Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Uroboros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Uroboros. Pokaż wszystkie posty
DWÓR SREBRNYCH PŁOMIENI // SARAH J. MAAS

listopada 25, 2021

DWÓR SREBRNYCH PŁOMIENI // SARAH J. MAAS

Jako wielka fanka Sarah J. Maas bardzo czekałam na kontynuację Dworów. O ile nie jest to może moja ulubiona seria tej autorki, tak czytam po prostu wszystko, co wyszło spod jej ręki i chyba jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Dwór srebrnych płomieni nie budził we mnie dużej ekscytacji, ale gdy do mnie dotarł to od razu zabrałam się za czytanie. Nie mogłam przejść obok obojętnie.

Nesta Archeron zawsze była arogancka, łatwo wpadała w złość i nigdy nie wybaczała. A odkąd została wepchnięta do Kotła i wbrew woli stała się jedną z fae, nie potrafi odnaleźć się w tym nowym, zabójczym świecie. Co gorsza, nie umie sobie poradzić z traumą po wojnie z Hybernią i dojmującą stratą. Do szaleństwa bardziej niż inni doprowadza ją Kasjan, zahartowany w bojach wojownik, który przez piastowaną na dworze Rhysanda i Feyry pozycję cały czas krąży po orbicie Nesty. I doprowadza ją nie tylko do szału – ogień między nimi płonie tym gorętszy, im bliżej muszą ze sobą współpracować. W międzyczasie zdradzieckie ludzkie królowe, które powróciły na kontynent podczas ostatniej wojny, uformowały niebezpieczny nowy sojusz, zagrażający kruchemu pokojowi na świecie. A ich powstrzymanie może zależeć od tego, czy Kasjan i Nesta będą w stanie zmierzyć się z własnymi lękami.

Nienawidzę Nesty. Już dawno nie miałam styczności z tak okropnie irytującą bohaterką. Nie mogłam wytrzymać jej egoizmu i podejścia do życia. Wiem, że przeszła naprawdę dużo, ale to nie usprawiedliwia wszystkich jej wyborów. Skoro już wiemy, że nie ma co liczyć tutaj na sympatyczną główną bohaterkę przejdźmy do jeszcze jednej kwestii, której nie mogłam w tej części znieść. Później przejdziemy do zachwytów. 

Poprzednie części Dworów miały w sobie dosyć szczegółowe sceny erotyczne, ale tutaj Sarah J. Maas przeszła sama siebie. Czytałam kiedyś naprawdę brutalny erotyk, który niejednego czytelnika by zgorszył... Ale momenty zbliżeń bohaterów były tak niesmaczne... Nie mogłam doczekać się momentu, gdy skupimy się na czymś innym. Podobały mi się sceny, gdy Nesta... nie zachowywała się jak Nesta. Jej treningi, samozaparcie... To właśnie są największe plusy tej książki. Żałuję, że autorka nie skupiła się na innych aspektach, niż romans, bo nie da się ukryć, że za bardzo wysunął się on na pierwszy plan. Domyślam się jednak, że wielu fanów Maas będzie tym zachwycona. 

Nie rozumiem, dlaczego książki zostały tak nierówno podzielone - zdecydowanie można było zrobić to w sposób bardziej logiczny. Nie ukrywam jednak, że to druga część bardziej przypadła mi do gustu. Potrzebowałam więcej akcji, walk. Zwykle nie mam nic przeciwko łączeniu tego z romansem - w Szklanym tronie wyszło to autorce genialnie - ale tutaj... Wciąż miałam nadzieję, że ktoś przypadkiem zabije Nestę, a może sama się potknie i przebije własnym mieczem. Wolno mieć marzenia, prawda?

Gdy przymkniemy oko na sceny erotyczne mamy tutaj wciąż genialny świat i zapowiedź ogromnej wojny, która w kolejnych tomach będzie czymś niesamowitym. Maas już udowodniła, że potrafi pisać sceny walk i wpływa mocno na czytelnika. Zawsze głośno bije mi serce i pożeram stronę za stroną. Dodatkowo książki tej autorki czyta się ekspresowo, mimo objętości. Tak samo było też w tym przypadku, chociaż trochę zajęło mi wczucie się w Dwór srebrnych płomieni. A to wszystko wina Nesty...

Gdy już przebrnęłam przez te najcięższe momenty i nastroje to bardzo spodobała mi się całość. Jestem niesamowicie ciekawa kontynuacji, bo już widzę, że będzie doskonała. Już pod koniec autorka darowała sobie wszystko to, co mnie irytowało, więc liczę na to, że będzie kontynuować to wszystko tak samo w następnym tomie. Dwór srebrnych płomieni to słabsza książka niż poprzedniczki, ale i tak ma w sobie to coś. Ogień.

★★★★★★★★☆☆

Dwór srebrnych płomieni. Część 1 // Sarah J. Maas // Dwór cierni i róż // tom 5, część 1 // 10 listopada 2021 // 704 strony // wydawnictwo Uroboros

Dwór srebrnych płomieni. Część 2 // Sarah J. Maas // Dwór cierni i róż // tom 5, część 2 // 24 listopada 2021 // 336 stron // wydawnictwo Uroboros

Za książki dziękujemy wydawnictwu!

