niedziela, 18 czerwca 2017

Siedem powodów, by nie czytać Mroza

13 komentarzy:
Czy jest tu osoba, które nie słyszała o Remigiuszu Mrozie? Od jakiegoś czasu jest o nim bardzo głośno, a jego książki czytają nawet osoby, które szerokim łukiem omijają polskich autorów. Spokojnie mogę powiedzieć, że czytałam Mroza zanim stało się to modne, jednak dzisiaj czas stanąć twarzą w twarz z prawdą i ostrzec wszystkich, którzy jeszcze pierwsze spotkanie z tym człowiekiem mają przed sobą. Nie dajcie się zwieść tej fali popularności, pozytywnym recenzjom i samym pochwałom! 

Powód pierwszy. Remigiusz Mróz za dużo pisze - a jeśli będziesz chciał mieć wszystkie jego książki pozostanie zmiana pracy na lepiej płatną lub zrezygnowanie z innych książkowych zakupów. Twoje konto w banku zostanie dosłownie zamrożone. 

Powód drugi. Będziesz ciągle chodził w żałobie. Żaden bohater nie jest bezpieczny, a zbyt duża ilość łez grozi odwodnieniem. Bardzo niebezpieczne, szczególnie w upały.

Powód trzeci. Zwroty akcji zaskoczą Cię tyle razy, że nabawisz się paranoi i nawet w bajkach dla dzieci będziesz dostrzegał zagrożenie. Nigdy też już nie otworzysz obcemu drzwi i pobiegniesz robić pozwolenie na broń.

piątek, 16 czerwca 2017

Koralina // Neil Gaiman

2 komentarze:
Po latach w końcu miałam okazję powrócić do pierwszej książki Neila Gaimana, jaką w życiu czytałam. Do tej pory pamiętam, jakie emocje we mnie wywołała i jak bardzo byłam przerażona podczas lektury. Gaiman stworzył króciutką historię, która jest tak niesamowita, że mrozi krew w żyłach. Nie tylko dziecka, jak się okazało. Czytając po raz kolejny Koralinę miałam podobne odczucia. Ucieszyłam się, że to wznowienie się pojawiło, gdyż nie miałam tej pozycji na półce, a ta nowa okładka, autorstwa Crayona, podbiła moje serce. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że te poprzednie edycje Koraliny również są piękne i chyba jeszcze jakaś wyląduje na mojej półce.

Koralina wraz z rodzicami przeprowadza się do nowego domu. Jest bardzo ciekawską dziewczynką, a rodzice nie mają dla niej w ogóle czasu, więc postanawia zwiedzić nowe miejsce zamieszkania i okolicę. Poznaje pozostałych mieszkańców budynku, liczy drzwi i okna. Odkrywa też, że za drzwiami, za którymi znajdowała się wcześniej ściana z cegieł jest tajemnicze przejście. Postanawia je zbadać. Po drugiej stronie znajduje się taki sam dom i - pozornie - tacy sami ludzie. Koralina jednak szybko dostrzega różnice, a jej drudzy rodzice są idealni. Przynajmniej za takich chcą uchodzić. Dziewczynka patrząc w ich oczy z guzików decyduje się na powrót do swojej własnej rzeczywistości. Nie ma zamiaru zostawać w tym świecie, nieważne, jak bardzo próbuje się ją skusić. Niestety - okazuje się, że prawdziwi rodzice jej nie uratują przed koszmarami z drugiej strony. To ona musi pomóc im. 

Kiedy się boisz, ale i tak coś robisz, to wymaga odwagi.

Koralina jest bardzo dojrzałą dziewczynką, jak na swój wiek. Zapewne przez to, że rodzice nie mają dla niej czasu i musi często radzić sobie sama. Mimo to widać w niej dziecięcego ducha i zdarza jej się robić rzeczy całkiem nieodpowiedzialne i nieodpowiednie. Gaiman idealnie wyważył w niej dorosłość, nie zabierając przy tym pierwiastka dziecka. Łatwo było się z nią utożsamić, chociaż osobiście nie przeszłabym przez te drzwi. Zwyczajnie bym się bała. Widocznie jestem już za stara na jakiekolwiek przygody. A wszyscy mi powtarzają, że nie mam instynktu samozachowawczego i zawsze pakuję się w kłopoty. Powinni przeczytać Koralinę.

wtorek, 13 czerwca 2017

Hervé Tullet

6 komentarzy:
Jakiś czas temu miałam możliwość przejrzeć większość angielskich wydań książeczek dla dzieci Hervé Tulleta. Byłam zachwycona, mimo mojego wieku. Przez głowę przeszła mi myśl, że chciałabym kilka posiadać, jednak cena tych zagranicznych edycji jest po prostu - według mnie - za wysoka, jak na objętość i zawartość tych książek. Chociaż ta świecąca w ciemności bardzo mocno mnie kusiła... Kiedy dowiedziałam się o polskiej premierze pięciu pozycji z tej serii, skakałam z radości. 

Co jest takiego niezwykłego w książeczkach Hervé Tulleta, że zaintrygowały mnie, prawie dwudziestojednoletnią osobę? Autor nie pisze historii, które się czyta, a później odkłada na półkę. Nie tworzy ilustracji, które się obejrzy i za chwilę o nich zapomni, bo pojawią się ładniejsze. Hervé Tullet wymyśla książki, które równocześnie uczą i bawią - nie tylko dzieciaki. Można je z całą pewnością nazwać interaktywnymi. Zabawa w oczka to tak prosty projekt, że dziwi mnie fakt, że na rynku książeczek dziecięcych nie ma ich mnóstwo. Czytelnik może tutaj zmieniać się w kota, kosmitę, chłopca, dziewczynkę czy też robota przez zwykłe przyłożenie Zabawy w oczka do twarzy. Ilustracje w środku są bardzo żywe, pobudzające wyobraźnię. Na pewno szybko się nie znudzą, a bawić się tym może naprawdę każdy.

Na podobnej zasadzie działa Paluszkowa olimpiada. Rysujemy oczka i uśmieszek na paluszku dziecka i pozwalamy mu wziąć udział w kilku sportowych konkurencjach, gdzie jego palec musi się wykazać. Można skakać na trampolinie, skakać wzwyż czy podnosić ciężary, żeby na końcu dowiedzieć się, jakimi wspaniałymi mistrzami jesteśmy. Koniec końców trzeba dzieciom podnosić samoocenę i pewność siebie, a ta książeczka to wspaniały pomysł na to. Przyznam, że sama się trochę tutaj pobawiłam i daję Wam gwarancję, że warto. Nawet ja poczułam się lepiej wygrywając te wszystkie zawody.

Moim ulubieńcem została Gra cieni, co w sumie ani trochę mnie nie dziwi. Jest to cała czarna książeczka, w której każda strona została wycięta w taki sposób, że rzuca na ścianę cienie. Nie takie proste, typu szczekający piesek, a takie, które pozwalają odpowiedzieć na pytania, które są zadane obok każdego szablonu. Zdecydowanie najbardziej podoba mi się samotny wilk.

sobota, 10 czerwca 2017

cykl Kwiat paproci // Katarzyna Berenika Miszczuk

10 komentarzy:
Jest coś, czego o mnie nie wiecie. Wielbię twórczość Katarzyny Bereniki Miszczuk. Czas jednak wyjść spod łóżka i się do tego przyznać. Już dawno miałam moje pierwsze spotkanie z tą autorką i jej styl pisania został mi głęboko w pamięci. Zawsze jednak coś sprawiało, że gdy pojawiała się jakaś nowa książka w jej dobytku było nam nie po drodze. Udało mi się zebrać i postanowiłam, że czas najwyższy zabrać się za trzy pierwsze części Kwiatu paproci, które kusiły mnie od jakiegoś czasu. Początkowo nie miałam zamiaru czytać całości na raz, jednak... No cóż. Tak wyszło.

Gosława - dla przyjaciół Gosia - właśnie skończyła studia medyczne. Gdyby Mieszko I zdecydował się te setki lat temu na przyjęcie chrztu zapewne od razu zostałaby umieszczona na jakiś praktykach w szpitalu. Nic z tego. Zanim będzie mogła ostatecznie wybrać swoje powołanie musi odbyć roczny staż u jakiejś szeptuchy, która często używa ziół i leczy ludzi nie tylko nimi, ale też dobrym słowem i magicznymi przedmiotami. Gosia jednak nie wierzy w te wszystkie słowiańskie zabobony, a konieczność wyjechania na jakąś wieś na cały rok - przecież tam są kleszcze! - jest dla niej istnych horrorem. Wyjeżdża do świętokrzyskiej wsi o nazwie Bieliny, z której pochodzi jej matka. Okazuje się jednak, że może te wierzenia nie są takie bezpodstawne, a na Gosię czeka jeszcze niejedna niespodzianka ze strony słowiańskich bogów...

Żył w przeświadczeniu, że każdy powinien wierzyć w to, na co ma ochotę, nieważne, jak bardzo niedorzeczna jest to wiara.**

Katarzyna Berenika Miszczuk wpadła na genialny pomysł i przedstawiła nam alternatywną wersję naszej rzeczywistości. Jak żylibyśmy w XXI wieku, gdyby Mieszko I nie przyjął chrztu? Wszystko rozwinęło się w bardzo ciekawy sposób i przyznam, że zainteresowałam się tymi słowiańskimi wierzeniami, które w pewien sposób są bardzo przerażające. Religia Słowian to coś, czemu na pewno przyjrzę się bliżej. Nie wpadłabym na to wcześniej i cieszę się, że ten cykl otworzył mi na nią oczy. Codzienność Gosi tak naprawdę nie różni się aż tak bardzo od tej naszej, co mnie trochę zaskoczyło. Spodziewałam się społeczeństwa lekko opóźnionego w rozwoju niż to, w którym żyję, i zostałam mile zaskoczona. Świat Szeptuchy jest po prostu czymś niesamowitym i warto chwycić za ten cykl już choćby tylko dla niego.

niedziela, 4 czerwca 2017

PRZEDPREMIEROWO: Inwazja // Wojtek Miłoszewski

10 komentarzy:
Kiedy dostałam propozycję egzemplarza recenzenckiego Inwazji początkowo miałam zamiar odmówić. Przekonało mnie jednak to, że wydawnictwo zdecydowało się zaproponować mi tę książkę, gdyż czytałam Parabellum, Remigiusza Mroza. Doszłam do wniosku, że w takim razie musi być to coś wartego uwagi. Właśnie z taką myślą zasiadłam do lektury, jednak szybko Mróz wyparował mi z głowy. Inwazja to pozycja o tym, co naprawdę może się zdarzyć i to w całkiem niedalekiej przyszłości. I to jest bardziej przerażające niż wszelkie wampiry, wilkołaki czy zombie. Świecie, proszę. Nie idź w tym kierunku.

