wtorek, 22 sierpnia 2017

Pochodnia w mroku // Sabaa Tahir

3 komentarze:
Wciąż pamiętam moment, gdy Imperium ognia pojawiło się na polskim rynku. Wszyscy z radością rzucili się na tę pozycję. Chociaż zwykle nie myślę nawet o książkach, które nie schodzą czytelnikom z ust, tym razem się skusiłam i byłam naprawdę zadowolona z tego, co otrzymałam. Szybko zaprzyjaźniłam się z bohaterami i przyzwyczaiłam się do świata. Dużo czasu minęło od premiery pierwszego tomu, więc gdy zobaczyłam zapowiedzi kontynuacji byłam naprawdę szczęśliwa. Spodziewałam się, że wezmę Pochodnię w mroku do rąk, usiądę i nie wstanę do momentu, gdy dojdę do ostatniej strony. Coś jednak poszło nie tak i albo ja jestem już za stara na tego typu literaturę albo Sabaa Tahir poszła w złym kierunku.

Eliasowi i Lai udaje się uciec z Serry, jednak nie są bezpieczni i za szybko nie będą. Ścigani przez wojańskich żołnierzy zmierzają w stronę najbardziej strzeżonego więzienia Imperium. Muszą uwolnić brata dziewczyny, który jest jej ostatnim żyjącym krewnym i nadzieją na wolność Scholarów. Ich twarze są znane teraz w całym kraju, a ich tropem podąża zdeterminowana Komendantka i zagubiona Helena, najlepsza przyjaciółka Eliasa, która musi udowodnić swoją lojalność imperatorowi przynosząc głowę mężczyzny, którego kocha od zawsze.

Myślałam, że tak jak w przypadku Imperium ognia od samego początku wciągnę się w całą akcję, jednak odniosłam wrażenie, że Pochodnia w mroku została napisana wyłącznie po to, by stanowić wstęp do tomu trzeciego. To częste w przypadku serii, że część druga jest najgorsza, jednak poczułam się zawiedziona.  Fabuła pędzi do przodu i ciągle się coś dzieje, a ja wynudziłam się jak mops przez większą część książki. Zauważyłam, że powieści młodzieżowe nie są już dla mnie - starość nie radość - acz miałam cichą nadzieję, że skoro pokochałam tom pierwszy tym razem uda mi się jakoś obejść mój gust. Nic z tego.

piątek, 18 sierpnia 2017

naciągany TBR // 7ReadUp

14 komentarzy:
Jak widzicie ostatnio czytanie idzie mi bardzo opornie, dlatego też kiedy zobaczyłam, że Martha Oakiss - obecnie Wybredna Maruda - po raz kolejny organizuje 7ReadUp, czyli maraton czytelniczy, zebrałam się w sobie i postanowiłam, że wezmę udział. A co! Tym razem trwa on od poniedziałku (21.08) do niedzieli (27.08), a zadania do wykonania są całkiem ciężkie. Ja, jak to ja, zdecydowałam się na wersję z wyzwaniami, gdzie oprócz uzbierania stosiku o wysokości siedmiu centymetrów trzeba przeczytać książki dopasowane do poszczególnych kategorii, które w tej edycji są losowymi słowami ze słownika. Dzięki, Marta! Zdecydowanie ułatwiasz nam wszystkim życie. Dopasowanie książek do wyrazów było strasznie ciężkie i bardziej naciągnąć się tego nie dało. Ale kto mi zabroni przyjemności nadinterpretacji?

Wybrałam cztery książki i mam nadzieję, że uda mi się je przeczytać. Kiedyś byłoby to dla mnie nic wielkiego, jednak teraz nie mam ochoty siedzieć w domu i czytać, a książki, na które trafiam, w tym mi nie pomagają, więc moja czytelnicza wydajność jest równa zero i pół. Planuję jednak - już drugi miesiąc planuje - wziąć się do roboty i mam nadzieję, że 7ReadUp mi w tym pomoże. Jeśli nawet to nie zmotywuje mnie do czytania będę chyba musiała powiesić na blogu karteczkę z napisem zamknięte do odwołania, bo te pustki mnie przerażają. Nie pytajcie, czym kierowałam się dobierając książki do kategorii. Układałam to kilka dni temu i sama nie jestem w stanie tego sprecyzować. 

wtorek, 15 sierpnia 2017

PRZEDPREMIEROWO: Przeczucie // Tetsuya Honda

7 komentarzy:
Mimo ściśle określonej listy książek do przeczytania czasami nie udaje mi się oprzeć pokusie i w taki sposób stosik zamiast maleć - rośnie. Tym razem również nie umiałam powiedzieć nie i przejść obojętnie obok tej powieści. Jako fanka kryminałów i kultury japońskiej od razu z radością przyjęłam propozycję i wyczekiwałam listonosza. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, gdyż japońska literatura jest bardzo specyficzna i zdarzają się chwile, gdy nie jestem w stanie objąć jej rozumem. Nie mogę jednak ukryć tego, jak bardzo byłam podekscytowana w momencie, gdy wzięłam Przeczucie do ręki. Szybko okazało się jednak, że cesarz japońskiego kryminału nie podbił mojego serca...