WSZYSTKO POCHŁONIE MORZE // MAGDALENA KUBASIEWICZ

maja 01, 2021

WSZYSTKO POCHŁONIE MORZE // MAGDALENA KUBASIEWICZ


Tę książkę czytałam chyba najdłużej w tym roku. Nie dlatego, że jest słaba - bo wręcz przeciwnie - a przez mój zastój czytelniczy, który jest zabójczy i męczy mnie już od miesiąca. Widać to też w recenzjach, których jest jak na lekarstwo. Pochłaniam tylko na kilogramy książeczki Leona, co również widać na pierwszy rzut oka. Udało mi się skończyć Wszystko pochłonie morze i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Szkoda jedynie, że kac książkowy wciąż trwa...

Baśń o syrenach, magii i poświęceniu. Kiedyś syreny chodziły pomiędzy śmiertelnikami. Pamiątką tych czasów jest przepis na truciznę, na którą nie ma lekarstwa. Książę zostaje otruty Pocałunkiem Syreny i zapada w śpiączkę. Arystokrata Leto i jego przyjaciółka, alchemiczka Aletha, łączą siły, by ocalić władcę. Niepewni, kto jest sojusznikiem, a kto wrogiem, próbują znaleźć antidotum i przywrócić porządek w Księstwie. Czy Aletha zdoła uratować Księcia? Dokąd zaprowadzą Leto poszukiwania zamachowców? Jaka cenę przyjdzie im za to zapłacić?

Aletha i Leto to nasi główni bohaterowie. Pewnie już oczami wyobraźni widzicie, jak rozkwita tu ich romans... i muszę Was głęboko rozczarować. Bo przewidywalność to ostatnie co można o tej książce powiedzieć. Leto jest kimś bardzo ważnym w mieście i jest naprawdę dobrym człowiekiem. Jest też jednym z kandydatów na nowego władcę, więc próba otrucia Księcia rzuca podejrzenie na wszystkich, którzy mogą teraz go zastąpić. Leto jednak nie chce siąść na tronie i marzy o tym, by Książę wyzdrowiał. I tutaj do dzieła wkracza alchemiczna Aletha. 

Ktokolwiek wynurzył się na powierzchnię wody, został na zawsze odmieniony w jej głębi.

Bohaterowie są bardzo dobrze przedstawieni, ale to kreacja świata zasługuje na oklaski. Początkowo spodziewałam się retellingu Małej Syrenki, ale szybko zauważyłam, że Magdalena Kubasiewicz poszła w całkiem innym kierunku i nawet nie pojawia się tu żaden romans. Rzeczywistość Wszystko pochłonie morze skojarzyła mi się trochę z książkami Jadowskiej i Ilony Amdrews, więc tym bardziej ją pokochałam. Magii jest sporo, hierarchia Dzielnicy Luster jest genialna i szkoda, że nie ma zapowiedzi kolejnej części...

- Wszystko umiera - stwierdziła Tys. W głowie Alethy odezwało się echo głosu ze snu. - Nie zawsze trzeba do tego wojny czy katastrofy.

Fabuła zaskakiwała mnie niejednokrotnie i sporo tutaj takich smaczków, które mogłyby rozwinąć się w kolejnym tomie w coś niesamowitego i ciekawa jestem, czy autorka się tego podejmie. Jest bardzo odważna - biorąc pod uwagę jak dała w kość swoim postaciom - i nie zdziwię się, jak pojawi się niedługo zapowiedź. Mało się o tej historii mówi, a szkoda, bo warto - WARTO - się z nią zapoznać. Kilka momentów tutaj łamie serduszko, chociaż przez mój zastój nie mogłam wczuć się tak mocno jak mogłam. Może kiedyś do niej wrócę, bo bardzo mi się podobała i chciałabym odebrać ją całą sobą.

★★★★★★★★☆☆

PRZED PREMIERĄ: WEZWIJ SOKOŁA // MAGGIE STIEFVATER

lutego 12, 2021

PRZED PREMIERĄ: WEZWIJ SOKOŁA // MAGGIE STIEFVATER


Mam mały problem z Maggie Stiefvater. Jest to jedna z tych autorek, które bardzo chciałam poznać. Moje pierwsze spotkanie z nią było niesamowicie udane. Przeklęci święci były pozycją tak pięknie napisaną, że nie mogłam oderwać się od lektury. Uznałam wtedy, że zdecydowanie więcej Maggie muszę czytać. Kilka lat minęło i początkiem tego roku w końcu sięgnęłam po słynnego Króla kruków. I coś tutaj poszło nie tak. Kiedyś już próbowałam swoich sił z tą historią, ale nie wyszło. Teraz udało mi się doczytać ją do końca, ale nie mam ochoty kontynuować Kruczego cyklu. Ale porozmawiajmy o Wezwij sokoła...

Czy istnieli jeszcze jacyś inni Lynchowie? Raczej mało prawdopodobne. Lynchowie wydawali się całkiem nieźli w umieraniu. 

Zaczynając ją czytać kołatało mi po głowie jedno zdanie... Skąd ja znam Ronana Lyncha? Szybko jednak doszłam do tego, że jest on jednym z bohaterów Króla kruków. Jednym z moich ulubionych, należy dodać. W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy wszystkie te wydarzenia stąd dzieją się przed czy może po Kruczym cyklu. Mogę Wam zdradzić - jeśli jesteście ciekawi - że poznajemy tutaj Ronana, który już swoje w poprzedniej serii przeżył. 