2017 rok. Rosja czeka tylko na pretekst, by rzucisz swoje wszystkie siły na Polskę, poszerzyć swoje terytoria i zdobyć jeszcze większą władzę. Napięcie czuć wszędzie. Danuta żyje w ciągłym strachu i to wcale nie z powodu nadchodzącej wojny. Uciskana jest przez despotycznego ojca, który skupia się jedynie na powiększaniu swojego bogactwa. Musi zaciskać zęby, tolerować upokorzenia i robić wszystko, czego sobie mężczyzna zażyczy. Uspokaja ją obcowanie z kwiatami, z których znana jest ich firma. Jednak staremu Wojnarowiczowi nie można odmówić przedsiębiorczości. Ma nowe plany, a jego córka nie ma prawa głosu. 

Roman Gurski uczy nurkowania w Egipcie. Wiedzie mu się całkiem nieźle, ma piękna, młodą dziewczynę i wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku. Mężczyzna jednak nie potrafi poradzić sobie z przeszłością i wyrzucić z pamięci miłości swojego życia. Jego myśli coraz częściej uciekają w kierunku samobójstwa. Czas jednak wrócić do kraju i dać się jak najszybciej zabić w obronie Polski. Michał ma okropny problem. Jego żona straciła pracę, a on sam zarabia obecnie marne grosze. Na utrzymaniu ma jeszcze dwójkę dzieci, które ciągle czegoś potrzebują. Kredyt, który kiedyś spłacali bez żadnego problemu stał się gwoździem do trumny. Szybko okazuje się jednak, że brak funduszy to ich ostatni problem. Wybucha wojna. A wojna nie zna litości.

piątek, 2 czerwca 2017

Młody // Magdalena Kozak

2 komentarze:
Uwielbiam wampiry. Naprawdę. Mogę z ręką na sercu przyznać, że to - obok aniołów - moje ulubione istoty nadnaturalne. Pewnie to spaczenie zostało mi po fascynacji Zmierzchem, chociaż błyskotliwy - dosłownie - Edward to tylko obok wampira leżał. Trochę czasu musiało minąć, nim zdecydowałam się zaryzykować i sprawdzić co tam słychać u takich prawdziwych przedstawicieli gatunku. Teraz można powiedzieć, że mam niezłe doświadczenie w dziedzinie wampirologii i żałuję, że tak się oddaliłam od typowych paranormalnych powieści. Chyba muszę wcisnąć w mój napięty grafik coś z książek mojej młodości. Może Jak poślubić wampira milionera? albo Mrocznego kochanka? Obie te pozycje wydają się być bardzo na czasie i ich ponowna lektura będzie z pewnością pouczająca...

Postanowienie, by przeczytać Młodego było czymś bardzo spontanicznym. Pobieżnie przeczytałam opis, wyłapałam słowo klucz i w ten sposób skończyłam z czwartym tomem cyklu. Chyba. Wciąż nie jestem w stanie połapać się w tej kolejności. Niby trzymam w ręce pierwszy tom Tajnych akt Vespera, a tu się nagle okazuje, że - równocześnie! - kolejny Wampirów w ABW. Swoją drogą: biję brawo za nazwanie tak serii. Nie da się obok przejść obojętnie. Wampir, a równocześnie tajny agent. Niesamowitość sama w sobie!

Vesper został Lordem. I mogłoby się wydawać, że jego wszystkie problemy właśnie się skończyły. Nic bardziej mylnego. Na jego głowę spadają same obowiązki. Musi wykarmić swój Ród, zdobyć pieniądze na wyposażenie i miejsce zamieszkania, a na dodatek dogadać się z pozostałymi Lordami i nawiązać z nimi współpracę. Wszyscy oni mają już setki lat doświadczenia i wcale nie zamierzają miło przywitać nowego w swoim gronie. Są jednak tacy, którzy domagają się istnienia Rodu Inanitów. Tych, którzy nie popierają żadnej ze stron, którzy nie są ani dobrzy, ani źli. Szybko okazuje się jednak, że są potrzebni bardziej, niż wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka. Cała wampirza społeczność jest zagrożona.

środa, 31 maja 2017

Dużo kiepskich książków // podsumowanie // kwiecień 2017 + zapowiedzi

20 komentarzy:
Zrobiłam to. Serio. W końcu uciekłam tej czytelniczej niemocy i wróciłam na stare tory. Ale, ale. Idealnie być nie może. Chociaż ilość przeczytanych książek jest więcej niż zadowalająca, to ich jakoś woła o pomstę do nieba. Nic mnie porządnie w tym miesiącu nie zachwyciło, chociaż przecież był Mróz, był Sanderson. Domyślam się jednak, że czerwiec będzie dużo lepszy pod tym względem, gdyż niedawno zapukał kurier z ciekawą paczuszką i już się nawet do niej dobrałam i zaczęłam czytać. Jeśli ktoś jest ciekawy, jak udało mi się przeczytać w tym miesiącu siedemnaście książek to mogę zdradzić tajemnicę. Wróciłam na dietę, więc czytałam, by nie myśleć o jedzeniu. Brawo. Jestem jednak z siebie dumna, bo wygrałam z nałogiem. Koniec z cukrem! Tak poza książkowym tematem... Wiecie, jak ciężko wyrzucić cukier z diety? On jest wszędzie. Wszędzie. Teraz nawet na keczup wydaję majątek. No bo przecież taki zwykły to cukier w większości. Wniosek? Nie stać mnie na książki. I zjadłabym bułkę. 

Tamten miesiąc skończyłam na pierwszym tomie Mścicieli, jednak zrobiłam przerwę w serii i zanim pochłonęłam Pożar i Calamity zabrałam się za Chemika, Stephenie Meyer. Jako zaciekła fanka Zmierzchu musiałam zobaczyć, czy coś się w pani autorce zmieniło i doszłam do wniosku, że chyba na gorsze. Największą krzywdą zrobioną tej książce jest promowanie jej jako thrillera zamiast nazwać rzecz po imieniu. Mamy tutaj romans. Czyta się łatwo, przyjemnie i równie szybko jak się ją czyta to o niej zapomina. Gdybym podeszła do tej pozycji ze świadomością, że będę czytać o rozterkach sercowych całkiem inaczej by to się skończyło. Nie oczekiwałabym bomby, ani nawet fajerwerków. Od razu po skończeniu nieszczęsnego Chemika wróciłam do Mścicieli i się okrutnie zawiodłam. Wiecie. Sanderson to Sanderson, a nie tęcze, róż i króliczki. Zakończenie Calamity bardzo na nie. Gdzie krew?

Moim kolejnym błędem było wzięcie do ręki Teatru Sabata. Możecie teraz pokręcić głową ze zdziwieniem i powiedzieć halo, przecież ty kochasz Rotha. A ja powiem, że kocham ale tym razem jestem chyba za głupia by pojąć przesłanie i wynieść cokolwiek z tego ogromnego tomiszcza. No niby Roth to zawsze dobra porcja literatury, ale nie polecam Teatru na początek. Ani - na chwilę obecną - chyba w ogóle. Po tej ciężkiej przeprawie uznałam, że na zdrowie wyjdzie mi całkowita zmiana gatunku, więc wzięłam się za Ziemię niczyją, a następnie kontynuację. I po raz kolejny się powtórzę. Za dużo polityki. Takiej nudnej.

niedziela, 28 maja 2017

Vestmanna // Ove Løgmansbø

24 komentarze:
Dobrze pamiętam ten dzień, kiedy telefony zaczęły mi się urywać i cała Polska żyła informacją, że Remigiusz Mróz to autor tak płodny, że musi wydawać pod dwoma nazwiskami, żeby ludzie nie mieli go dość. Jako wierna fanka - halo, czytałam Mroza zanim stało się to modne! - musiałam się zaopatrzyć w cały ten cykl. Szybko go zdobyłam, położyłam na półce - to był jeszcze ten miesiąc, kiedy Mróz się jeszcze na półce mieścił - i zerkałam tak raz na jakiś czas na rosnący stos książek do przeczytania. Maj był miesiącem, w którym pojawiła się kontynuacja trylogii serii o Wiktorze Forście, po którą pognałam do księgarni dzień po premierze i równo szybko ją przeczytałam. A Mróz to Mróz. Uzależnia. Jak cukier. Skończyłam Deniwelację, złapałam za Enklawę. Następnego dnia po Połów, a kolejnego po Prom. Ups?

Wyspy Owcze to archipelag wysp na Morzu Norweskim, pomiędzy Wielką Brytanią, Islandią a Norwegią. Są zależni od Danii i uparcie dążą do niepodległości. Spokojnie można uznać, że jest to jedno z najbezpieczniejszych miejsc na całym świecie. Od 1988 roku zdarzyło się tam tylko jedno morderstwo, a jedynce, co grozi mieszkańcom to wypadek samochodowy na skutek zderzenia się z owcą. Farerzy żyją spokojnie niczego się nie obawiając i traktując się jak jedna wielka rodzina. Pewnego dnia znika jednak nastolatka. Cała społeczność od razu organizuje poszukiwania, jednak nie udaje się nic ustalić. Sprawą zaczyna interesować się duńska policja, irytując miejscowych. Ostatnią osobą, która widziała dziewczynę w porcie jest Hallbjørn Olsen...

Hall jest mężczyzną jak każdy inny na Wyspach. Za dnia pracuje dorywczo gdzie się da, lubi sobie wypić i raz na jakiś czas wbić w bójkę. Po śmierci żony sam wychowuje nastoletnią córkę, która wcale go nie potrzebuje, udowadniając to swoją samodzielnością. Jak przez mgłę pamięta spotkanie z zaginioną dziewczyną, a długa luka w pamięci niesamowicie go niepokoi. Hallbjørn był kiedyś żołnierzem w duńskiej armii, przez co lokalna społeczność zerkała na niego z wyrzutem, i cały czas ma traumę po pewnych wydarzeniach. Wszystkie ślady wskazują, że nie mógł tego zrobić, a Katrine Ellegaard - policjantka przypisana do sprawy - postanawia poprosić go o pomoc. Ludzie z Vestmanny są zamkniętą społecznością, która nie ufa obcym.

czwartek, 25 maja 2017

⅔ ulubionych serii z dzieciństwa

6 komentarzy:
Większość mojego życia spędziłam w bibliotece, jednak dopiero z czasem skierowałam swój wzrok w stronę półki z fantastyką. Powód był prosty. Skończyły mi się te obyczajowe i przygodowe. Mieszkam w małym mieście, a nie czułam się jeszcze gotowa na przeniesienie się piętro niżej, do wypożyczalni dla dorosłych. Ha, do teraz tego nie zrobiłam. Wciąż odwiedzam tę dla dzieci, jednak tym razem do ja pożyczam książki paniom bibliotekarkom. Podrzucając kilka pozycji Sandersona dla jednej z pań postanowiłam rozejrzeć się po półkach. Mój wzrok padł na Pendragona i stwierdziłam, że czas najwyższy powrócić do serii, którą kiedyś tak uwielbiałam, że ze zniecierpliwieniem czekałam na kolejne tomy. Z tym postanowieniem wsadziłam Wędrowca pod pachę i ruszyłam w stronę poziomu drugiego po kolejny ulubiony cykl. Nie mogłam wrócić do domu bez Charliego Bone'a.