Reiko Himekawa jak na swój wiek osiągnęła bardzo dużo w tokijskiej policji. Nie było to łatwe w tej męskiej społeczności, która stawia przede wszystkim na twarde dowody. Reiko zaś często ufa swojej intuicji, która rzadko kiedy zawodzi, jednak kuje w oczy wszystkich zazdrosnych mężczyzn stojących niżej od pani komisarz. Kiedy niedaleko zbiornika wodnego i parku przypadkowa kobieta znajduje worek o znaczącym kształcie Reiko już wie, że nic tutaj nie jest przypadkiem i z radością rzuca się w wir poszukiwania mordercy. Jako wsparcie dla kobiety zostaje przypisany Katsumata - mężczyzna depczący ją na każdym kroku - jednak nawet to nie jest w stanie przysłonić jej celu. Złapać sprawcę. To jedyne, o czym jest w stanie myśleć.

środa, 9 sierpnia 2017

Zgromadzenie cieni // V.E. Schwab

7 komentarzy:
Nawet nie wiecie ile radości przyniosło mi skończenie tej książki! Podobnie jak w przypadku Mroczniejszego odcieniu magii ciężko było mi wczuć się w akcję, jednak Zgromadzenie cieni rozczarowało mnie przeokropnie. Zaczynałam lekturę z naprawę pozytywnym nastawieniem, a męczyłam z miną wyrażającą cierpienie tak dogłębne, że chyba jedynie człowiek pozbawiony możliwości ucieczki by to zrozumiał. Na szczęście udało mi się jednak przebrnąć przez te pierwsze - okropnie nudne! - czterysta stron i doczekać chwili, gdy zaczęło się coś dziać. 

Cztery miesiące minęły od ostatnich wydarzeń, które wstrząsnęły życiem ludzi w każdym z trzech Londynów. Teraz rodzina królewska nie spuszcza Kella z oczu, całkowicie utracił swoją swobodę i czuje się z tym okropnie. Dodatkowo męczą go okropne wyrzuty sumienia, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Doskonale wie, że wszystko, co mu się przydarzy, dotknie też jego brata, Rhya. Następca tronu spoważniał, acz nie przestał narażać się na niebezpieczeństwo - jego też ciągle ścigają demony przeszłości. Zbliżają się Igrzyska Żywiołów, a książę ma pewien plan, związany z owym międzynarodowym turniejem.

Lila jest w końcu wolna. Udało jej się uciec i ma możliwość przeżywania kolejnych przygód. Nie zapomniała jednak o Kellu, który czai się gdzieś na obrzeżach jej podświadomości. Podróżuje teraz na statku pirackim i uczy się magii, jednak jej życie nie może być zbyt proste. Bard ma talent do pakowania się w kłopoty, a moment, w którym Alucard Emery - kapitan statku - informuje ją, że płyną do Londynu na Igrzyska Żywiołów sprawia, że w jej głowie od razu pojawia się pewien pomysł... 

niedziela, 23 lipca 2017

Amerykańscy bogowie // Neil Gaiman

17 komentarzy:
Neil Gaiman to autor, którego wciąż poznaję. Amerykańscy bogowie to piąta jego książka, którą przeczytałam, a mimo to dalej czuję się jakbym dopiero zaczynała z nim przygodę. Pierwszy raz zetknęłam się z czymś takim i mam spory problem ze skondensowaniem moich myśli. Latają gdzieś swobodnie i nie mają zamiaru dać się zamknąć w sztywnych ramach. Gaiman ma to do siebie, że nie da się go po prostu opisać, ująć w słowa. Gdyby ktoś kazał mi nagrać filmik o tej powieści... Wyrzuciłabym ją przez okno.

Cień spędził w więzieniu trzy lata właśnie zbliża się dzień, kiedy ma opuścić raz na zawsze jego mury. Im bliżej wyjścia tym większy niepokój odczuwa mężczyzna. Dwa dni przed dniem zero zostaje poinformowany, że wychodzi szybciej. Informacja, którą wtedy otrzymuje, sprawia, że grunt usuwa mu się spod nóg, jednak Cień ma w sobie sporą dawkę samokontroli, która pomaga mu zebrać się w sobie i opuścić mury więzienia. W drodze do domu spotyka pana Wednesdaya, który z góry oferuje mu bardzo dobrze płatną pracę. I nie płaci mu za zadawanie pytań...

Kiedy zaczynałam czytać Amerykańskich bogów nie wiedziałam o tej książce nic. Nigdy nie czytam opisów z tylnej okładki i unikam jak ognia jakichkolwiek informacji o fabule. Cieszę się, że mogłam zacząć lekturę z czystą kartą i dobrze Wam radzę - podejdźcie do sprawy tak samo jak ja i darujcie sobie opis wydawnictwa. Wtedy poczujecie się zaskoczeni milion razy więcej, niż gdybyście nie posłuchali mojej rady. Siedziałam sobie spokojnie w poczekalni do okulisty i nagle moje serce zostało złamane na tysiące kawałków już na pierwszych stronach. Nie mogłam się po tym pozbierać, a owa informacja jest bezczelnie podana z tyłu Amerykańskich bogów. Zapamiętajcie moje ostrzeżenia. Po pierwsze: Gaimana czyta się nic o Gaimanie nie wiedząc. A po drugie: nie zaczynajcie tej książki w poczekalni do lekarza.