Wezwij sokoła można spokojnie czytać bez znajomości Kruczego cyklu, chociaż przyznam, że można wywnioskować tutaj sporo rzeczy, które sprawiają, że po kontynuacje Króla kruków już nie sięgnę. Mniej więcej domyślam się, jak to wszystko się tam zakończyło, więc nie chcę męczyć się niepotrzebnie. Na pewno jednak będę czytać dalej Śniących, bo pokazała mi ta książka, dlaczego polubiłam Maggie Stiefvater.

Wśród nas znajdują się śniący... i wyśnieni. Ci, którzy śnią, nie potrafią się przed tym powstrzymać, mogą jedynie próbować to kontrolować. Ci, którzy zostali wyśnieni, nie są w stanie wieść samodzielnego życia, ponieważ zasną na zawsze, jeśli ich śniący umrą.

Istnieją tacy, którzy lgną do śniących. By ich wykorzystywać, więzić, zabijać, zanim ich sny zniszczą nas wszystkich.

Ronan Lynch jest śniącym. Potrafi wyciągać ze swoich snów zarówno wspaniałości, jak i koszmary, i przenosić je do swojej rzeczywistości.

Jordan Hennessy jest złodziejką. Im bardziej zbliża się do wyśnionego przedmiotu, którego poszukuje, tym bardziej nierozerwalnie się z nim wiąże.

Carmen Farooq-Lane jest łowczynią. Jej brat był śniącym... i zabójcą. Na własne oczy widziała, jakie skutki może przynieść śnienie śniącemu. Obserwowała też szkody, jakie potrafią wyrządzić śniący. To jednak nic w porównaniu z apokalipsą, jaka wkrótce ma się rozszaleć...

Ronan Lynch to niesamowity bohater. Jego charakter sprawia, że wydaje się być bardzo realnym osobnikiem. Dużo w swoim życiu przeszedł, sporo potrafi i nie czeka go zbyt radosna przyszłość. Nie jest łatwo być śniącym i żyć normalnie w społeczeństwie. Jego związek z Adamem nie ma szans przetrwać, chociaż obaj bardzo starają się, by ich życie się nie rozpadło. Przyjemnie było spędzać czas z Ronanem i dowiadywać się coraz więcej i więcej o jego rodzinie. Jego dwaj bracie są swoimi całkowitymi przeciwieństwami. Declan podbił moje serce. Rozdziały z jego perspektywy były tym, czego wyczekiwałam najbardziej. Można powiedzieć, że nikt bardziej nie poświęca się dla innych niż on. Musiał porzucić marzenia, ambicje i stać się opiekunem rodzeństwa, co nie jest łatwe, gdy jest się bratem kogoś takiego jak wiecznie rozdrażniony Ronan i zawsze rozmarzony i uśmiechnięty Matthew. 

Przeciwieństwem magii nie jest zwykłość. Przeciwieństwem magii jest ludzkość.

Porozmawiajmy teraz chwilę o Jordan... i Hennessy. Stworzenie tego wątku jest chyba najlepszym, co zrobiła Maggie Stiefvater. Nie wpadłabym na taki pomysł - ale przecież całe to uniwersum jest szalenie oryginalne - a bardzo mi się podoba. Uwielbiam Jordan. Jej optymizm był jak światełko w tunelu, przeciwieństwo wiecznie zmęczonej i permanentnie niewyspanej Hennessy... Która ostatecznie okazuje się kimś równie interesującym. Jakby było mało pokręconej fabuły to autorka serwuje nam przeróżne osobliwości, które stają się szybko bardzo interesującymi postaciami.

Jest jeszcze Carmen, która swoim zagubieniem aż razi w oczy. Nie wiem, dlaczego zgodziła się pracować z takimi ludźmi i skazywać na śmierć niewinnych ludzi tylko dlatego, że mogą ostatecznie zniszczyć świat... Gdybym ją spotkała zapytałabym jej, co z normalną częścią populacji, która w każdej chwili może zrobić coś równie niszczycielskiego... Być może żaden człowiek nie powinien istnieć? Towarzyszenie jej było trochę bolesne. Widziałam, co musi robić i czułam, jak zbliża się coraz bardziej do Ronana i Hennessy. Martwiłam się o nich wszystkich. Ostatecznie przecież zagrożenie nadciąga z każdej strony.

Stwory wyglądały nienaturalnie i jak z koszmaru, ponieważ były nienaturalne i z koszmaru. Należały do gatunku, który nie istniał, zanim Ronan się obudził. Należały do gatunku, który istniał tylko dlatego, że Ronan się obudził. Oto co znaczyło być Ronanem Lynchem.

Śnienie - z tego co zrozumiałam - pojawiło się już w Kruczym cyklu, więc dla fanów nie będzie tutaj już tak dużo zaskoczeń i nie będą musieli tak od podstaw dowiadywać się, o co w tym właściwie chodzi. Nie wiem w jakim stopniu to wszystko już wiadomo po skończeniu tamtej serii, ale ja nie miałam problemu w zorientowaniu się w tym nowym świecie, więc zdecydowanie możecie pominąć inne książki tego uniwersum. Bardzo mi się te wątki podobają i zapierają dech w piersiach swoją złożonością i innością. Jeśli jesteście znudzeni już tym, co było, to Wezwij sokoła jest dla Was ratunkiem.