Pendragon jest czternastolatkiem, który wiedzie sobie życie przeciętnego chłopaka w tym wieku. Ma rodzinę, psa, najlepszego przyjaciela i zaczyna interesować się dziewczynami. Nic niezwykłego. Bobby ma jeszcze wujka Pressa, który pojawia się w różnych momentach jego życia przywożąc mu niezwykłe prezenty. Tym razem również zjawił się niespodziewanie, przerywając chłopakowi pierwszy pocałunek z dziewczyną, w której od dawna się kochał. Nie przywiózł ze sobą nic, a Bobby jest zaskoczony, że musi pójść z Pressem - powinien być w drodze na ważny mecz, liczy na niego cała szkoła. Zaufanie jednak robi swoje, a przyjęcie do wiadomości, że jadą uratować inny wymiar wymaga owego zaufania naprawdę sporo. Chłopiec musi opuścić Ziemię i wyruszyć na Denduron aby zacząć wypełniać obowiązki Wędrowca. 

Może się wydawać, że jest to seria jakich pełno na rynku. Po dłuższym zastanowieniu muszę przyznać Wam rację. Z drugiej jednak strony D.J. MacHale stworzył wszechświat, w którym wszystko jest możliwe, a bycie Wędrowcem to ciężka robota, co widać już w pierwszej części, a w kolejnych wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Mając te swoje naście lat byłam zakochana w postaci Bobby'ego z jednego powodu. Popełniał błędy. Mnóstwo błędów. Nie był nieomylny, bał się, myślał tylko o sobie. Słowem: był prawdziwym czternastolatkiem, który trafił do nieznanego sobie świata, gdzie musiał radzić sobie ze sporymi wyzwaniami. 

Chociaż mam już trochę więcej lat niż w momencie, gdy po raz pierwszy poznawałam przygody Bobby'ego, i tak nie było mnie dla świata, gdy otworzyłam Wędrowca. W pamięci zatarły mi się już niektóre szczegóły i pamiętałam tylko ogólny zarys fabuły. Odkrywanie Pendragona od nowa było niesamowite. Nie mam pojęcia, dlaczego ten cykl został zapomniany i stracił na popularności. Wszystkie dziesięć tomów jest dostępnych na polskim rynku na wyciągnięcie ręki. Chciałabym móc powiedzieć z pełnym przekonaniem, że jest to coś również dla dorosłych - jak w przypadku innej serii, którą odświeżę sobie gdy pojadę do rodzinnego miasta - jednak trochę się waham. Chyba można nazwać mnie już dorosłą osobą, acz moje podejście do Pendragona jest inne. Zawierają się w tym wspomnienia i emocje, jakie wywołał we mnie ten cykl w dzieciństwie.

wtorek, 23 maja 2017

Nana

16 komentarzy:
Nie jestem zbyt wielką fanką anime czy mang, jednak raz na jakiś czas lubię zatracić się w tych japońskich produkcjach. Mam jednak taką pewną cechę charakteru, której nie potrafię nazwać, a przez którą nie zaczynam nic nowego z tych dwóch kategorii, a oglądam i czytam w kółko to samo. Gdyby ktoś zapytałby mnie o ulubione anime mogłabym wymienić Króla szamanów, Bleacha albo Clannad. Jeśli jednak miałabym wybrać tylko jedną historię odpowiedziałabym bez wahania. Nana. Mimo, że łamie mi serce za każdym razem, często do niej wracam i za każdym razem cierpię równo mocno.

Życiem rządzi przypadek, co wiadomo nie od dzisiaj. Komatsu Nana z radością porzuciła swoje dotychczasowe życie w małej mieścinie i wyjeżdża do Tokio, do swojego chłopaka. Ma zamiar znaleźć tam mieszkanie i pracę. Z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych pociąg zmierzający do stolicy co chwilę się zatrzymuje. Nana - dostrzegając wolne miejsce - postanawia tam usiąść, co sprawia, że wszystko się zmienia. 

Osaki Nana zmierza do Tokio by spełnić swoje marzenia i udowodnić wszystkim, że jest w stanie śpiewać i zyskać popularność. Kiedy przysiada się do niej urocza dziewczyna początkowo nie reaguje - nie jest zbyt towarzyską osobą. W pewnym jednak momencie - dowiadując się, że mają tak samo na imię - zaczyna interesować się drugą Naną. Chociaż są swoim całkowitym przeciwieństwem nawiązuje się między nimi nić porozumienia. 

W Tokio Osaki Nana odchodzi bez słowa. Nie jest to jednak ich ostatnie spotkanie.

piątek, 19 maja 2017

Najważniejsza książka w mojej biblioteczce

6 komentarzy:
Pamiętacie, jak półtora roku temu zachwycałam się nad Ku słońcu, Andrew Korczyńskiego? Do dzisiaj pozostaje ona jedną z moich ulubionych książek i nie potrafię o niej zapomnieć. Robert wciąż jest postacią, która znaczy dla mnie bardzo dużo i udowadnia mi, że z każdej sytuacji jest wyjście. Wyobraźcie sobie moją radość, gdy dostałam mejla od autora, że po sporych poprawkach na świecie pojawił się niewielki nakład - bibliofilski! - a jeden egzemplarz jest przeznaczony dla mnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek jakaś książka mnie tak ucieszyła, a posiadam ich naprawdę sporo - w tym cudowne wydania, które kosztowały mnie majątek; naprawdę stare pozycje, których zdobycie nie było łatwe i książki z autografem ulubionych twórców. 

Mimo tego, że zmienił się tytuł książki oraz pseudonim samego autora to ta sama cudowna historia, którą obecnie czytam po raz kolejny i chociaż pamiętam większość wydarzeń i tak - znowu! - jestem zachwycona. Tym razem jednak nie pochłaniam Jazdy na rydwanie tak zachłannie jak te półtora roku temu. Teraz - wiedząc co będzie dalej - mogę delektować się każdym słowem. A naprawdę jest czym.

Niech mi ktoś jeszcze raz powie, że Polacy nie potrafią pisać, to się bardzo zdenerwuję. Przecież mamy mnóstwo autorów, którzy udowadniają, że Polak potrafi! Wystarczy wspomnieć tutaj Remigiusza Mroza - jak mogłabym go pominąć? - czy Melissę Darwood. Jazda na rydwanie - obok książki mojego taty - jest to najważniejsza pozycja, jaką mam na swoich półkach i wciąż mi przykro, że cały świat nie może wziąć jej do ręki i zobaczyć, jak genialnie pisze Julian Hardy. Tak, mówię do osób, które unikają jak diabeł święconej wody polskiej twórczości. I po co? 

wtorek, 16 maja 2017

Ziemia niczyja + przedpremierowo: Dzieci martwej ziemi // Jan Waletow

2 komentarze:
Rzadko kiedy czytam książki post-apokaliptyczne, a nawet dystopie, chociaż kiedyś rzucałam się na te gatunki. Z czasem jednak ich rosnąca popularność mnie odrzuciła. Tak to już jest, że im bardziej się o czymś mówi, tym bardziej tego unikam. W ten sposób nasze drogi się rozeszły. Postanowiłam jednak rozszerzyć swoje horyzonty, gdy zorientowałam się, jak bardzo jestem uzależniona od fantasy. Powieści młodzieżowe z góry skreśliłam, gdyż nie mam ochoty na ogłupiacze, a poważniejsze pozycje nie pasują do mnie, w chwili obecnej. Właśnie te wszystkie czynniki sprawiły, że Ziemia niczyja oraz Dzieci martwej ziemi trafiły w moje ręce. Nie było to zbyt owocne spotkanie, a maj chyba będzie najgorszym - pod względem jakości lektur - miesiącem w tym roku.

Wszystkie zapory runęły, a Potop w kilka dni pozbawił życia miliony ludzi. Strefa klęski żywiołowej została skażona, a reszta świata stara się o niej zapomnieć, namiętnie podrzucając do niej wszelkich kryminalistów i tych, którzy są niewygodni dla państwa i świata. Chociaż wydaje się to być niemożliwym wciąż tam żyją ludzie - bez praw, bez zahamowań i bez sumienia. Michaił Siergiejew doskonale potrafi się odnaleźć w tej Ukrainie, którą pozostawił Potop. Mężczyzna radzi sobie na tym polu walki między Wchodem a Zachodem i ma tylko jeden cel: przeżyć.

- Żaden ptak, żadne drzewo - powiedział Wadim. - Wszystko zniszczymy. A czego nie zniszczymy, to zjemy. Kurwa, taką ziemię przepieprzyli! I teraz jest niczyja. Nikomu niepotrzebna. I my jej nie jesteśmy potrzebni. Amen!**

Zacząć należy od tego, że obie części tego cyklu nie są łatwą lekturą. Jeśli spodziewacie się, że otworzycie Ziemię niczyją i pochłoniecie ją ot tak, bez problemów, jesteście w błędzie. Jan Waletow skupił się tutaj głównie na polityce, więc jeśli oczekujecie mnóstwa akcji musicie schować te oczekiwania do kieszeni. Od powieści tego gatunku wręcz wymaga się, by mroziła krew w żyłach swoim realizmem i prawdopodobieństwem, a autor doskonale sobie z tym poradził. Czytając Ziemię niczyją oraz Dzieci martwej ziemi przez pryzmat tego, co dzieje się właśnie na Ukrainie i całym świecie można dostać niezłego zawału z przerażenia i resztę życia spędzić przy oknie wyglądając ogromnej fali, która przyniesie zniszczenie. Zanim jednak Waletowa ogłosimy nowym wieszczem narodowym zwróćmy uwagę na to, że dla osób, które unikają raczej tematów ściśle politycznych oba tomy tej serii mogą się wydawać niesamowicie... nudne. Podnoszę tutaj rękę do góry i kulę się ze wstydu.

piątek, 12 maja 2017

Teatr Sabata // Philip Roth

4 komentarze:
Uwielbiam twórczość Philipa Rotha, więc na kolejne wydania jego książek czekam z ogromnym zniecierpliwieniem. Ale tym razem... Coś poszło nie tak. Początkowo byłam dosyć mocno zdziwiona objętością. Trzy czwarte powieści Rotha, które czytałam, mieściło się w niecałych dwustu stronach, więc prawie trzy razy tyle Teatru Sabata było sporą niespodzianką. Byłam zachwycona! Szybko jednak okazało się, że nie na wszystkie książki tego autora jestem gotowa, a lektura tej była istną drogą krzyżową. Jestem przekonana, że cały przekaz gdzieś mi umknął i nie jestem w stanie stwierdzić, co też autor miał na myśli podczas pisania Teatru Sabata

Mickey Sabat ma już sporo lat na karku i nie jest tym samym jurnym mężczyzną co kiedyś. Nie jest łatwo w wieku 64 lat żyć tak, jakby się miało o połowę mniej, jednak Sabat usilnie próbuje utrzymać się w formie. Sabatem wciąż interesuje się sporo kobiet, a wśród nich jest jego wieloletnia kochanka, Drenka. Kobieta jest od niego o 12 lat młodsza i wciąż potrafi obudzić w mężczyźnie wszystkie pragnienia. Kiedy pewnego dnia zaczyna domagać się od Mickeya absolutnej wierności ten jest zszokowany. Drenka ma męża i sama jest bardzo rozwiązłą osobą, dla której nie ma żadnych granic. Jest to dla Sabata ciężka decyzja i to nie jedna, jaką przyjdzie mu podjąć.

