobie z tym poradzić. Chciałam go zrozumieć, pojąć jego motywy, a udało mi się jedynie nie znienawidzić go do cna. Co i tak uważam za całkiem spory sukces. 

sobota, 6 maja 2017

MŚCICIELE, czyli jak zawieść czytelnika

4 komentarze:
Moment, w którym skończyłam czytać ostatnią stronę Calamity był okropny. Z dwóch powodów. Po pierwsze: przeczytałam już wszystkie książki Brandona Sandersona, które są dostępne na polskim rynku. Po drugie: ja bardzo przepraszam, ale co? Doskonale rozumiem, że Mściciele to seria dla młodzieży i tak dalej, i tym podobne. To, jak autor postanowił zakończyć ten cykl to chyba jakiś żart. Nauczyłam się już polegać na tym człowieku i sądziłam, że kto jak kto, ale ON nie jest w stanie napisać czegoś... tylko okej. Już podczas lektury Stalowego serca zauważyłam, że o ile Piasek Raszida - czyli jakby nie było książka dla dzieci - jest czymś bardzo dobrym, to seria o Epikach mojego serca nie podbije. Trafiłam w punkt.

David widział jak Stalowe serce krwawił. Kiedy chłopak miał kilka lat był świadkiem śmierci swojego ojca, który został zamordowany razem z innymi ludźmi w banku. Davidowi jako jedynemu udało się przeżyć tę masakrę. Minęło kilkanaście lat, a jedynym jego celem jest zamordowanie Stalowego serca, bezlitosnego Epika, który rządzi jego rodzinnym miastem, obecnie przechrzczonym na Newcago. Osiemnastolatek nie potrafi skupić się na niczym innym, a całe swoje dzieciństwo poświęcił na zdobywanie informacji i poszukiwanie słabej strony imperatora. Teraz planuje dostać się do któregoś z oddziałów Mścicieli, którzy czynnie stawiają opór i zabijają pomniejszych Epików. Chce ich przekonać, by pomogli mu w jego zemście. W końcu zna sekret, a słaba strona Stalowego serca tkwi w jego podświadomości. Musi się tylko do niej dostać.

Potęga deprawuje, a potęga absolutna deprawuje całkowicie.*

Kiedy na niebie pojawiła się Calamity - wielka gwiazda - niektórzy ludzie zaczęli się zmieniać. Otrzymywali specjalne zdolności, które wykorzystują do złych celów. Epicy, jak zostali nazwani, nie mają w sobie szacunku do prawa i życia, robią wszystko, by rządzić, nie przejmując się w ogóle dobrem innych. Każdy Epik ma jakąś słabą stronę, która pozbawia go jego mocy i pozwala się do niego zbliżyć i go zabić. Nikt nie wie, skąd się wzięła Calamity i jak wybiera osoby do swoich celów. Nie ma dwóch takich samych Epików, każdy ma inną moc, jednak oni wszyscy nie mają sumienia. Właśnie dlatego istnieją Mściciele.

wtorek, 2 maja 2017

W MAJU JAK W RAJU // zapowiedzi // maj 2k17

12 komentarzy:
Nawet nie wiecie jak cieszy mnie fakt, że w maju tak mało nowości, które mnie interesują. Może w końcu uda mi się wypełnić moje czytelnicze plany w całości, co byłoby naprawdę miłą odmianą, serio. 

✖ Po pierwsze: chcę skończyć serię o Mścicielach, Sandersona. ✖ Po drugie: zacząć Koło czasu lub Conana Barbarzyńcę, a najlepiej to oba te cykle, bo po co się ograniczać? ✖ Po trzecie: przeczytać Teatr Sabata, Rotha. ✖ Po czwarte: pisać więcej na bloga - nie tylko recenzji! ✖ Po piąte: ograniczyć kupowanie książek (i butów!) - wyjątek: KONIECZNIE KUPIĆ DENIWELACJĘ ✖ Po szóste: nadrobić Mroza. Dużo Mroza. ✖ Po siódme i ostatnie: nie zabić nowego kaktusa Wincenta. 🌵