Największym plusem tej książki jest to, jak została napisana. Niesamowite, że można tak pięknie pisać. Znałam już ten styl z Przeklętych świętych, za to brakowało mi go w Królu kruków, więc tak naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nie mogę się doczekać mojego finalnego egzemplarza, bo tak dużo cytatów zaznaczyłam już na samym początku, że muszę przenieść znaczniki do papierowej książki i postawić na półce obok innych ulubionych pozycji. Wszystko tutaj przypomina poezję, ma głęboki sens i niekiedy samo brzmienie wyrazów boli i kuje w serce. Uwielbiam Wezwij sokoła i jestem pewna, że gdy tylko pojawi się zapowiedź drugiego tomu będę skakać z radości. Tajemnica, jaka się tu pojawiła będzie mi spędzać sen z powiek. Rodzina Lynchów ma jeszcze dużo do zaoferowania.

Wszyscy budzą się czasami, wciąż ściskając w dłoniach swoje sny.

★★★★★★★★★☆

Za możliwość przeczytania dziękuję grupie wydawniczej Foksal!

PRZED PREMIERĄ: BERŁO ZIEMI // A.C. GAUGHEN

września 29, 2020

PRZED PREMIERĄ: BERŁO ZIEMI // A.C. GAUGHEN

 

Nabrałam ochoty na jakąś lekką książkę z elementami fantastyki i Berło ziemi spadło mi z nieba. Byłam bardzo ciekawa tego tytułu, bo opis obiecywał coś całkiem nowego. Okazało się, że to zdecydowanie coś wartego uwagi. Wciągnęłam się już od pierwszej strony. 

Shalia jest dumną córką pustyni, ale po latach niszczycielskiej wojny z sąsiednim królestwem jej lud desperacko pragnie końca konfliktu, który pochłonął życie tak wielu osób. Pragnąc wymienić wolność na bezpieczeństwo swojej rodziny, Shalia zostaje królową Krain Kości - kraju, w którym magia jest zakazana, a Żywioły – ludzie kontrolujący ziemię, powietrze, ogień i wodę – są traktowani jak zdrajcy, torturowani… a nawet gorzej

Wkrótce jednak dowiaduje się, że jedynym pragnieniem jej męża, Calixa, jest zniszczenie Żywiołów.

Jeszcze przed swoją koronacją Shalia odkrywa, że ma moc nad ziemią. Uwięziona między irracjonalną nienawiścią męża do Żywiołów a niebezpiecznym buntem prowadzonym przez własnego brata, Shalia musi wykorzystać swoją moc i dokonać niemożliwego wyboru: ocalić swoją rodzinę, ocalić Żywioły lub ocalić siebie.

Bardzo polubiłam Shalię. To nie jest jedna z tych bohaterek, które nic nie robią tylko czytelnika denerwują, a po skończonej lekturze nie można sobie przypomnieć, jak ona miała na imię. Shy walczy o swoje. Poświęca swoją wolność by jej rodzina była bezpieczna i ludzie nie ginęli. Wyjeżdża z całkiem obcym mężczyzną, który nie zna jej zwyczajów i nie interesują go one. Podziwiałam ją i jej hart ducha.

Calix przypomina rozpuszczone dziecko i od samego czytania o nim otwierał mi się nóż w kieszeni. Nie lubię monarchii, nie lubię braku sprawiedliwości i nie zgadzałam się z żadnym rozkazem tego człowieka. Wzbudzał we mnie ogromne emocje, ale jedynie te negatywne. Za to jego brat... zdecydowanie trafił do setki moich ulubionych męskich bohaterów. Nie da się jednak ukryć, że autorka bardzo skrajnie potraktowała swoje postaci. Nie wiem, czy Calix chociaż raz zrobił coś, co w moich oczach było czymś pozytywnym. Galen zaś - chociaż gdzieś tam przebąkiwał o tym, że robi złe rzeczy - był w każdym calu idealny. 

A.C. Gaughen stworzyła bardzo dobre tło dla swojej historii. Klan Shalii, ich tradycje, wzajemna miłość.. to wszystko spodobało mi się i sprawiło, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Nie mogę się przyczepić do żadnego wydarzenia tutaj. Wręcz przeciwnie. Autorka wiedziała, gdzie i kiedy i po co mają być jego postaci i skrupulatnie do wszystkiego dążyła. Nie stchórzyła też i nie bała się rozlewu krwi. 

Ważny jest też wątek romantyczny i cieszę się, że tu był. Rzadko kiedy czytam książki, które ani trochę nie skupiają się na romansie. Teraz mam zamiar Berło ziemi podsunąć mamie i wiem, że też jej się ta książka spodoba. Bardzo ciekawa jestem kolejnych tomów i mam nadzieję, że to nie jest tylko dobry początek, a autorka wie, co będzie dalej. 

★★★★★★★★☆☆

Berło ziemi // A.C. Gaughen // Reign the Earth // Emilia Skowrońska // Żywioły // tom 1 // 30 września 2020 // 464 strony // Wydawnictwo Uroboros // 39,99 zł

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu!

Wyświetl ten post na Instagramie.