Stoimy w obliczu śmierci, do dupy z kwiatkami.

Ten, kto już kiedyś Rotha czytał wie, że ten nie ma żadnych zahamowań i nie uznaje cenzury w swoich książkach. Jest to według mnie ich ogromny plus, podobnie jak w przypadku Charlesa Bukowskiego. Teatr Sabata jest historią, w której pojawia się tak ogromna ilość seksu, że niekiedy przecierałam oczy ze zdumienia. Cała atmosfera tej powieści jest strasznie gęsta, przepełniona ludzkim bólem przeplatanym z pożądaniem. Wszystko tutaj kipi od erotyzmu, a sam Mickey jest jego uosobieniem. Sabat jest bohaterem bardzo specyficznym, którego nie jest łatwo polubić. Znając jego myśli i widząc jego zachowanie wręcz pałałam do niego samymi negatywnymi emocjami i nie mogłam sobie z tym poradzić. Chciałam go zrozumieć, pojąć jego motywy, a udało mi się jedynie nie znienawidzić go do cna. Co i tak uważam za całkiem spory sukces. 

sobota, 6 maja 2017

MŚCICIELE, czyli jak zawieść czytelnika

4 komentarze:
Moment, w którym skończyłam czytać ostatnią stronę Calamity był okropny. Z dwóch powodów. Po pierwsze: przeczytałam już wszystkie książki Brandona Sandersona, które są dostępne na polskim rynku. Po drugie: ja bardzo przepraszam, ale co? Doskonale rozumiem, że Mściciele to seria dla młodzieży i tak dalej, i tym podobne. To, jak autor postanowił zakończyć ten cykl to chyba jakiś żart. Nauczyłam się już polegać na tym człowieku i sądziłam, że kto jak kto, ale ON nie jest w stanie napisać czegoś... tylko okej. Już podczas lektury Stalowego serca zauważyłam, że o ile Piasek Raszida - czyli jakby nie było książka dla dzieci - jest czymś bardzo dobrym, to seria o Epikach mojego serca nie podbije. Trafiłam w punkt.

David widział jak Stalowe serce krwawił. Kiedy chłopak miał kilka lat był świadkiem śmierci swojego ojca, który został zamordowany razem z innymi ludźmi w banku. Davidowi jako jedynemu udało się przeżyć tę masakrę. Minęło kilkanaście lat, a jedynym jego celem jest zamordowanie Stalowego serca, bezlitosnego Epika, który rządzi jego rodzinnym miastem, obecnie przechrzczonym na Newcago. Osiemnastolatek nie potrafi skupić się na niczym innym, a całe swoje dzieciństwo poświęcił na zdobywanie informacji i poszukiwanie słabej strony imperatora. Teraz planuje dostać się do któregoś z oddziałów Mścicieli, którzy czynnie stawiają opór i zabijają pomniejszych Epików. Chce ich przekonać, by pomogli mu w jego zemście. W końcu zna sekret, a słaba strona Stalowego serca tkwi w jego podświadomości. Musi się tylko do niej dostać.

Potęga deprawuje, a potęga absolutna deprawuje całkowicie.*

Kiedy na niebie pojawiła się Calamity - wielka gwiazda - niektórzy ludzie zaczęli się zmieniać. Otrzymywali specjalne zdolności, które wykorzystują do złych celów. Epicy, jak zostali nazwani, nie mają w sobie szacunku do prawa i życia, robią wszystko, by rządzić, nie przejmując się w ogóle dobrem innych. Każdy Epik ma jakąś słabą stronę, która pozbawia go jego mocy i pozwala się do niego zbliżyć i go zabić. Nikt nie wie, skąd się wzięła Calamity i jak wybiera osoby do swoich celów. Nie ma dwóch takich samych Epików, każdy ma inną moc, jednak oni wszyscy nie mają sumienia. Właśnie dlatego istnieją Mściciele.

wtorek, 2 maja 2017

W MAJU JAK W RAJU // zapowiedzi // maj 2k17

12 komentarzy:
Nawet nie wiecie jak cieszy mnie fakt, że w maju tak mało nowości, które mnie interesują. Może w końcu uda mi się wypełnić moje czytelnicze plany w całości, co byłoby naprawdę miłą odmianą, serio. 

✖ Po pierwsze: chcę skończyć serię o Mścicielach, Sandersona. ✖ Po drugie: zacząć Koło czasu lub Conana Barbarzyńcę, a najlepiej to oba te cykle, bo po co się ograniczać? ✖ Po trzecie: przeczytać Teatr Sabata, Rotha. ✖ Po czwarte: pisać więcej na bloga - nie tylko recenzji! ✖ Po piąte: ograniczyć kupowanie książek (i butów!) - wyjątek: KONIECZNIE KUPIĆ DENIWELACJĘ ✖ Po szóste: nadrobić Mroza. Dużo Mroza. ✖ Po siódme i ostatnie: nie zabić nowego kaktusa Wincenta. 🌵

Zapewne doceniacie, jak się dzisiaj streszczam i nie rozpisuję. Powód jest prosty: jestem tak zmęczona, że marzę tylko o wpakowaniu się do łóżka z Pożarem. Ale, ale! Najwyższy czas dokładnie poprzeglądać, co też wydawnictwa zaplanowały dla nas na maj i umiejętnie wybrać, co trzeba kupić - oprócz Deniwelacji, oczywiście. Biorąc pod uwagę mój obecny stan konta - kupiłam CZTERY pary butów w trzy dni, okej? - muszę się nieźle ograniczyć. Widząc jednak jak mało mnie interesuje - aż trzy książki, wow - mogę odetchnąć z ulgą. Zapewne to czerwiec zarzuci nas cudownościami, byle jednak z rozsądkiem. 

WYDAWNICTWO IUVI

Alcatraz Smedry wraca w wielkim stylu. Infiltruje Bibliotekę Aleksandryjską, która bynajmniej nie została zniszczona i jest jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, szuka swojego ojca, który jednak wcale nie umarł, i odkrywa dziwny złoty sarkofag, w którym może znajdować się klucz do jego zdumiewającego talentu do psucia różnych rzeczy. Aha, jest przy nim jego najlepsza przyjaciółka Bastylia – po to, by spuścić manto mrocznym Bibliotekarzom, ma się rozumieć.

A walczyć przyjdzie im z najstraszniejszymi spośród Bibliotekarzy: tajną sektą złodziei dusz, Skrybami.


Premiera: 24 maja 2017

poniedziałek, 1 maja 2017

Chemik // Stephenie Meyer

10 komentarzy:
Jestem fanką Zmierzchu i nie wstydzę się tego. Stephenie Meyer jest autorką, dzięki której czytam książki inne niż obyczajowe. Nie spodziewałam się, że kiedyś jeszcze zasiądzie do pisania i stworzy coś całkiem nowego, niezwiązanego z uniwersum sagi Zmierzch. Początkowo nie miałam zamiaru czytać Chemika, choć nie zaprzeczę - zaintrygował mnie. Byłam ciekawa, czy utrzymuje poziom Intruza, który jest niesamowicie dobrą historią, lekko - według mnie - niedocenianą. Bardzo szybko zmieniłam zdanie i nie czytając żadnych recenzji zdobyłam Chemika. Jest to książka dosyć spora, jeśli chodzi o objętość, jednak przeczytałam ją w jeden dzień. Dzisiaj rano usiadłam i niedawno skończyłam. Ot tak. 

Powiedzmy, że ma na imię Alex. Od kilku lat zmuszona jest uciekać i żyć w ukryciu. Nie może używać swoich prawdziwych danych, nie może nikomu zaufać ani zostać w jednym miejscu na dłużej. Wszystko co robi sprowadza się do jednego celu: przeżyć. Jej przeszłość ciągnie się za nią, nic nie wskazuje na to, że tajna agencja rządowa, dla której kiedyś pracowała, odpuści. Alex ma wiedzę o tak tajnych projektach, że wystawienie ich na światło dzienne mogłoby nieźle wstrząsnąć wysoko postawionymi urzędnikami. Z tym, że ona nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego, a mimo to jest ścigana, a oprawcy mają jedno zadanie: zabić.

Nie zrobiła nic, by wystawić list gończy na swoją głowę, jest niezastąpiona. Potrafi wydobyć z każdego człowieka informację nie zostawiając na jego ciele żadnych śladów. Umie sprawiać ból. Teraz jednak jest jak zastraszone zwierze. Mejl od byłego kolegi z departamentu zwala ją z nóg. Znaleźli ją. A jednak Carston oferuje jej bezpieczeństwo. Potrzebują jej pomocy. Broń biologiczna zagraża Ameryce oraz całemu światu, a Alex może to zmienić. Musi tylko zaufać ludziom, którzy przez lata chcieli jej śmierci i uwierzyć, że to nie jest pułapka. Cel: Daniel Beach, niepozorny nauczyciel historii.

niedziela, 30 kwietnia 2017

DZIEWIĘĆ KSIĄŻEK // podsumowanie // kwiecień 2017

10 komentarzy:
Jak ten czas szybko leci! Wprost nie mogę uwierzyć, że już koniec kwietnia. 🙈 Ten miesiąc nie był zły pod względem przeczytanych książek, jednak uważam, że mogło być lepiej. Cholibka. A w kwietniu miałam się przyłożyć do czytania... Wyszło jak wyszło i pozostało mi jedynie mieć nadzieję, że maj będzie lepszy i uda mi się zabrać za wszystko, co planuję. Miesiąc zaczęłam od - co za niespodzianka! - Sandersona. Słowa światłości, kolejna cegiełka z Archiwum burzowego światła. Obiecałam sobie, że przed premierą Dawcy przysięgi wyrobię się z dwoma pierwszymi tomami i jestem szczęśliwa, że w miarę szybko mi się to udało. Mimo, że Droga królów minimalnie była lepsza to uważam, że jest to najlepsza seria Sandersona. Przebiła Ostatnie Imperium i wydaje mi się, że im dalej w ABŚ tym będzie lepiej. Nie mogę się doczekać listopada i premiery trzeciej części...