piątek, 7 lipca 2017

Wiecznie głodny? // dr med. David Ludwig

6 komentarzy:
Lubię jeść. Gdybym mogła jadłabym ciągle i ciągle, bez końca. Mam też jednak w sobie samozaparcie, które nie pozwala mi na to. Od jakiegoś czasu staram się odżywiać zdrowo, a dieta białkowo-tłuszczowa weszła mi już w krew i pozbyłam się ciągłej ochoty na węglowodany i cukier. Zainteresowanie całym tym trybem życia rozwinęło się we mnie na dobre, dlatego książkę Wiecznie głodny? przygarnęłam z ogromnym uśmiechem na ustach, chociaż skierowana jest raczej dla osób naprawdę otyłych, które mają problemy z pozbyciem się nadwagi. Uznałam jednak, że niektóre z tych wskazówek mogę wprowadzić do swojego własnego jadłospisu.

Autor tej książki to nie jest jakiś przypadkowy mężczyzna, który postanowił sobie, że wymyśli całkiem nową dietę by sobie zarobić. David Ludwig podjął się kompleksowych badań na temat otyłości i wyniósł z nich sporo wniosków, które przedstawia nam w swojej książce Wiecznie głodny?. Zanim przechodzi do dokładnych instrukcji przytacza eksperymenty i ich wyniki, informuje nas skąd się wszystko wzięło, dlaczego tak, a nie inaczej. Początkowo wydawało mi się, że nie będzie to zbyt ciekawa lektura, jednak bardzo szybko pochłonęłam całość w większości przypadków zgadzając się z Ludwigiem. Moja codzienna dieta bardzo przypomina tą proponowaną przez niego, więc utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że to nie jest tylko stek bzdur. 

wtorek, 4 lipca 2017

Naprawdę dobry miesiąc // podsumowanie // czerwiec 2017 + zapowiedzi

9 komentarzy:
I już koniec czerwca. Ten czas zdecydowanie za szybko leci. Czerwiec to mój zdecydowanie ulubiony miesiąc, mimo tego, że mam wtedy urodziny i zawsze jest to najgorszy dzień w roku. Planów czytelniczych nie udało mi się do końca zrealizować, ale jak na jeżdżenie między Krakowem, Bieszczadami i pobyt w Warszawie to udało mi się przeczytać naprawdę dużo. A co ważniejsze: większość tych książek to coś niesamowitego. Miłe odbicie się od czytelniczego dna. Dodatkowo skończyło mi się też miejsce na półkach. Tak już naprawdę, ani jedna się nie wciśnie. Gorzej, że na nowe regały też już miejsca nie mam. Tonę w książkach! Najwyższy czas szukać męża z dużym metrażem. To będzie plan na lipiec.

Czerwiec zaczęłam od cudownej i niezastąpionej Szeptuchy. Nie da się ukryć, że to jedna z lepszych książek tego miesiąca. Nie wytrzymałam i przeczytałam również Noc Kupały oraz Żercę. Cały cykl Kwiat paproci szczerze Wam polecam i nie mogę już doczekać się kontynuacji. Tak bardzo chcę już ją przeczytać! Katarzyna Berenika Miszczuk pisze książki niesamowite, które na długo zostają w pamięci. Następnie zabrałam się za dwie pozycje z wyzwania czytelniczego Rory Gilmore. 451 stopni Fahrenheita od razu podbiła moje serce. Ray Bradbury napisał książkę ponadczasową tak bardzo, że wcale nie dziwi mnie fakt, jak ciężko dostać ją na polskim rynku i po jakich kosmicznych cenach chodzi. Na szczęście w planach MAGa pojawiło się wznowienie, więc kiedyś będę mogła postawić tę perełkę na swojej półce nie wydając na nią majątku.

Drugą książką z wyzwania jest Kto zabrał mój ser?, czyli pozycja mająca zmotywować do zmiany swojego życia i sposobu myślenia. Jest to chyba już klasyk w tym gatunku i całkiem mi się podobała, chociaż nie wprowadziłam owych zasad w życie. Chyba jeszcze nie jestem gotowa na coś takiego. Kiedyś pewnie do tej książki wrócę i postaram się coś zmienić.

Podczytuję sobie również Conana Barbarzyńcę. Mam zbiorcze wydanie, więc przeczytałam na razie tylko cztery opowiadania, bo ta książka jest bardzo nieporęczna. To takie bardzo typowe fantasy i naprawdę mi się podoba, chociaż moja edycja opowieści jest trochę nie po kolei i tak rozrzuca mnie po różnych latach życia Conana, ignorując jakąkolwiek chronologię. No cóż. Może tak po prostu miało być. Planem na wakacje jest skończyć ten zbiór, więc mam nadzieję, że w lipcu przeczytam trochę większą część Conana.

czwartek, 29 czerwca 2017

1461 dni

15 komentarzy:
Obudziłam się dzisiaj rano bez żadnych specjalnych planów. Jak codziennie pierwsze, co zrobiłam, to sprawdzenie instagrama, snapchata i fejsbuka. I właśnie ten ostatni zarzucił mi wspomnieniem: cztery lata temu powstały Papierowe Miasta! Trzeba przyznać, że zapomniałam. Ten blog to moje male miejsce w internecie i chociaż bywało, że zastanawiałam się nad skończeniem tej - pożal się Boże! - kariery pisarskiej to nie wyobrażam sobie tego. Teraz minęło już tych kilka lat i jestem pewna, że Papierowe Miasta będą istniały jeszcze bardzo długo. Przyznam, że kusiło mnie rozbudowanie trochę tematyki, jednak nie wiem, czy odchodzenie czasami od książkowości to dobry pomysł. Tak czy inaczej dzisiaj - z okazji czterech lat istnienia Papierowych Miast - mam dla Was spis książek mojego życia!