Gdyby się ktoś zastanawiał, co nas tutaj tak mało... #buntdwulatka wchodzi pełną parą. Ja się zastanawiam jak to się dzieje, że z tak spokojnego chłopca Leon stał się tak - nazwijmy rzeczy po imieniu - paskudny i nieposłuszny. Bije, robi na złość i robi wszystko, czego mu nie wolno i dobrze o tym wie. Ignoruje moje prośby, całymi dniami tylko stęka i jęczy, udając, że płacze 😳 Ktoś mi dziecko podmienił i to wcale nie jest zabawne 🤦🏼‍♀️ Jak sobie radzicie z takimi zachowaniami? Moja cierpliwość już dawno się wyczerpała 🙅🏼‍♀️ // #macierzyństwobezściemy #macierzyństwo #macierzynstwo #dwulatek #łobuz #łobuziak #mojewszystko #instamatki #dzieciństwo #pawpatroltheme

Post udostępniony przez Karolina & Leon 👶🏼 (@_kyou_)

DLACZEGO WARTO CZEKAĆ NA PREMIERĘ KSIĘŻYCOWEGO MIASTA, SARAH J. MAAS?

kwietnia 27, 2020

DLACZEGO WARTO CZEKAĆ NA PREMIERĘ KSIĘŻYCOWEGO MIASTA, SARAH J. MAAS?

Wiem, że mnie pewnie po tej recenzji znienawidzicie, ale mam za sobą już lekturę obu (!) części Domu Ziemi i Krwi i ciśnie mi się na usta stwierdzenie, że te książki są tak genialne, że na pewno niejednokrotnie jeszcze do nich wrócę. Ba, ja już je praktycznie dwukrotnie przeczytałam, a ostatnie 30% części drugiej nawet trzykrotnie, a dalej boli mnie serduszko na samą myśl, że to już koniec i będę musiała czekać na kontynuację nie wiadomo jak długo. Do tej pory też zastanawiam się, czy w ogóle kontynuacja powstanie, bo zakończenie jest naprawdę ładnie zamknięte i tylko epilog pozostawia jakieś tam uchylone drzwi.

Bryce Quinlan jest dziewczyną, która w połowie jest człowiekiem, a w połowie Fae. W świecie pełnym magii, niebezpieczeństw i ognistych romansów poszukuje zemsty! Bryce Quinlan kocha swoje życie. W dzień pracuje dla handlarza antyków, sprzedając nie do końca legalne magiczne artefakty, a nocą imprezuje razem z przyjaciółmi, delektując się każdą przyjemnością jaką Lunathion – znane również jako Crescent City – ma do zaoferowania. Ale gdy bezwzględne morderstwo wstrząsa miastem, wszystko zaczyna się rozpadać – również świat Bryce.

Zdecydowałam się na lekturę nowej Maas całkiem w ciemno. Nie czytałam opisu (który na szczęście nic nie zdradza, więc spokojnie możecie rzucić na niego okiem) i uznałam, że skoro do tej pory ta autorka mnie nie zawiodła, to nie zrobi tego teraz. Miałam rację. Nie zrozumcie mnie źle: ja naprawdę uwielbiam calutki Szklany tron i jestem pełna podziwu dla ilości tych wszystkich wątków i tego, jak to wszystko się pięknie połączyło w ostatnim tomie. Mimo to jestem pewna, że to właśnie te książki wstrząsnęły moim jestestwem dużo mocniej.

Sama Bryce nie jest kolejną Aelin. To ogromny plus, bo jest jej prawie całkowitym przeciwieństwem. Bryce nie ma za sobą tak burzliwej przeszłości, chociaż lekko też nie miała, potrafi cieszyć się życiem, znalazła swoje miejsce w mieście, gdzie tacy jak ona są poniżani i traktowani dość obcesowo. Początkowo nie mogłam odnaleźć się w Lunathionie, ale ta główna bohaterka bardzo mi tego nie ułatwiła. Dla Bryce noce kluby to drugi dom, jej pewność siebie jest na bardzo wysokim poziomie i nie potrafiłabym tak jak ona iść przez życie.

Gdy już udało mi się trochę pojąć zawiłości rządów tego świata to popłynęłam. Polityka jest tu czymś niesamowicie skomplikowanym. Ten podlega temu, ten tamtemu, ale za to temu nie. Bardzo podobało mi się istnienie niewolnictwa i stanowisko, jakie tutaj zajęła Maas. Widać, że tego nie popiera, a sama postać Hunta łamała mi serce. No właśnie, Hunt. Czytałabym tę książki nawet gdyby były o niczym. Dla niego. To jego kreacja pokazała mi, jak niesamowitą autorką jest Sarah J. Maas. Mój umysł powoli, acz skutecznie, próbuje ustawić ją razem z Sandersonem na czele moich ulubionych pisarzy. Zmiany, które przechodzi Hunt są praktycznie niezauważalne. Dopóki świat nie wybucha. Jego przeszłość i przyszłość, która jest mu pisana to po prostu jedna wielka krwawa miazga i nie zliczę, ile razy płakałam na myśl o nim.

Fabuła skupia się na Bryce, Huncie i pewnej paskudnej sprawie morderstwa, ale postaci, które są warte uwagi, jest tu ogromna ilość. Nie będę wymieniać wszystkich, bo to nie o to tutaj chodzi, ale bądźcie świadomi, że Wasze serduszka mogą tego nie wytrzymać. Mnie te książki złamały psychicznie. Już początek części pierwszej wstrząsnął mną tak, że musiałam zrobić przerwę w lekturze, bo po prostu nie dawałam rady wytrzymać tych emocji. Później było jeszcze gorzej. Dzieje się tutaj sporo, chociaż akcja rozkręca się powoli. Gdybym miała narysować to na wykresie chyba użyłabym cosinusoidy. Później jednak wykres by runął, bo mniej więcej od połowy drugiej części wszystko dzieje się tak szybko, że potrzebowałam trzykrotnej lektury tego, by to pojąć i pogodzić się ze wszystkim.