Następnie zabrałam się za pewną książkę, której nie ma jeszcze na rynku i nie mam pojęcia, kiedy będzie premiera. Pojawi się jednak pewnie w tym roku i nic więcej Wam nie zdradzę. Powiem tylko jedno: uparcie biegnijcie do gwiazd... Pochłonęłam ją na raz i zabrałam się przedpremierowo za Ostrze zdrajcy. Jestem bardzo szczęśliwa, że się zdecydowałam na jej lekturę. Naprawdę mocno przypadła mi do gustu i choć nie jest to wybitna książka to trochę do mojego życia wniosła i nie mogę się doczekać kolejnej części. Premiera już dziesiątego maja i powiem tylko jedno: biegnijcie do księgarni. Dom Hitlera to pozycja, która zajęła mi trochę czasu, gdyż nie czytałam jej na raz, tylko podczytywałam w wolnych chwilach. Pewnie dalej bym przez nią brnęła, gdyby nie ścisła mobilizacja. Przeszkadzało mi trochę podejście autorki, jednak koniec końców... całkiem dobra pozycja dotycząca Hitlera. Z pewnością jedyna taka na rynku.

sobota, 29 kwietnia 2017

Królestwo kanciarzy // Leigh Bardugo

4 komentarze:
Królestwo kanciarzy to jedna z tych książek, na które czekałam i wypatrywałam informacji o nich w zapowiedziach. Szóstka wron była lekturą nieprzeciętną, pełną niespodzianek i wywołującą u czytelnika sporo emocji. Nie spodziewałam się tego po niej i pokochałam ją. Nie tylko ja: większość świata odniosła podobne wrażenie. Słyszałam kilka negatywnych opinii, jednak koniec końców zostały przytłoczone przez te pozytywne. Królestwo kanciarzy nie musiało długo czekać na zainteresowanie z mojej strony. Coś się jednak zmieniło: albo we mnie, albo w tej serii. Wcale a wcale nie jestem zachwycona. Ani trochę.

SPOJLERY DO SZÓSTKI WRON
Kaz nienawidzi tego, że razem ze swoją ekipą został okpiony. Zaciska zęby z nerwów i ma zamiar odzyskać swoje - niekoniecznie uczciwie - zarobione pieniądze oraz Inej, która została porwana. Po wcześniejszych wydarzeniach muszą się ukrywać, a w mieście trwają wzmożone poszukiwania Kuweia, jak i Wylana. Do Ketterdamu zjeżdżają potężne siły z całego świata gotowe zrobić wszystko, by zdobyć receptę na super niebezpieczny narkotyk, jakim jest jurda parem, którego sekret kryje się w głowie Kuweia. Magia Griszów jest w potężnym niebezpieczeństwie.
Kaz Brekker ma plan.
KONIEC SPOJLERÓW

O szacunek się nie prosi, trzeba sobie na niego zasłużyć.

Kaz Brekker jest postacią, którą kocham. Naprawdę. Całym sercem. W drugim tomie jednak został bardzo spłaszczony i stracił trochę tej swojej kazowatości, przez co odniosłam wrażenie, że to ktoś całkiem inny. Rozumiem motyw bohatera, który przechodzi przemianę wewnętrzną, jednak tutaj nie wyszło to nikomu na dobre. Dużo się w nim nie zmieniło, a równocześnie zmieniło się wszystko. Leigh Bardugo skupiła się tu bardziej na Wylanie, który w Szóstce wron był raczej tłem, niż równoważną postacią. Tutaj polubiłam go dużo bardziej, a zakończenie jego wątku spodobało mi się najbardziej ze wszystkich. Inej, Matthias oraz Nina również stracili sporo ze swojej żywotności. Czasami ciężko mi było przypomnieć sobie dlaczego tak bardzo ich polubiłam i za co.

środa, 26 kwietnia 2017

RECENZJA SPECJALNA // PRZEDPREMIEROWO: Czerwone dziewczyny // Kazuki Sakuraba

4 komentarze:
Uwielbiam to uczucie, kiedy dociera do mnie, że coś jest oznakowane przymiotnikiem „japoński”. Nie potrafię koło takiej rzeczy przejść obojętnie. Czasem wystraszy tylko kilka liter, które brzmią jak japońskie słowo, a ja już mam ochotę ten przedmiot mieć, o tym czymś poczytać, czegoś więcej się dowiedzieć. Co ja na to poradzę, że japońska kultura mnie aż tak bardzo fascynuje? Nawet temat mojej pracy zaliczeniowej był japoński! (Feliks Jasieński i te sprawy) Kiedy Kyou powiedziała mi, że kolejną książką, którą chce ze mną zrecenzować jest powieść Kazuki Sakuraby, bez zastanowienia się zgodziłam. W końcu japońska autorka japońskiej powieści. A te potrafią być niezwykle specyficzne i piękne. Cieszyłam się, jak dziecko, kiedy do moich rąk wpadł egzemplarz Czerwonych dziewczyn. Już wtedy wiedziałam, że na tej książce się nie zawiodę.

Byłam niesamowicie szczęśliwa, kiedy mogłam poinformować Aypę, że naszym następnym wspólnym projektem będą Czerwone dziewczyny. Początkowo planowałam coś całkiem innego, jednak wiem do kogo się zgłosić, jak pojawia się coś o Japonii i nawet się nie wahałam, tylko zmieniłam początkowy plan. O Kazuki Sakurabie nigdy wcześniej nie słyszałam, jednak nie mam żadnego doświadczenia jeśli chodzi o literaturę japońską - styczność miałam tylko z mangami oraz z Harukim Murakamim - więc postanowiłam zaryzykować i poszerzyć horyzonty. Interesuje mnie ten kraj i jego historia, a Czerwone dziewczyny przybliżyły mi ją doskonale.

Ciężko pracuj, to czeka cię lepsze życie, a twoje dzieci wspanialsza przyszłość. A teraz ruszaj w górę krok za krokiem.

Manyo od dziecka widziała przyszłość. Kiedy była mała cudzoziemcy z gór porzucili ją w wiosce, a przygarnęła ją rodzina robotnicza. Dziewczynka zawsze była inna niż pozostałe dzieci, jednak rozumiała swój dar i nie bała się go. Nikt się nie spodziewał, że to właśnie ona zostanie wybrana na żonę dla syna matrony rodu Akakuchibów, właścicieli ogromnej huty, która zatrudniała mnóstwo mężczyzn, którzy bez tego by nie mogli utrzymywać rodzin. Kemari - córka Manyo - zawsze była nieprzewidywalna i nieodpowiedzialna. Żywiołowa dziewczyna, która już jako nastolatka została wybrana na przywódczynię kobiecego gangu motocyklowego nie potrafi dorosnąć. A czas leci. Toko, córka Kemari, ma ciężkie zadanie. Minęło już wiele lat od chwili, gdy Manyo została znaleziona przy studni, sporo osób odeszło już z tego świata, a Toko nie potrafi przystosować się do społeczeństwa. Jako potomkini Akakuchibów nie musi pracować, jednak ciągle dręczy ją bezczynność. Lenistwo jednak wygrywa. Dopiero sprawa pewnego morderstwa motywuje ją do działania. Czas rozwiązać tajemnicę sprzed lat.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Miłość to piekielny pies // Charles Bukowski

6 komentarzy:
Nowy Bukowski to zawsze święto. Odkąd przeczytałam już wszystkie jego książki - w edycji wznowionej - ciągle czekam i czekam na następne. Po lekturze Nocy waniliowych myszy ze zniecierpliwieniem czekałam na kolejny tomik wierszy. O ile kocham i wielbię prozę Charlesa, to jego wiersze trafiają do mnie z mocą błyskawicy. Wielokrotnie powtarzałam, że według mnie jest to jeden z lepszych amerykańskich pisarzy (zaraz obok Rotha) i każdy powinien chociaż spróbować zakochać się w jego twórczości. Oczywiście nie jest to ktoś, kogo wszyscy będą namiętnie czytać. Nie ma tutaj mądrości przekazanej pięknymi słowami. Genialność Bukowskiego kryje się w prostych stwierdzeniach - często wręcz brutalnych - i najważniejsze kwestie podane są jak na tacy. Zawsze jednak można spróbować dotrzeć głębiej i postarać się zrozumieć Charlesa Bukowskiego i jego podejście do życia.

To właśnie wiersze Bukowskiego zapewniły mu taką ogromną popularność i rzuciły publikę na kolana. Nie dziwi mnie to. W tym zbiorze głównym motywem - w szeroko rozumianym tego słowa znaczeniu - jest miłość. Charles specyficznie podchodzi do tego uczucia i mamy tutaj wiersze przeróżne. O zdradzie, cierpieniu, zakochaniu. Wszystko, co chociaż w małym stopniu odnosi się do kochania - czy to w wersji romantycznej jak i ściśle fizycznej. Bukowski zawsze szczerze opowiada o swoich kochankach, dziewczynach i przygodach szczerze, bez cenzury i wstydu, co czasami wzbudza zażenowanie u czytelnika.

środa, 19 kwietnia 2017

Opowieści z Akademii Nocnych Łowców // Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Robin Wasserman

2 komentarze:
Uwielbiam nocnych łowców. Książki Cassandry Clare są tymi, od których zaczęła się moja przygoda z gatunkiem innym, niż obyczajowe. Mam ogromną słabość do Jace'a i innych bohaterów. Kiedy na rynku pojawia się zapowiedź jakiejś nowej pozycji z tego uniwersum jestem zachwycona. Zdecydowanie jestem za tym, by pisać kolejne historie. Wcale nie uważam, że autorka pisze wyłącznie dla pieniędzy. Zapewne jej również ciężko jest opuścić ten świat, który rozwinął się niesamowicie mocno i żyje własnym życiem. Dary Anioła i poboczne serie to jedne z moich ulubionych książek młodzieżowych i nie wyobrażam sobie, że Clare mogłaby tak po prostu przestać pisać kolejne historie. Po prostu nie. Dopóki będą wychodzić kolejne ja je będę czytać.

OPIS ZAWIERA SPOJLERY DO DARÓW ANIOŁA
Po tym, jak Simon uratował świat poświęcając swoją pamięć, Nocni Łowcy mogą na nowo otworzyć podwoje Akademii Nocnych Łowców i za pomocą Kielicha Anioła tworzyć nowych. Chłopak mógłby żyć swoim dawnym życiem, bez świadomości o istnieniu Podziemnych i fakcie, że sam przez jakiś czas był jednym z nich, jednak Magnus daje mu wybór. Może funkcjonować tak, jakby nic się nie stało, lub dołączyć do uczniów Akademii i stać się Nocnym Łowcą, jak Clary, Jace, Isabelle oraz Alec. Lub umrzeć. Nie jest tajemnicą, iż nie wszyscy Przyziemni przeżywają Wstąpienie. 