Zapewne w ogóle nie zdziwi Was moja miłość do Arthura Conana Doyle'a i Sherlocka Holmesa. Odkąd przeczytałam wszystkie opowiadania i pooglądałam serial z Benedictem Cumberbatchem i am sherlocked w stu procentach. Zbieram nawet pojedyncze części w różnych wydaniach i językach i różne przedmioty z Sherlockiem związane. W maju ubiegłego roku pokazywałam Wam nawet niektóre [tutaj], co przypomina mi, że najwyższy czas na mały update. Może tym razem skupimy się całkowicie na zbiorze moich sherlockowych książek, ignorując ogromną liczbę pierdółek, które posiadam? → Sherlock Holmes: tom 1, tom 2, tom 3

Kolejną książką mojego życia jest Lolita. Nie uświadczycie na moim blogu recenzji tej pozycji. Zwyczajnie nie jestem w stanie jej napisać. Doskonale pamiętam dzień, kiedy dostałam tę książkę w prezencie. Od razu zaczęłam ją czytać i zakochałam się. Minęło już trochę czasu, a ja nie potrafię zebrać się do innych książek Nabokova. Zwyczajnie się boję, że się zawiodę, takie po Lolicie mam wysokie oczekiwania. Zdaję sobie sprawę z tego, że ta książka wzbudzała i wzbudza spore kontrowersje, jednak moje podejście do tej historii jest bardzo specyficzne i postać Dolores irytowała mnie swoim zachowaniem, a tym pokrzywdzonym w tym związku jest Humbert. Jeśli nie macie ochoty czytać Lolity zdecydowanie polecam Wam też film z 1997 roku. Wielbię. 

Ojciec chrzestny, Mario Puzo, to pozycja, którą czytałam przeszło rok temu, a do tej pory wspominam mając ciarki na całym ciele. Nie jestem w stanie wypunktować, co - oprócz Dona Corleone - pokochałam tak mocno, jednak kupiłam sobie nawet figurkę Funko, która przedstawia Vita. W moich planach na te wakacje jest przeczytanie Sycylijczyka, jednak gdzieś tam pod skórą czuję, że to już nie będzie to samo. Mam nadzieję, że może znajdę też czas na odświeżenie sobie Ojca bo to coś tak niesamowitego, że w moich głęboko ukrytych pragnieniach jest być kimś ważnym w mafii i bycie córką chrzestną, bo na matkę jestem jeszcze za młoda. 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

To Be Read: holiday edition

15 komentarzy:
W całym internecie pojawiło się mnóstwo wakacyjnych planów ludzi czytających. Postanowiłam nie być gorsza i wybrałam ze swojej biblioteczki dość sporą ilość książek, które chciałabym w te kilka miesięcy przeczytać. Sezon wydawniczy dobiegł końca, egzemplarzy recenzenckich będzie tyle, co kot napłakał, więc to idealna pora na nadrabianie tego, co zalega na półkach i buszowanie w bibliotece. Zrobiłam sobie małą listę i zaraz biegnę do mojej ulubionej wypożyczalni po to, czego się jeszcze nie dorobiłam. Początkowo planowałam wybrać maksymalnie dziesięć pozycji, jednak wyszło jak zawsze. Przyznam, że lubię te wakacyjne wakacje od pracy recenzenta i bieganie po bibliotece. Kto by tam zwracał uwagę na nowości, skoro tyle cudownych perełek jeszcze nie przeczytanych?!

  • Conan Barbarzyńca // Robert E. Howard
  • Krew elfów // Andrzej Sapkowski 
  • Śniadanie u Tiffany'ego // Truman Capote // ★★★★★★
  • Mroczna Wieża. Roland // Stephen King
  • Raj utracony // John Milton
  • Mistrz i Małgorzata // Michaił Bułhakow
  • Lassie, wróć! // Eric Knight // ★★★★★
  • Badyl na katowski wór // Alan Bradley // ★★★★★

niedziela, 25 czerwca 2017

Kości skryby // Brandon Sanderson

6 komentarzy:
Bardzo czekałam na kontynuację Piasku Raszida. Brandon Sanderson to jeden z moich ulubionych autorów, więc wszystko, co nowe, szybciutko trafia na moją półkę. Nie mogłam się doczekać chwili, gdy powrócę do przygód tego specyficznego chłopca, jakim jest Alcatraz Smedry. Nie sądziłam, że lektura Kości skryby zajmie mi tyle czasu. Być może nie miałam odpowiedniego humoru i to przeszkadzało mi w czytaniu, jednak nie pochłonęłam tego tomu na raz, jak pierwszego. Mimo to nie zawiodłam się. Sanderson wciąż w formie. 