W Księżycowym mieście jest wszystko. Miłość, przyjaźń tak wielka, że na samą myśl chce mi się płakać, potężne moce, spory rodzinne. Chociaż umysł walczy i twierdzi, że Szklany tron to historia bardziej skomplikowana, pełna zmiennych wątków i przygód... to serce mówi, że to najlepsza Sarah J. Maas z jaką miało styczność.

★★★★★★★★★★

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu!


Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Karolina & Leon 👶🏼 & Luna 🐱💔 (@_kyou_)
PRZED PREMIERĄ: PŁACZ // MARTA KISIEL

lutego 26, 2020

PRZED PREMIERĄ: PŁACZ // MARTA KISIEL

Wiecie, jak to mówią - gdy nowa Kisiel to święto w domu. Bardzo się cieszę, gdy jedna z moich ulubionych polskich autorek wyda kolejną książkę. Przyznam, że nie spodziewałam się, że będzie to zakończenie Cyklu wrocławskiego. Nie jest to może moja ulubiona seria Marty Kisiel, acz gdy tylko do mnie trafiła musiałam sprawdzić co się tam właściwie podziało. Miałam też trochę zły humor, a przecież na całym świecie wiadomo, że jak zły humor to do Kisiel. Dzięki Płaczowi zapomniałam o całym świecie i poczułam się ociupinkę lepiej.

Są takie przygody, które zostają w człowieku na zawsze.
Są takie przygody, po których nie ma co zbierać.

Kiedy prawda o przeszłości, zamiast wyzwolenia, przynosi jedynie nową traumę, trzem pannom Stern pozostaje już tylko ucieczka od siebie nawzajem. Dopiero wołanie z zaświatów sprawia, że ścieżki dawnych przyjaciół spotykają się raz jeszcze. Czy tajemnicze zaginięcie sprzed wielu lat i dramatyczna wyprawa na ratunek Eleonorze zdołają na dobre scementować rodzinę? Czy też kolejna wyprawa w czasie dla wszystkich okaże się tą ostatnią?

Dramatyczna opowieść o podnoszeniu się z gruzów, osadzona w pełnej tajemnic i grozy scenerii Gór Sowich.

Zdążyłam już zapomnieć jak bardzo lubię Dżusi. Jestem wręcz w szoku, że dopiero Płacz mi to przypomniał. Fabuła poprzednich części uleciała mi gdzieś z głowy, więc pierwsze strony tej książki były jak brnięcie w odmęty pamięci. Gdy udało mi się przypomnieć co i jak poszło już z górki. Książki Marty Kisiel czyta się ekspresowo, więc i w tym przypadku po prostu... popłynęłam. Wciągnęłam się, ale nie tak mocno jak w przypadku choćby Dożywocia, więc stąd trochę niższa ocena. 

Fabuła tym razem jest mega interesująca. Chyba najlepsza ze wszystkich tomów. Tajemnica zniknięcia Eleonory, zaręczyny Dżusi i Karolka, losy dwóch pozostałych sióstr Bolesnych... Dodatkowo nigdzie nie można znaleźć Ramzesa, coś jest nie tak ze wszystkimi telefonami w okolicy Dżusi i Klary, a i pan ze srebrną łyżeczką się pojawia. Autorka dała z siebie 100% wyobraźni i trochę żałuję, że to już koniec tego cyklu. A przecież nie lubiłam go znowu jakoś specjalnie!

Emocji Płacz we mnie nie wywołał, co dziwne, jak się weźmie pod uwagę te wszystkie wydarzenia, a końcowe szczególnie. Spodziewałam się, że to ja wyleję może łez, a okazało się, że podejrzanie łatwo przeszłam nad wszystkim do porządku dziennego. Cały ten czas, który poświęciłam na lekturę przypomina mi jakiś dziwny sen. Bohaterowie są bardzo autentyczni - love Dżusi! - ale wszystko tutaj wydarzyło się bardzo szybko i przeczytałam to w kilka godzin. Musiałam sobie później ułożyć całość w głowie i doszłam do wniosku, że mając taką wyobraźnię jak Marta Kisiel bałabym się iść spać.

Pojawiło się tutaj bardzo dużo lokalnej historii, której ja na przykład nie znałam, acz domyślam się, że większość osób również nic na ten temat nie wie. Lubię te takie smaczki w książkach Marty Kisiel i podobało mi się to tutaj chyba najbardziej. Te zaginione skarby, tajemnica sprzed lat, zniknięcie Ramzesa... Mistrzostwo.

Mam wrażenie - muszę, bo się uduszę - że ta okładka w ogóle nie pasuje do poprzednich. Prawdę mówiąc żadna nie pasuje do każdej i zaczyna mi się wydawać, że to jest celowe. Ta jest bardzo dobra, acz chyba najgorsza ze wszystkich. Zwracam uwagę na takie rzeczy, bo nigdy wcześniej nie czytam opisów książek i decyduje się na lekturę - płytkie, wiem - biorąc pod uwagę moje odczucie na widok okładki. Dobrze, że w przypadku książek Marty Kisiel nie patrzę na okładkę. Dużo bym straciła.

★★★★★★★☆☆☆

Płacz // Marta Kisiel // Cykl wrocławski // tom 3 // 11 marca 2020 // 352 strony // Wydawnictwo Uroboros // 39,99 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu!


Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Karolina & Leon 👶🏼 & Luna 🐱 (@_kyou_)
PRZED PREMIERĄ: INSTYTUT // K. C. ARCHER

stycznia 17, 2020

PRZED PREMIERĄ: INSTYTUT // K. C. ARCHER

Od kiedy przeczytałam opis tej książki wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Uwielbiam tematykę paranormalną, a kiedy połączona jest ze służbą dla rządu... Mam słabość do mundurów. Sama do końca nie wiem, czego oczekiwałam od Instytutu. Kolejnego Hogwartu? Do tej pory mam bardzo mieszane uczucia. Ta książka miała ogromny potencjał stać się jedną z moich ulubionych, ale coś niestety poszło nie tak. Wiem natomiast jedno: zdecydowanie czekam na kolejny tom.

Teddy Cannon nie jest typową dwudziestokilkuletnią kobietą. Owszem, jest zaradna, bystra i pokręcona. Ale potrafi też z niesamowitą precyzją czytać ludzi. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że jest prawdziwym medium.

Kiedy seria złych decyzji prowadzi Teddy do wpadki z policją, interweniuje tajemniczy nieznajomy. Zaprasza ją do złożenia podania do instytutu dla mediów, placówki ukrytej u wybrzeży San Francisco, gdzie studenci są szkoleni niczym pracownicy Delta Force: uczelnia ta jest konkurencyjna, bezwzględna i ściśle tajna. Studenci uczą się tam telepatii, telekinezy, umiejętności śledczych i taktyki SWAT. A jeśli przetrwają szkolenie, kontynuują służbę na najwyższych szczeblach władzy, wykorzystując swoje umiejętności do ochrony Ameryki i świata.

W grupie Teddy zaprzyjaźnia się z Lucasem, buntownikiem, który siłą woli umie wzniecić ogień i ma nad nim kontrolę; Jillian, hipsterką, która umie pośredniczyć w komunikacji między zwierzętami i ludźmi; oraz Molly, hakerką, która potrafi uchwycić stan emocjonalny innych osób. Ale gdy Teddy czuje, że być może wreszcie znalazła swoje miejsce na ziemi, zaczynają się dziać dziwne rzeczy: dochodzi do włamań, giną studenci i wiele więcej. Teddy przyjmuje niebezpieczną misję, która ostatecznie sprawi, że dziewczyna zacznie kwestionować wszystko – swoich wykładowców, rodzinę, a nawet samą siebie.

Teddy... To bardzo specyficzna postać. Oryginalna, a równocześnie bazująca na wielu już znanych typach bohaterek. Ostatecznie nawet ją polubiłam chociaż jej kreacja opiera się na schematach tak oklepanych, że bardzo łatwo się domyślić, że włada mocą umysłową bardzo rzadką i bardzo silną. Nie zżyłam się z nią jednak i gdyby coś jej się stało... Cóż, nie przejęłabym się tym. Podobnie jak śmiercią innych, gdyż akurat postaci to słaba strona Instytutu. Są papierowe, nierealne. Płaskie. Nawet osoby, które powinny wywoływać w nas silne emocje tego nie robią. Po prostu sobie są. Oczywiście pojawia się tutaj też wątek romantyczny, ale jest tak delikatny i nienachalny, że nie miałam nic przeciwko, a nawet byłam bardzo za. Podobało mi się też, na kogo padł wybór Teddy.

Fabuła nadrabia te braki. Instytut jako placówka rządowa do nauki mediów to pomysł bardzo dobry. Widać, że przemyślany. Wciągnęłam się w tę historię. Nie od początku, jednak w pewnym momencie zaczęła zjadać mnie ciekawość i pytanie co dalej?, a wtedy już nie mogłam przestać czytać. Jak wspominałam bardzo lubię te klimaty i chyba ciężko byłoby mnie do Instytutu zniechęcić. Akcja idzie szybko do przodu i nie ma nawet chwili przestoju. Miałam lekkie podejrzenia, kto za tym wszystkim stoi, ale nie domyśliłam się zakończenia, a jest tak logiczne, że aż mam to sobie za złe. Podobnie jak Teddy zignorowałam oczywiste wskazówki.

Brakowało mi jeszcze humoru. K. C. Archer pisze dosyć prostolinijnie i chyba nie nadaje się do pisania tego typu książek, chociaż wydaje mi się, że mamy tutaj styczność z debiutem, a jak na debiut Instytut to bardzo dobra książka. Za granicą w tamtym roku pojawił się już tom drugi, który bardzo chętnie przeczytam. Mam nadzieję, że szybko pojawi się i w Polsce, bo mimo tych wszystkich braków polubiłam ten cykl. Wciąga i nie sposób się od niego oderwać. Uniwersum jest bardzo realistyczne i łatwo sobie wyobrazić, że gdzieś tam za granicą taki Instytut naprawdę istnieje, a to jeszcze mocniej potęgowało zainteresowanie. 

Premiera Instytutu już niedługo i na pewno warto na nią czekać. Ta książka jest lekka, wciągająca. Dobra na ciężkie dni, więc trafiła w moim życiu na idealny moment. Teraz jest mi ciężko wczuć się w inną książkę, tak bardzo chciałabym mieć już kontynuację w ręce.