Simon jednak decyduje się na ten krok i ryzyko. Nie potrafi sprostać wymaganiom przyjaciół, których ledwo co pamięta. Nie potrafi patrzeć w oczy matki wiedząc, że wyrzuciła go z domu, gdy jej powiedział, że jest wampirem. Nie potrafi być tym samym Simonem - bohaterem - co kiedyś, a wszyscy dookoła tego chcą. Nie może spojrzeć w oczy Isabelle i przyznać, że praktycznie nie wie, co między nimi zaszło. Nie może doczekać się chwili, gdy przekroczy próg Akademii i zrzuci z siebie te wszystkie oceniające spojrzenia ludzi, którzy kiedyś byli dla niego najważniejsi.
KONIEC SPOJLERÓW

wtorek, 18 kwietnia 2017

PATRONAT // PRZEDPREMIEROWO: Uwertura // Adrianna Rozbicka

4 komentarze:
Wiosna to dobry czas na lekkie obyczajówki oraz książki, które nie zabijają swoją objętością. Mimo to nie przepadam za historiami, które nic nie wnoszą do mojego życia - wyrosłam z nich prawdopodobnie - więc ostrożnie dobieram sobie lektury. Uwertura na pierwszy rzut oka wyglądała jak coś, czego powinnam unikać, jednak po przeczytaniu opisu stwierdziłam, że może jednak czasami trzeba zaryzykować i zwyczajnie wziąć do ręki coś, co wydaje się być przeciętne, ale może zaskoczyć. Uwertura to coś niebanalnego, co pozwoli uwierzyć, że wszystko jest możliwe i trzeba walczyć o swoje marzenia. Czasami dobrze na duszy robi taka lektura.

Alicja uwielbia tańczyć. Nie wyobraża sobie życia bez tego. Moment, gdy w trakcie przedstawienia ulega wypadkowi jest najgorszą rzeczą, która przydarzyła się jej kiedykolwiek. Diagnoza jest jednoznaczna. Alicja już nigdy nie będzie tańczyć. Nie potrafi sobie poradzić z tą informacją i robi wszystko, by jej kolano było chociaż w części tak sprawne jak kiedyś. Mija kilka lat i podejmuje próbę powrotu na scenę. Wszystko wydaje się jednak być przeciwko temu. Producentka rewii Iza wydaje się nienawidzić utalentowanej i pełnej życia dziewczyny. Zrobi wszystko, by się jej pozbyć, chociaż murem za Alicją stoi Pierre, francuski choreograf oraz wokalista, Mateusz. To może jednak nie wystarczyć.

sobota, 15 kwietnia 2017

WORDS OF RADIANCE // american edition

8 komentarzy:
Mnóstwo osób narzeka na polskie wydania Archiwum burzowego światła. Wydawnictwo MAG zdecydowało się na wypuszczenie na rynek książek po tysiąc stron w powiększonym formacie, jednak wyłącznie w miękkich okładkach, co sprawia, że są niesamowicie nietrwałe, wręcz jednorazowe. Wystarczy jedno otwarcie, a grzbiet brutalnie pęka, rogi się zaginają... Koszmar pedantycznego czytelnika. Osobiście lubię, jak moje książki wyglądają na czytane. Kiedyś nie potrafiłam znieść zagięć, marszczeń i śladów użycia, jednak z czasem doceniłam używane pozycje oraz przestałam przejmować się zniszczeniami moich, o ile nie są zbyt rozwlekłe. Słabość polskich edycji nie była powodem, dla którego postanowiłam wykosztować się na te amerykańskie. Powód był prosty. Uwielbiam piękne wydania i często zdarza mi się kupować ulubione książki w różnych językach. Takie spaczenie. 

Początkowo planowałam kupić wyłącznie Way of Kings, jednak promocja na stronie Empiku - wciąż nie mogę uwierzyć, jak ta księgarnia potaniała - na drugi tom sprawiła, że nie mogłam się powstrzymać i kupiłam najpierw Words of Radiance. Bo czemu właściwie nie? Uznałam, że nie ma sensu ignorowania promocji i poczekam, aż gdzieś będzie można kupić taniej część pierwszą. Logika książkoholika. Widziałam już na żywo Drogę królów w tym amerykańskim wydaniu na spotkaniu w Krakowie z Brandonem Sandersonem i się zakochałam. To się nazywa miłość od pierwszego wejrzenia. W ten właśnie sposób postanowiłam, że na mojej półce stanie jednak wszystkie dziesięć tomów Archiwum burzowego światła w tym wydaniu od Tor Books.

czwartek, 13 kwietnia 2017

PRZEDPREMIEROWO: Ostrze zdrajcy // Sebastien de Castell

4 komentarze:
Mam zaplanowane swoje czytelnicze życie bardzo dokładnie i rzadko kiedy decyduję się na lekturę czegoś spontanicznie. Ostrze zdrajcy zaintrygowało mnie jednak na tyle mocno - wpasowało się gatunkiem do moich obecnych potrzeb - że porzuciłam listę i rzuciłam się na książkę Sebastiena de Castella. Ostatnio czytam prawie wyłącznie fantastykę, na szczęście wciąż nie czuję przesytu. Ostrze zdrajcy to nie jest high fantasy, więc przygodę z nią potraktowałam jako odpoczynek od Słów światłości, które zostawiły mi w głowie niezły mętlik. O autorze nigdy wcześniej nie słyszałam, dlatego nie miałam żadnych oczekiwań co do Ostrza zdrajcy. Z jednej strony to dobrze.

Falcio val Mond jest kantorem Wielkich Płaszczy. Mają oni egzekwować królewskie prawo, jednak po śmierci króla Paelisa zostali uznani za zdrajców i znienawidzeni przez cały świat. Falcio wraz z przyjaciółmi - Kestem i Brastim - wędrują z miasta do miasta i szukają możliwości zarobku. Obecnie zostali wynajęci jako straż przyboczna szlachcica, który nie bał się wynająć Obdartych Płaszczy, jak ich teraz nazywają ludzie, plując nienawiścią. Nie udaje im się jednak wywiązać z zadania i mężczyzna zostaje zamordowany przez kobietę, której udaje się przy okazji upokorzyć trójkę przyjaciół. Teraz są oni podejrzani o morderstwo i ścigani przez konstabli. Wielkie Płaszcze muszą wydostać się z kłopotów i przez przypadek ładują się w jeszcze większe. 

wtorek, 11 kwietnia 2017

Dom Hitlera // Despina Stratigakos

6 komentarzy:
Adolf Hitler jest postacią, która od razu wzbudza niechęć większości świata. Nie jest to niczym dziwnym, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie jego przedsięwzięcia. Zapewne powinnam zacząć od stwierdzenia, jakim złym był człowiekiem; że powinno się go nienawidzić i nazwać największym zbrodniarzem, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Skoro jednak wszyscy już to wiedzą muszę powiedzieć, że Hitler mnie intryguje. Gdybym mogła spędzić z jakąś postacią historyczną jeden dzień wybrałabym właśnie jego. Chciałabym móc zajrzeć mu do głowy i zobaczyć, jakim był człowiekiem bez tej całej medialnej otoczki. Z tego właśnie powodu często gdy mam okazję zabieram się do czytania pozycji właśnie o nim. Takie małe, osobiste spaczenie.

Adolf Hitler był postacią wysoko medialną. Cały świat śledził jego kroki i zachowanie, więc wydawać by się mogło, że jego mieszkanie będzie dla niego swoistym sanktuarium, w którym będzie czuł się sobą i nie będzie musiał obawiać się oceniających spojrzeń. Okazuje się jednak, że wszystko - łącznie z wystrojem domów, które posiadał - było jedną wielką propagandą, która miała przedstawiać go jako osobę obytą, wykształconą i kulturalną. Otaczał się dziełami sztuki, równocześnie starając się uchodzić za kogoś skromnego i poświęcającego się dla dobra ogółu. Każdy najmniejszy bibelocik odgrywał swoją rolę i tak naprawdę nic nie znaczył dla Führera, któremu zależało jedynie na wizerunku. Praktycznie każdy człowiek zna doskonale losy tego człowieka - te oficjalne jak i te niepotwierdzone. W Domie Hitlera skupiamy się jednak na tej części jego życia, którą nikt wcześniej się nie interesował.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Słowa światłości // Brandon Sanderson

8 komentarzy:
Nie chciałam zaczynać Słów światłości. Naprawdę. Po zakończeniu Drogi królów nie planowałam, że tak szybko wrócę do Archiwum burzowego światła. Okazało się jednak, że bardzo przeceniam własną cierpliwość i puf. Nagle się zorientowałam, że pożeram drugi tom i nie mam zamiaru przestać. Sanderson ma to do siebie, że jego światy wciągają tak bardzo, że kiedy w nie wejdziesz - choćby przypadkiem - już się nie wydostaniesz. To, jaki ten człowiek ma bogaty plan na kolejne książki, jest niesamowite. Teraz pozostało mi jedynie czekać do listopada, na pierwszą część trzeciego tomu, jednak po skończonej lekturze Słów światłości muszę trochę spraw przemyśleć, więc bardzo mnie cieszy, że mam na to czas. Jeśli jeszcze zwlekacie z przeczytaniem Archiwum to teraz jest na to najlepsza pora. Ta książka zostawi Wam w głowie spory bałagan.

OPIS ZAWIERA SPOJLERY DO DROGI KRÓLÓW
Kaladin odzyskał wolność, jednak dalej jest zniewolony przez swoją rządzę zemsty, która odbiera mu zdolność racjonalnego myślenia. Dalinar wciąż próbuje uratować Alethar przed rozpadem, jednak Sadeas robi wszystko, by mu się nie powiodło. Król jest słaby i nie nadaje się do rządzenia, przez co nikt nie liczy się z jego zdaniem, a podstępny Sadeas stara się zdobyć władzę i wkraść się w jego łaski. Shallan wie już, kim jest. Powoli odkrywa swoje zdolności i czuje się coraz silniejsza. Wciąż chce ocalić ród i braci, jednak sekrety z przeszłości nie pozwalają jej o sobie zapomnieć. To, co odkryła Jasnah zmieni wszystko. Teraz muszą dostać się na Strzaskane Równiny, gdzie wciąż trwa walka z Parshendi, i postarać się wszystko naprawić. Świetliści Rycerze wracają, nadchodzi Wieczna Burza.
KONIEC SPOJLERÓW

czwartek, 6 kwietnia 2017

NIEKOMPLETNY BOOKHAUL

8 komentarzy:
Zauważyliście już na pewno, że przestałam pisać o tym, co trafiło nowego do mojej biblioteczki. Zwykle dzieliłam się tym przy okazji miesięcznych podsumowań, jednak od kiedy żyję na dwóch adresach ciężko mi na bieżąco robić zdjęcia, skoro połowa moich zbiorów zawsze znajduje się te 240 kilometrów dalej. Postanowiłam jednak trochę pooszukiwać i pokazać Wam, co trafiło do mnie przez ten miesiąc, a obecnie znajduje się ze mną w Krakowie. Jest to tylko mała część tego, jednak równocześnie również najbardziej interesująca. W końcu ile można patrzeć na moim blogu kolejne książki Mroza czy Sandersona? Większość z tych perełek zakupiłam sobie sama, więc na pewno nie pojawią się posty o każdej z nich. 