Alcatraz Smedry - tak, z TYCH Smedrych - w końcu ma znaleźć się w kraju swoich przodków, gdzie jego talent do psucia nie będzie czymś, co się potępia. Wręcz przeciwnie. Oczekiwanie na dziadka zawsze jest ryzykowne - starszy pan zawsze się spóźnia - tym razem jednak nie jest to działaniem jego umiejętności. Kiedy udaje mu się uciec z lotniska przed Bibliotekarzami dowiaduje się, że dziadek Smedry wyruszył do biblioteki Aleksandryjskiej, jednego z najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie. Alcatraz odważnie postanawia uratować swojego krewnego, a przy okazji dowiedzieć się, co stało się z jego ojcem...

Tak czy inaczej, często żałuję, że tym dwóm grupom - dorosłym i dzieciom - nie udaje się lepiej porozumieć. Mogłyby zawrzeć jakiś traktat czy coś. Największy problem w tym, że dorośli dysponują jedną z najskuteczniejszych strategii rekrutacyjnych na świecie. Wystarczy dać im odpowiednio dużo czasu, a zmienią każde dziecko w jednego ze swoich.

Nie mogłam bardzo długo wbić się w Kości skryby i byłam tym faktem bardzo przerażona. Koniec końców to Brandon Sanderson - najlepszy autor fantastyki na calutkim świecie! - a pierwszy tom tego cyklu podobał mi się niesamowicie. Szybko odnalazłam problem. W tej części humoru jest aż za dużo. Przytłacza on i nie daje się skupić na akcji. Chociaż kocham tego autora za wszystkie żarty tutaj przesadził z ich ilością. Są sprawy, z których nie powinno się żartować i chociaż te zabiegi okazały się ciekawe to czułam się trochę nie na miejscu z tym wszystkim. Pewnie gdybym miała lepszy humor bawiłabym się świetnie.

niedziela, 18 czerwca 2017

Siedem powodów, by nie czytać Mroza

35 komentarzy:
Czy jest tu osoba, które nie słyszała o Remigiuszu Mrozie? Od jakiegoś czasu jest o nim bardzo głośno, a jego książki czytają nawet osoby, które szerokim łukiem omijają polskich autorów. Spokojnie mogę powiedzieć, że czytałam Mroza zanim stało się to modne, jednak dzisiaj czas stanąć twarzą w twarz z prawdą i ostrzec wszystkich, którzy jeszcze pierwsze spotkanie z tym człowiekiem mają przed sobą. Nie dajcie się zwieść tej fali popularności, pozytywnym recenzjom i samym pochwałom! 

Powód pierwszy. Remigiusz Mróz za dużo pisze - a jeśli będziesz chciał mieć wszystkie jego książki pozostanie zmiana pracy na lepiej płatną lub zrezygnowanie z innych książkowych zakupów. Twoje konto w banku zostanie dosłownie zamrożone. 

Powód drugi. Będziesz ciągle chodził w żałobie. Żaden bohater nie jest bezpieczny, a zbyt duża ilość łez grozi odwodnieniem. Bardzo niebezpieczne, szczególnie w upały.

Powód trzeci. Zwroty akcji zaskoczą Cię tyle razy, że nabawisz się paranoi i nawet w bajkach dla dzieci będziesz dostrzegał zagrożenie. Nigdy też już nie otworzysz obcemu drzwi i pobiegniesz robić pozwolenie na broń.

piątek, 16 czerwca 2017

Koralina // Neil Gaiman

4 komentarze:
Po latach w końcu miałam okazję powrócić do pierwszej książki Neila Gaimana, jaką w życiu czytałam. Do tej pory pamiętam, jakie emocje we mnie wywołała i jak bardzo byłam przerażona podczas lektury. Gaiman stworzył króciutką historię, która jest tak niesamowita, że mrozi krew w żyłach. Nie tylko dziecka, jak się okazało. Czytając po raz kolejny Koralinę miałam podobne odczucia. Ucieszyłam się, że to wznowienie się pojawiło, gdyż nie miałam tej pozycji na półce, a ta nowa okładka, autorstwa Crayona, podbiła moje serce. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że te poprzednie edycje Koraliny również są piękne i chyba jeszcze jakaś wyląduje na mojej półce.

Koralina wraz z rodzicami przeprowadza się do nowego domu. Jest bardzo ciekawską dziewczynką, a rodzice nie mają dla niej w ogóle czasu, więc postanawia zwiedzić nowe miejsce zamieszkania i okolicę. Poznaje pozostałych mieszkańców budynku, liczy drzwi i okna. Odkrywa też, że za drzwiami, za którymi znajdowała się wcześniej ściana z cegieł jest tajemnicze przejście. Postanawia je zbadać. Po drugiej stronie znajduje się taki sam dom i - pozornie - tacy sami ludzie. Koralina jednak szybko dostrzega różnice, a jej drudzy rodzice są idealni. Przynajmniej za takich chcą uchodzić. Dziewczynka patrząc w ich oczy z guzików decyduje się na powrót do swojej własnej rzeczywistości. Nie ma zamiaru zostawać w tym świecie, nieważne, jak bardzo próbuje się ją skusić. Niestety - okazuje się, że prawdziwi rodzice jej nie uratują przed koszmarami z drugiej strony. To ona musi pomóc im. 