★★★★★★★☆☆☆

Instytut // K. C. Archer // School of Psychics // Emilia Skowrońska // Instytut // tom 1 // 29 stycznia 2020 // 400 stron // Wydawnictwo Uroboros // 39,99 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu!
PRZED PREMIERĄ: FAŁSZYWY PIEŚNIARZ // MARTYNA RADUCHOWSKA

października 14, 2019

PRZED PREMIERĄ: FAŁSZYWY PIEŚNIARZ // MARTYNA RADUCHOWSKA

Chyba nie muszę tłumaczyć jak bardzo czekałam na kontynuację Szamanki od umarlaków i Demona luster. Martyna Raduchowska podbiła tym cyklem moje serce i bardzo chciałam powrócić do tego świata. Za lekturę zabrałam się bardzo szybko. Skończyłam to, co czytałam i od razu poleciałam po Fałszywego Pieśniarza. Czułam radość, że mogę to zrobić przed premierą. Okładka od razu mnie zachwyciła. Jest chyba najlepsza ze wszystkich do tej pory. Szkoda, że treść nie do końca. 

Ekipa śledcza Wydziału Opętań i Nawiedzeń wkracza do ogrodu Kusiciela, aby odkryć ostatni element układanki. Ekshumacja zwłok nieznanego mężczyzny daje początek serii tragicznych wydarzeń. We Wrocławiu dochodzi do przerażających samobójstw, mroczna przeszłość Kruchego powraca, by upomnieć się o jego duszę, Ida zaś przekonuje się, że dar szamanki od umarlaków w niepowołanych rękach grozi katastrofą, a życzenia potrafią być niebezpieczne szczególnie wtedy, gdy się spełniają…

Już na początku zauważyłam, że wydarzenia z dwóch poprzednich tomów tak mocno wpłynęły na Idę, że się zmieniła. Z jednej strony wiem, że to zrozumiałe i doceniam ten zabieg autorki, jednak ta nowa Ida nie przypadła mi do gustu tak mocno jak tamta zagubiona dziewczyna, która jednak miała tego swojego Pecha, ale miała też poczucie humoru i pewnego rodzaju dystans do wszystkiego. Sytuacja w Fałszywym Pieśniarzu tak się komplikuje, że na żarty i uśmiechy nie ma już tutaj miejsca. Wcześniejsze historie czytało mi się lżej i szybciej dzięki obecności humoru.

Demon luster był mroczną historią, ale dopiero tutaj autorka pokazała pazurki. Fabuła zmierzała w takim kierunku, że obawiałam się zakończenia. Ogólnie przez to, że nie spodziewałam się takiego obrotu spraw i takiego mroku nie byłam na to przygotowana. Gdybym o nim wiedziała nie chwyciłabym za Fałszywego Pieśniarza tak już, od razu. Miałam ochotę na coś lekkiego, co szybko się czyta i zabije we mnie ten czytelniczy zastój. Niestety - ta pozycja nie pomogła. 

Po skończeniu lektury zaczęłam zastanawiać się co by było, gdyby sny się spełniały i aż zadrżałam. Martyna Raduchowska rzuciła nas w sam środek kryminalnej intrygi i dodała do niego pewnego rodzaju przesłanie. Nie chcę wgłębiać się w fabułę, ale w tym tomie dowiadujemy się dużo więcej o WON-ie. O tym, jak funkcjonuje, kto tam pracuje, jak wygląda życie pracownika. Chociaż ten temat nie interesował mnie jakoś specjalnie mocno to wszystkie informacje pochłonęłam. Żałuję, że nie było tutaj więcej Tekli - moja ulubiona postać! - i stało się co się stało. Widać, że autorka nie ma zamiaru się tutaj z nikim patyczkować. Aż mnie ciarki przeszły.

Akcja Fałszywego pieśniarza pędzi na łeb na szyję. Dzieje się tak sporo, że niekiedy miałam wrażenie, że nie dzieje się kompletnie nic. Ot, taki paradoks. O ile Szamankę od umarlaków polecałam każdemu, tak z kontynuacją bym się zastanowiła, czy trafi ona do osoby poszukującej lekkiej przygody z humorem. Tak czy inaczej zostaję dalej fanką Martyny Raduchowskiej i czekam na kolejny tom.

★★★★★★★☆☆☆

831 // Fałszywy Pieśniarz // Martyna Raduchowska // Szamanka od umarlaków // tom 3 // 30 października 2019 // 416 stron // Wydawnictwo Uroboros // 44,99 zł

Za możliwość przeczytania dziękuję grupie wydawniczej Foksal!

Wyświetl ten post na Instagramie.

Tragedia! Takie ambitne plany miałam na październik. Taki #tbr wywalony w kosmos! I co? I nie mam ochoty czytać. Nawet książki, które bardzo mi się podobają i chciałam je ogromnie przeczytać ciągną mi się i odkładam je po kilku stronach. 🤯 Z blogiem to samo. Zresztą brak czytelników nie pomaga. Jest 7.20 a ja zabieram się za napisanie opinii o Fałszywym pieśniarzu. Czy to wyjdzie? Nie obiecuje. A jak u Was z czytaniem? ——————————————————— #bookstagram #bookstagrampl #bookstagramtopasja #currentlyreading #terazczytam #bookblogger #bookish #ksiazkoholik #ksiazkoholizm #kochamczytac #ksiazki #ksiazka #bookshelf #catstagram

Post udostępniony przez Karolina 🌿 (@papierowemiasta)

Copyright © Życie z książką , Blogger