Dosłownie wczoraj stałam się szczęśliwą właścicielką Oryginału Laury, Nabokova, z którego jestem niesamowicie zadowolona. We wnętrzu kryje się rękopis tej niedokończonej powieści oraz polskie tłumaczenie. Do tego cudowne wydanie i każdy fan pisarza w ekstazie. Weszłam też do Empiku i po prostu zamarłam z niedowierzania. Wszyscy wiemy, jakie ceny są w tej księgarni, a tutaj proszę. Anna Karenina, Lwa Tołstoja, po angielsku, za jakieś tam trzydzieści złotych, w tej pięknej okładce. Naprawdę nie mogłam jej tam zostawić i chyba wrócę jeszcze po Wojnę i pokój. I - być może - po Doktora Żywago. Wspominałam już, że mam mały problem z książkoholizmem? Postanowiłam też zakupić kolejną część mangi o Sherlocku, tak więc Niewidomy bankier już u mnie. Niedługo pewnie zamówię też trzeci tom i będę na bieżąco. W końcu. 

wtorek, 4 kwietnia 2017

Amerykańska sielanka // Philip Roth

10 komentarzy:
Philip Roth jest jednym najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich, co już samo w sobie przemawia za tym, żeby się z jego twórczością zapoznać. To już czwarta jego książka, którą miałam przyjemność czytać i wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że każda kolejna jest lepsza od poprzedniej. Być może z każdym mijającym dniem jestem coraz dojrzalszą osobą - w co zresztą wątpię - i więcej rozumiem i przyswajam z powieści Rotha, niż ten rok temu, gdy dopiero zaczynałam z nim przygodę. Amerykańska sielanka w porównaniu z Konającym zwierzęciem, Wzburzeniem i Everymanem jest pozycją naprawdę ogromną objętościowo. Byłam tym faktem naprawdę mocno zaskoczona. Podświadomie spodziewałam się, że po raz kolejny dostanę do ręki fabułę tak skondensowaną, że znowu zajmie te niecałe dwieście stron. Poczułam zaintrygowanie i lekki strach. Roth ma to do siebie, że po lekturze jego książek ciężko mi  pozbierać mózg z podłogi. Obawiałam się, że po takiej ilości jego pisarstwa wnętrze mojej głowy już na zawsze pozostanie poza czaszką. 

W stosunku do Seymoura Szweda Levova otoczenie zawsze miało wysokie oczekiwania, które on - bez żadnego słowa sprzeciwu - spełniał. Był uwielbianym sportowcem w szkole średniej, po jej ukończeniu przejął po ojcu fabrykę rękawiczek i wziął ślub z miss stanu Jersey, po czym zostaje idealnym mężem i ojcem. Wszystkim - łącznie z nim - wydawało się, że ma cały świat pod kontrolą, a jego amerykański sen spełnia się każdego dnia. Prowadził spokojne, dostatnie życie do roku 1968. Jego ukochana córka - jedyne dziecko - Merry z bystrej, pełnej potencjału dziewczynki zmienia się w agresywną nastolatkę, która okazuje się być zdolna do przygotowania i wykonania politycznego zamachu terrorystycznego, w którym ginie jeden z mieszkańców miasta. Szwed nie może uwierzyć w to, że jego dziecko - krew z jego krwi - była zdolna do popełnienia takiego czynu. Gdy jego córka ucieka i nikt nie może jej znaleźć zostaje wyrwany ze swojego beztroskiego życia i rzucony w jeden wielki wir szaleństwa, z którym nie może się pogodzić. 

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Cover gallery: The Way of Kings

10 komentarzy:
Mam małe pytanie: czy ktoś z Was może mieszka w Chinach? Korzystając z okazji, że jestem chora - powinnam korzystać inaczej i się uczyć, ale cóż - pobuszowałam trochę po internecie w poszukiwaniu różnych wydań Drogi królów, gdyż na dniach zamierzam kupić sobie wersję amerykańską. Znalazłam tak wiele pięknych okładek, że mam ochotę usiąść i płakać, bo chcę mieć wszystkie. To już choroba, wiem. Z racji tego, że Papierowe Miasta i tak powoli zamieniają się w ołtarzyk dla Brandona Sandersona uznałam, że podzielę się z Wami tymi wydaniami, które znalazłam. Może znajdziecie coś dla siebie i będziecie rozpaczać razem ze mną, że nie wiecie czy Wasz bank robi przelewy w juanach chińskich i czy taki przelew walutowy nie kosztuje przypadkiem majątku. 

Droga królów jest objętościowo książką bardzo grubą, więc niektóre kraje podzieliły ją na dwa tomy - podobnie jak wydawnictwo MAG ma zamiar zrobić z Dawcą przysięgi - a Chiny nawet na trzy. Nasze wydanie jest ogromne i nieporęczne, jednak osobiście żałuję jedynie, że nie zostało wydane w twardych okładkach, a nie w miękkich. I chociaż dużo osób narzeka, że w żaden sposób nie pasują one do treści, to mi osobiście się podobają. Wciąż czekam niecierpliwie, aż wydawnictwo pokaże nam okładkę Dawcy przysięgi, bo skoro ma ta część być podzielona, to chyba wersje okładkowe będą dwie. Przynajmniej mam taką nadzieję. 

Ameryka, Włochy i Czechy opierają się na grafice stworzonej przez Michaela Whelana i choć nie jest to moja ulubiona okładka, to wydanie amerykańskie w twardej okładce kryje pod obwolutą prawdziwe cudo, które przekonuje mnie do wydania na nią prawie dwustu złotych. Teraz gdy zobaczyłam wydanie chińskie to trochę się waham, bo wolałabym zainwestować w tamto, jednak jest naprawdę ciężko zamówić książkę z Chin do Polski. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić, zanim naprawdę wysmarkam sobie mózg przez nos i będzie mi już wszystko jedno...


Mogłabym napisać do wujka z prośbą o wydanie włoskie - przy okazji: włoski trailer do Drogi królów jest piękny! - jednak nie jestem przekonana do zbierania wszystkich światowych wydań. Szczególnie dlatego, że do Czech mamy niedaleko, amerykańską zapewne zakupię, a nie potrzebuję trzech takich samych okładek na półce. I trzeba wziąć też pod uwagę fakt, że La via dei re wydana była w 2011 roku i na stronach internetowych jest już wykupiona, więc może być z nią drobny problem, dopóki włosi nie zdecydują się na wznowienie. Z tych trzech wydań wciąż jestem najbardziej przekonana do tej z USA i chyba ją sobie kupię, jeśli chodzi o grafikę.

niedziela, 2 kwietnia 2017

NIE JESTEM RECENZENTKĄ

12 komentarzy:
Natknęłam się dzisiaj na felieton jednego z lepszych polskich pisarzy, Jakuba Ćwieka. Dał mi sporo do myślenia na temat tego, kim właściwie w tym całym internecie jestem, jaka jest moja rola i czy nazywanie tego, co wychodzi spod moich paluszków recenzją jest w ogóle poprawne. Kim jest recenzent? Według SJP jest to autor recenzji. Cóż, logiczne w gruncie rzeczy. Zdefiniowanie recenzji przez SJP oznajmia nam, że recenzja jest to fachowe, krytyczne omówienie i ocena np. dzieła literackiego, spektaklu teatralnego, filmu. Pojawia się tutaj już to słowo klucz, które jawnie przekreśla moją rolę w internecie. Zaczynając prowadzić Papierowe Miasta z góry sobie założyłam będę recenzentem i koniec. Teraz, po latach pisania, jestem pełna wątpliwości. Wiem jednak jedno. Na pewno nie jestem recenzentką. 

Mimo tego, że dostaję książki do recenzji moje opinie o książkach nie są w żaden sposób profesjonalne. W dzisiejszych czasach ilość współprac wcale nie przekłada się na jakość danego bloggera, co - niestety - czasami widać w Internecie aż za dobrze. Wciąż czekam, aż większość tych osób zacznie cenić siebie i swój wolny czas. Nie mogę ich krytykować, gdyż te kilka lat temu, gdy Papierowe Miasta dopiero raczkowały, byłam taka sama. Pokazuje to jednak, że wydawcy nie zawsze patrzą na to, czy dana osoba naprawdę się nadaje do promowania ich pozycji, tylko wysyłają swoje nowości jak leci. W momencie, gdy nawiązałam pierwszą współpracę, byłam zaskoczona. Gdybym była osobą, która wybiera bloggerów, kazałabym sobie popracować jeszcze nad długością postów, językiem i - przede wszystkim - zastanowić się nad tym, co chcę przekazać. Skoro żaden wydawca mi tego nie zarzucił musiałam dojść do tego sama i dlatego teraz nie oceniam wartości bloga po ilości książek otrzymywanych do recenzji. Kiedyś trzeba dorosnąć i dojść do tych wniosków co ja: czasami nie warto poświęcać czasu tylko po to, by na półce postawić kolejną książkę, kiedy piętrzy się na niej nieprzeczytany stos i te pozycje, które całkiem niedawno były tak popularne, a teraz ich miejsce zajęły inne, więc trzeba i je zdobyć jak najniższym kosztem. Marketing.

sobota, 1 kwietnia 2017

Zapowiedzi, czyli po prostu muszę mieć // kwiecień 2017

18 komentarzy:
I mamy kwiecień. Rajciu, jak ten czas szybko leci! Dzisiaj jest sobota, w domu posprzątane, okna pomyte, obiad zrobiony, galaretka zaraz wystygnie i trzeba ją włożyć do lodówki, a ja powinnam się uczyć. Kwiecień jednak przywitał nas takim słońcem, że nie wyskrobię z siebie ani odrobiny motywacji do łaciny czy rosyjskiego. Uznałam więc, że dzisiaj jest odpowiednia pora na przegląd stron wydawnictw i zrobienia listy tego, co muszę mieć. Zanim jednak pokażę Wam, co na tej liście się znalazło wspomnieć muszę o promocji, na którą niechcący się natknęłam. Otóż do 09.04 (mam nadzieję, że ta data to nie primaaprilisowy żart ze strony wydawcy!) TUTAJ możecie kupić cudowne, nowiutkie wydania książek Charlesa Bukowskiego o połowę taniej!

Jeśli chodzi o moje kwietniowe plany to z całą pewnością skończę Słowa światłości, Brandona Sandersona oraz zapoznam się z jego serią dla młodzieży, która od jakiegoś czasu stoi u mnie na półce. W ten sposób będę już całkowicie na bieżąco z jego książkami. Planuję też rozpocząć dwie nowe serie: Jeźdźcy smoków z Pern oraz Koło czasu. Może czas pozwoli przeczytać też pierwszy tom Conana Barbarzyńcy, jednak nie mam na to zbyt wielkiej nadziei, jeśli wziąć pod uwagę, że zabiorę się też za Rodzinę O, Postępowanie umorzone, kilka pozycji z tamtego miesiąca i za większość premier, które wpadły mi w oko. A do tego muszę przecież jeszcze studiować i spać. Eh. Czasami życie jest za ciężkie. 