Kiedy się boisz, ale i tak coś robisz, to wymaga odwagi.

Koralina jest bardzo dojrzałą dziewczynką, jak na swój wiek. Zapewne przez to, że rodzice nie mają dla niej czasu i musi często radzić sobie sama. Mimo to widać w niej dziecięcego ducha i zdarza jej się robić rzeczy całkiem nieodpowiedzialne i nieodpowiednie. Gaiman idealnie wyważył w niej dorosłość, nie zabierając przy tym pierwiastka dziecka. Łatwo było się z nią utożsamić, chociaż osobiście nie przeszłabym przez te drzwi. Zwyczajnie bym się bała. Widocznie jestem już za stara na jakiekolwiek przygody. A wszyscy mi powtarzają, że nie mam instynktu samozachowawczego i zawsze pakuję się w kłopoty. Powinni przeczytać Koralinę.

wtorek, 13 czerwca 2017

Hervé Tullet

6 komentarzy:
Jakiś czas temu miałam możliwość przejrzeć większość angielskich wydań książeczek dla dzieci Hervé Tulleta. Byłam zachwycona, mimo mojego wieku. Przez głowę przeszła mi myśl, że chciałabym kilka posiadać, jednak cena tych zagranicznych edycji jest po prostu - według mnie - za wysoka, jak na objętość i zawartość tych książek. Chociaż ta świecąca w ciemności bardzo mocno mnie kusiła... Kiedy dowiedziałam się o polskiej premierze pięciu pozycji z tej serii, skakałam z radości. 

Co jest takiego niezwykłego w książeczkach Hervé Tulleta, że zaintrygowały mnie, prawie dwudziestojednoletnią osobę? Autor nie pisze historii, które się czyta, a później odkłada na półkę. Nie tworzy ilustracji, które się obejrzy i za chwilę o nich zapomni, bo pojawią się ładniejsze. Hervé Tullet wymyśla książki, które równocześnie uczą i bawią - nie tylko dzieciaki. Można je z całą pewnością nazwać interaktywnymi. Zabawa w oczka to tak prosty projekt, że dziwi mnie fakt, że na rynku książeczek dziecięcych nie ma ich mnóstwo. Czytelnik może tutaj zmieniać się w kota, kosmitę, chłopca, dziewczynkę czy też robota przez zwykłe przyłożenie Zabawy w oczka do twarzy. Ilustracje w środku są bardzo żywe, pobudzające wyobraźnię. Na pewno szybko się nie znudzą, a bawić się tym może naprawdę każdy.

Na podobnej zasadzie działa Paluszkowa olimpiada. Rysujemy oczka i uśmieszek na paluszku dziecka i pozwalamy mu wziąć udział w kilku sportowych konkurencjach, gdzie jego palec musi się wykazać. Można skakać na trampolinie, skakać wzwyż czy podnosić ciężary, żeby na końcu dowiedzieć się, jakimi wspaniałymi mistrzami jesteśmy. Koniec końców trzeba dzieciom podnosić samoocenę i pewność siebie, a ta książeczka to wspaniały pomysł na to. Przyznam, że sama się trochę tutaj pobawiłam i daję Wam gwarancję, że warto. Nawet ja poczułam się lepiej wygrywając te wszystkie zawody.

Moim ulubieńcem została Gra cieni, co w sumie ani trochę mnie nie dziwi. Jest to cała czarna książeczka, w której każda strona została wycięta w taki sposób, że rzuca na ścianę cienie. Nie takie proste, typu szczekający piesek, a takie, które pozwalają odpowiedzieć na pytania, które są zadane obok każdego szablonu. Zdecydowanie najbardziej podoba mi się samotny wilk.

sobota, 10 czerwca 2017

cykl Kwiat paproci // Katarzyna Berenika Miszczuk

10 komentarzy:
Jest coś, czego o mnie nie wiecie. Wielbię twórczość Katarzyny Bereniki Miszczuk. Czas jednak wyjść spod łóżka i się do tego przyznać. Już dawno miałam moje pierwsze spotkanie z tą autorką i jej styl pisania został mi głęboko w pamięci. Zawsze jednak coś sprawiało, że gdy pojawiała się jakaś nowa książka w jej dobytku było nam nie po drodze. Udało mi się zebrać i postanowiłam, że czas najwyższy zabrać się za trzy pierwsze części Kwiatu paproci, które kusiły mnie od jakiegoś czasu. Początkowo nie miałam zamiaru czytać całości na raz, jednak... No cóż. Tak wyszło.