Zapewne doceniacie, jak się dzisiaj streszczam i nie rozpisuję. Powód jest prosty: jestem tak zmęczona, że marzę tylko o wpakowaniu się do łóżka z Pożarem. Ale, ale! Najwyższy czas dokładnie poprzeglądać, co też wydawnictwa zaplanowały dla nas na maj i umiejętnie wybrać, co trzeba kupić - oprócz Deniwelacji, oczywiście. Biorąc pod uwagę mój obecny stan konta - kupiłam CZTERY pary butów w trzy dni, okej? - muszę się nieźle ograniczyć. Widząc jednak jak mało mnie interesuje - aż trzy książki, wow - mogę odetchnąć z ulgą. Zapewne to czerwiec zarzuci nas cudownościami, byle jednak z rozsądkiem. 

WYDAWNICTWO IUVI

Alcatraz Smedry wraca w wielkim stylu. Infiltruje Bibliotekę Aleksandryjską, która bynajmniej nie została zniszczona i jest jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, szuka swojego ojca, który jednak wcale nie umarł, i odkrywa dziwny złoty sarkofag, w którym może znajdować się klucz do jego zdumiewającego talentu do psucia różnych rzeczy. Aha, jest przy nim jego najlepsza przyjaciółka Bastylia – po to, by spuścić manto mrocznym Bibliotekarzom, ma się rozumieć.

A walczyć przyjdzie im z najstraszniejszymi spośród Bibliotekarzy: tajną sektą złodziei dusz, Skrybami.


Premiera: 24 maja 2017

poniedziałek, 1 maja 2017

Chemik // Stephenie Meyer

11 komentarzy:
Jestem fanką Zmierzchu i nie wstydzę się tego. Stephenie Meyer jest autorką, dzięki której czytam książki inne niż obyczajowe. Nie spodziewałam się, że kiedyś jeszcze zasiądzie do pisania i stworzy coś całkiem nowego, niezwiązanego z uniwersum sagi Zmierzch. Początkowo nie miałam zamiaru czytać Chemika, choć nie zaprzeczę - zaintrygował mnie. Byłam ciekawa, czy utrzymuje poziom Intruza, który jest niesamowicie dobrą historią, lekko - według mnie - niedocenianą. Bardzo szybko zmieniłam zdanie i nie czytając żadnych recenzji zdobyłam Chemika. Jest to książka dosyć spora, jeśli chodzi o objętość, jednak przeczytałam ją w jeden dzień. Dzisiaj rano usiadłam i niedawno skończyłam. Ot tak. 

Powiedzmy, że ma na imię Alex. Od kilku lat zmuszona jest uciekać i żyć w ukryciu. Nie może używać swoich prawdziwych danych, nie może nikomu zaufać ani zostać w jednym miejscu na dłużej. Wszystko co robi sprowadza się do jednego celu: przeżyć. Jej przeszłość ciągnie się za nią, nic nie wskazuje na to, że tajna agencja rządowa, dla której kiedyś pracowała, odpuści. Alex ma wiedzę o tak tajnych projektach, że wystawienie ich na światło dzienne mogłoby nieźle wstrząsnąć wysoko postawionymi urzędnikami. Z tym, że ona nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego, a mimo to jest ścigana, a oprawcy mają jedno zadanie: zabić.

Nie zrobiła nic, by wystawić list gończy na swoją głowę, jest niezastąpiona. Potrafi wydobyć z każdego człowieka informację nie zostawiając na jego ciele żadnych śladów. Umie sprawiać ból. Teraz jednak jest jak zastraszone zwierze. Mejl od byłego kolegi z departamentu zwala ją z nóg. Znaleźli ją. A jednak Carston oferuje jej bezpieczeństwo. Potrzebują jej pomocy. Broń biologiczna zagraża Ameryce oraz całemu światu, a Alex może to zmienić. Musi tylko zaufać ludziom, którzy przez lata chcieli jej śmierci i uwierzyć, że to nie jest pułapka. Cel: Daniel Beach, niepozorny nauczyciel historii.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...