WYDAWNICTWO MAG

To on ma władzę, siłę i bogactwo, ale zapłaci za to własnym życiem.
Gavin Guile jest Pryzmatem, najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Jest cesarzem i najwyższym kapłanem; tylko dzięki jego mocy, sprytowi i urokowi osobistemu możliwe jest utrzymanie kruchego pokoju. Niestety, Pryzmaci nie żyją długo i Guile dokładnie wie, ile mu jeszcze zostało: pięć lat, żeby zrealizować pięć niemożliwych celów. Nagle jednak dowiaduje się, że ma syna, który urodził się w odległym królestwie po wojnie, dzięki której Gavin zdobył władzę. Teraz musi zdecydować, jaką cenę jest gotów zapłacić, żeby utrzymać w tajemnicy sekret, który może zniszczyć świat.

Premiera: 11 kwietnia 2017

piątek, 31 marca 2017

Marzec 2017 oficjalnie miesiącem Sandersona // podsumowanie

28 komentarzy:
Marzec okazał się być miesiącem niepokojąco dobrym. Może nie pod względem ilości przeczytanych książek, jednak ich jakoś zdecydowanie wynagradza wszystko. Pozmieniało się sporo i w moim światopoglądzie, jak i na blogu, co uważam za taki drobny krok w stronę profesjonalizmu, którego mi bardzo brakuje. 😌 Już widzę, że kwiecień pod względem czytelniczym zapowiada się dużo słabiej: prezentacja z angielskiego, z retoryki, zaległe kolokwia... Boże ratuj. W tym miesiącu przeczytałam osiem książek i jeden komiks, co złym wynikiem nie jest, biorąc pod uwagę objętość niektórych z tych pozycji, jednak nie jestem zbyt zachwycona tym wynikiem. 

Pierwszą przeczytaną książką był Książę, Niccolo Machiavelliego. Recenzji na blogu nie ma i nie będzie, gdyż czytałam ją do mojej pracy rocznej z literatury staropolskiej i... wciąż nie zaczęłam jej pisać. Brawo ja! Wiem, że dużo osób ją poleca, jednak ja zachwycona nie byłam i odniosłam wrażenie, że Niccolo ciągle mówi o tym samym i powtarza się jak pory roku. Jak sobie pomyślę, że muszę jeszcze kilka razy po nią sięgnąć to mam ochotę cofnąć się w czasie i przeprowadzić małą akcję o nazwie wysłać Machiavelliego na kurs pisania. Źle nie było, jednak oczekiwałam czegoś niesamowitego. Ale są plusy. Teraz przynajmniej wiem jak rządzić krajem. I upolować jednorożca. Z tym,  że to już dzięki Kazaniom gnieźnieńskim... 

Po Księciu przyszedł czas na Świat według Karla - oczywiście też nie ma recenzji, bo co się będę wysilać niepotrzebnie... - i byłam szczęśliwa z tego powodu. Uwielbiam postać Karla Lagerfelda i żałuję, że nie mam możliwość przeczytania jego autobiografii. To byłoby na pewno ciekawe doświadczenie. Świat według Karla to zbiór jego wypowiedzi na przeróżne tematy i jestem przekonana, że chciałabym poznać tego człowieka osobiście. Pewnie zmierzyłby mnie wzrokiem zza tych swoich czarnych, szpanerskich okularów... Ale warto by było. 💖

środa, 29 marca 2017

Legion + Idealny stan // Brandon Sanderson

10 komentarzy:
Marzec oficjalnie miesiącem Sandersona. Spotkanie z nim w Krakowie, premiera trzech nowych książek... Żyć nie umierać. Kiedy dotarła do mnie wiadomość, że Stan idealny będzie dostępny jedynie w pakiecie byłam trochę zirytowana, gdyż wydawnictwo już obiecało mi przesyłkę Legionu, więc koniec końców skończyłam z dwoma egzemplarzami, jednak czego się nie robi dla Brandona Sandersona? Obie pozycje są niesamowicie krótkie, co akurat nieco dziwi, jak się zna już twórczość tego autora. Cały pakiet wraz z komiksem, Białym piaskiem, przeczytałam jednego dnia, na raz. Czy jestem zachwycona? Nie. Rozczarowana? Nie. Usatysfakcjonowana? Owszem. 

Legion jest opowieścią o Stephenie Leedsie, czyli całkowicie zdrowym psychicznie mężczyzną, któremu w życiu towarzyszą halucynacje. I to właśnie każdy z owych aspektów ma problemy ze sobą i ze światem, nie Stephen. Mężczyzna wykorzystuje ich pomoc w rozwiązywaniu niektórych spraw ludzi, którzy się do niego zgłoszą. W jakiś sposób musi utrzymać wielką rezydencję, w której mieszka on i kilkadziesiąt aspektów, kamerdynera i pokojówkę. Każda z halucynacji jest specjalistą w innej dziedzinie nauki, a Leeds wyrażając chęć nauczenia się czegoś tworzy kolejną. Nie jest łatwe wyobrażanie sobie więcej niż kilku w jednym momencie, dlatego zwykle towarzyszy mu stały zespół. Kiedy zgłasza się do niego kobieta prosząca o pomoc w odnalezieniu aparatu, który robi zdjęcia przyszłości, mężczyzna nie odmawia. Koniec końców jakoś trzeba zarobić.

wtorek, 28 marca 2017

Inwigilacja // Remigiusz Mróz

12 komentarzy:
Zacznę łagodnie. Nienawidzę Remigiusza Mroza. Skoro wszyscy przyswoili sobie już fakty możemy zgłosić do sądu apelacyjnego pozew na wyżej wymienionego człowieka. Zdecydowanie powinno się ograniczyć mu dostęp do wszelkich narzędzi, na których może tworzyć książki, łącznie z patykiem i kałużą błota. Biorąc jednak pod uwagę jego kreatywność sądzę, że udałoby mu się ominąć wszelkie zakazy, należy więc oddać go pod ścisły nadzór całodobowy. Zarzuty? Doprowadzanie niewinnych czytelników do stanu przedzawałowego i wzbudzanie w nich silnych emocji za pomocą ogólnie dostępnych środków. 

Na wakacjach w Egipcie ginie chłopak, który został adoptowany przez małżeństwo, którym nie udało się dorobić własnego potomstwa. Para namiętnie lata do obcego kraju i poszukuje go na własną rękę, jednak bez skutku. Joanna Chyłka jest w siódmym niebie, kiedy kilkanaście lat później na jednym z warszawskich osiedli się odnajduje. Mimo, że adopcyjni rodzice go rozpoznają, sam oświadcza, że nie ma z nimi nic wspólnego i nie jest tamtym zaginionym chłopcem. Posługuje się obecnie muzułmańskim imieniem i nazwiskiem, jest gorliwym wyznawcą islamu, a policja odkrywa w jego mieszkaniu materiały, które aż się proszą do tego, by zrobić z nich bombę i zdetonować ją w publicznym miejscu. Mężczyzna zostaje zatrzymany pod zarzutem planowania zamachu terrorystycznego. 

Do Joanny Chyłki zgłasza się para, która prosi ją, by reprezentowała ich odnalezionego syna w sądzie. Dla ciężarnej kobiety jest to jak wygranie w totolotka. Głośna sprawa, która pozwoli jej na odzyskanie formy i powrót na prawniczy szczyt. Mimo niechęci do obcych narodowości podejmuje się wyzwania. Męczy ją tylko jedna myśl: a może zarzuty postawione jej klientowi wcale nie są fałszywe?

sobota, 25 marca 2017

Droga królów // Brandon Sanderson, czyli książka mojego życia

19 komentarzy:
Właśnie skończyłam czytać Drogę królów, która jakiś czas spędziła na mojej półce ze względów na niecodzienną objętość. Z pewnością już dobrze wiecie, jak bardzo uwielbiam Sandersona, gdyż w żaden sposób tego nie ukrywam. Ba, wręcz się tym szczycę i jestem dumna z tego, że mam taki dobry gust czytelniczy, ot co. Słyszałam, że Archiwum burzowego światła to niesamowita seria, jednak nie potrafiłam dopuścić do siebie myśli, że coś może przebić Ostatnie Imperium, czyli mój ulubiony - do tej pory - cykl Brandona Sandersona. Ze zdziwieniem muszę przyznać, że reszta świata miała rację: Droga króla jest czystym geniuszem i do tej pory serce bije mi tak mocno, że zaczynam obawiać się o to, że nigdy już nie przestanie tak szybko pompować mojej krwi. Właśnie zaprezentowałam jawny przykład melodramatyzmu, ale nie potrafię uspokoić tych uczuć w moim wnętrzu. Burzowa książka.

Kaladin nigdy nie spodziewał się, że tak potoczy się jego życie. Miał zostać chirurgiem i przejąć po ojcu gabinet, poślubić swoją przyjaciółkę, czego potajemnie od niego oczekiwano i spędzić resztę życia w małym miasteczku, które od zawsze było jego domem. Z dala od wojny, niebezpieczeństw i walk. Los jednak ma dla niego całkiem inne plany i chłopiec musi porzucić ratowanie życia dla jego odbierania. Szeth jest skrytobójcą z Shinovaru, Mocowiązcą, Kłamcą. Ma zabijać, takie jest jego zadanie. Nie zadawać pytań, wykonywać rozkazy mimo tego, że każde kolejne odebrane życie jest dla niego ciosem prosto w serce i - gdyby tylko mógł - najchętniej uciekłby jak najdalej od kolejnych panów bez serca, którzy kierują jego życiem.

Shallan pochodzi z rodu arystokratów, jednak teraz - po śmierci ojca - ona i jej bracia są bankrutami z mnóstwem długów na głowie. Dziewczyna - chociaż całe życie chowana była pod kluczem - obmyśla ryzykowny plan na odbudowanie rodzinnej fortuny. Musi tylko zostać uczennicą królewskiej siostry, heretyczki, oświeconej Jasnah. I okraść ją. Dalinar po śmierci brata stał się całkiem inną osobą. Porzucił poprzedni tryb życia, zaczął ściśle przestrzegać kodeksu, którym nikt w amii się już nie kieruje. Jego bratanek jest królem, a on musi ochraniać go za wszelką cenę. Przeszkadzają mu w tym jednak wizję, które nachodzą go podczas burz. Jeden z jego synów uważa, że arcyksiążę traci zmysły i on sam jest bliski w uwierzeniu w to. Coś jednak popycha go do przodu i każe dalej iść tą samą ścieżką. Czas najwyższy zmienić świat, który coraz bardziej zbliża się ku upadkowi. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...