Gosława - dla przyjaciół Gosia - właśnie skończyła studia medyczne. Gdyby Mieszko I zdecydował się te setki lat temu na przyjęcie chrztu zapewne od razu zostałaby umieszczona na jakiś praktykach w szpitalu. Nic z tego. Zanim będzie mogła ostatecznie wybrać swoje powołanie musi odbyć roczny staż u jakiejś szeptuchy, która często używa ziół i leczy ludzi nie tylko nimi, ale też dobrym słowem i magicznymi przedmiotami. Gosia jednak nie wierzy w te wszystkie słowiańskie zabobony, a konieczność wyjechania na jakąś wieś na cały rok - przecież tam są kleszcze! - jest dla niej istnych horrorem. Wyjeżdża do świętokrzyskiej wsi o nazwie Bieliny, z której pochodzi jej matka. Okazuje się jednak, że może te wierzenia nie są takie bezpodstawne, a na Gosię czeka jeszcze niejedna niespodzianka ze strony słowiańskich bogów...

Żył w przeświadczeniu, że każdy powinien wierzyć w to, na co ma ochotę, nieważne, jak bardzo niedorzeczna jest to wiara.**

Katarzyna Berenika Miszczuk wpadła na genialny pomysł i przedstawiła nam alternatywną wersję naszej rzeczywistości. Jak żylibyśmy w XXI wieku, gdyby Mieszko I nie przyjął chrztu? Wszystko rozwinęło się w bardzo ciekawy sposób i przyznam, że zainteresowałam się tymi słowiańskimi wierzeniami, które w pewien sposób są bardzo przerażające. Religia Słowian to coś, czemu na pewno przyjrzę się bliżej. Nie wpadłabym na to wcześniej i cieszę się, że ten cykl otworzył mi na nią oczy. Codzienność Gosi tak naprawdę nie różni się aż tak bardzo od tej naszej, co mnie trochę zaskoczyło. Spodziewałam się społeczeństwa lekko opóźnionego w rozwoju niż to, w którym żyję, i zostałam mile zaskoczona. Świat Szeptuchy jest po prostu czymś niesamowitym i warto chwycić za ten cykl już choćby tylko dla niego.

niedziela, 4 czerwca 2017

PRZEDPREMIEROWO: Inwazja // Wojtek Miłoszewski

10 komentarzy:
Kiedy dostałam propozycję egzemplarza recenzenckiego Inwazji początkowo miałam zamiar odmówić. Przekonało mnie jednak to, że wydawnictwo zdecydowało się zaproponować mi tę książkę, gdyż czytałam Parabellum, Remigiusza Mroza. Doszłam do wniosku, że w takim razie musi być to coś wartego uwagi. Właśnie z taką myślą zasiadłam do lektury, jednak szybko Mróz wyparował mi z głowy. Inwazja to pozycja o tym, co naprawdę może się zdarzyć i to w całkiem niedalekiej przyszłości. I to jest bardziej przerażające niż wszelkie wampiry, wilkołaki czy zombie. Świecie, proszę. Nie idź w tym kierunku.

2017 rok. Rosja czeka tylko na pretekst, by rzucisz swoje wszystkie siły na Polskę, poszerzyć swoje terytoria i zdobyć jeszcze większą władzę. Napięcie czuć wszędzie. Danuta żyje w ciągłym strachu i to wcale nie z powodu nadchodzącej wojny. Uciskana jest przez despotycznego ojca, który skupia się jedynie na powiększaniu swojego bogactwa. Musi zaciskać zęby, tolerować upokorzenia i robić wszystko, czego sobie mężczyzna zażyczy. Uspokaja ją obcowanie z kwiatami, z których znana jest ich firma. Jednak staremu Wojnarowiczowi nie można odmówić przedsiębiorczości. Ma nowe plany, a jego córka nie ma prawa głosu. 

Roman Gurski uczy nurkowania w Egipcie. Wiedzie mu się całkiem nieźle, ma piękna, młodą dziewczynę i wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku. Mężczyzna jednak nie potrafi poradzić sobie z przeszłością i wyrzucić z pamięci miłości swojego życia. Jego myśli coraz częściej uciekają w kierunku samobójstwa. Czas jednak wrócić do kraju i dać się jak najszybciej zabić w obronie Polski. Michał ma okropny problem. Jego żona straciła pracę, a on sam zarabia obecnie marne grosze. Na utrzymaniu ma jeszcze dwójkę dzieci, które ciągle czegoś potrzebują. Kredyt, który kiedyś spłacali bez żadnego problemu stał się gwoździem do trumny. Szybko okazuje się jednak, że brak funduszy to ich ostatni problem. Wybucha wojna. A wojna nie zna litości.

piątek, 2 czerwca 2017

Młody // Magdalena Kozak

2 komentarze:
Uwielbiam wampiry. Naprawdę. Mogę z ręką na sercu przyznać, że to - obok aniołów - moje ulubione istoty nadnaturalne. Pewnie to spaczenie zostało mi po fascynacji Zmierzchem, chociaż błyskotliwy - dosłownie - Edward to tylko obok wampira leżał. Trochę czasu musiało minąć, nim zdecydowałam się zaryzykować i sprawdzić co tam słychać u takich prawdziwych przedstawicieli gatunku. Teraz można powiedzieć, że mam niezłe doświadczenie w dziedzinie wampirologii i żałuję, że tak się oddaliłam od typowych paranormalnych powieści. Chyba muszę wcisnąć w mój napięty grafik coś z książek mojej młodości. Może Jak poślubić wampira milionera? albo Mrocznego kochanka? Obie te pozycje wydają się być bardzo na czasie i ich ponowna lektura będzie z pewnością pouczająca...

Postanowienie, by przeczytać Młodego było czymś bardzo spontanicznym. Pobieżnie przeczytałam opis, wyłapałam słowo klucz i w ten sposób skończyłam z czwartym tomem cyklu. Chyba. Wciąż nie jestem w stanie połapać się w tej kolejności. Niby trzymam w ręce pierwszy tom Tajnych akt Vespera, a tu się nagle okazuje, że - równocześnie! - kolejny Wampirów w ABW. Swoją drogą: biję brawo za nazwanie tak serii. Nie da się obok przejść obojętnie. Wampir, a równocześnie tajny agent. Niesamowitość sama w sobie!

Vesper został Lordem. I mogłoby się wydawać, że jego wszystkie problemy właśnie się skończyły. Nic bardziej mylnego. Na jego głowę spadają same obowiązki. Musi wykarmić swój Ród, zdobyć pieniądze na wyposażenie i miejsce zamieszkania, a na dodatek dogadać się z pozostałymi Lordami i nawiązać z nimi współpracę. Wszyscy oni mają już setki lat doświadczenia i wcale nie zamierzają miło przywitać nowego w swoim gronie. Są jednak tacy, którzy domagają się istnienia Rodu Inanitów. Tych, którzy nie popierają żadnej ze stron, którzy nie są ani dobrzy, ani źli. Szybko okazuje się jednak, że są potrzebni bardziej, niż wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka. Cała wampirza społeczność jest zagrożona.

środa, 31 maja 2017

Dużo kiepskich książków // podsumowanie // maj 2017 + zapowiedzi

20 komentarzy:
Zrobiłam to. Serio. W końcu uciekłam tej czytelniczej niemocy i wróciłam na stare tory. Ale, ale. Idealnie być nie może. Chociaż ilość przeczytanych książek jest więcej niż zadowalająca, to ich jakoś woła o pomstę do nieba. Nic mnie porządnie w tym miesiącu nie zachwyciło, chociaż przecież był Mróz, był Sanderson. Domyślam się jednak, że czerwiec będzie dużo lepszy pod tym względem, gdyż niedawno zapukał kurier z ciekawą paczuszką i już się nawet do niej dobrałam i zaczęłam czytać. Jeśli ktoś jest ciekawy, jak udało mi się przeczytać w tym miesiącu siedemnaście książek to mogę zdradzić tajemnicę. Wróciłam na dietę, więc czytałam, by nie myśleć o jedzeniu. Brawo. Jestem jednak z siebie dumna, bo wygrałam z nałogiem. Koniec z cukrem! Tak poza książkowym tematem... Wiecie, jak ciężko wyrzucić cukier z diety? On jest wszędzie. Wszędzie. Teraz nawet na keczup wydaję majątek. No bo przecież taki zwykły to cukier w większości. Wniosek? Nie stać mnie na książki. I zjadłabym bułkę. 

Tamten miesiąc skończyłam na pierwszym tomie Mścicieli, jednak zrobiłam przerwę w serii i zanim pochłonęłam Pożar i Calamity zabrałam się za Chemika, Stephenie Meyer. Jako zaciekła fanka Zmierzchu musiałam zobaczyć, czy coś się w pani autorce zmieniło i doszłam do wniosku, że chyba na gorsze. Największą krzywdą zrobioną tej książce jest promowanie jej jako thrillera zamiast nazwać rzecz po imieniu. Mamy tutaj romans. Czyta się łatwo, przyjemnie i równie szybko jak się ją czyta to o niej zapomina. Gdybym podeszła do tej pozycji ze świadomością, że będę czytać o rozterkach sercowych całkiem inaczej by to się skończyło. Nie oczekiwałabym bomby, ani nawet fajerwerków. Od razu po skończeniu nieszczęsnego Chemika wróciłam do Mścicieli i się okrutnie zawiodłam. Wiecie. Sanderson to Sanderson, a nie tęcze, róż i króliczki. Zakończenie Calamity bardzo na nie. Gdzie krew?

Moim kolejnym błędem było wzięcie do ręki Teatru Sabata. Możecie teraz pokręcić głową ze zdziwieniem i powiedzieć halo, przecież ty kochasz Rotha. A ja powiem, że kocham ale tym razem jestem chyba za głupia by pojąć przesłanie i wynieść cokolwiek z tego ogromnego tomiszcza. No niby Roth to zawsze dobra porcja literatury, ale nie polecam Teatru na początek. Ani - na chwilę obecną - chyba w ogóle. Po tej ciężkiej przeprawie uznałam, że na zdrowie wyjdzie mi całkowita zmiana gatunku, więc wzięłam się za Ziemię niczyją, a następnie kontynuację. I po raz kolejny się powtórzę. Za dużo polityki. Takiej nudnej.

niedziela, 28 maja 2017

Vestmanna // Ove Løgmansbø

24 komentarze:
Dobrze pamiętam ten dzień, kiedy telefony zaczęły mi się urywać i cała Polska żyła informacją, że Remigiusz Mróz to autor tak płodny, że musi wydawać pod dwoma nazwiskami, żeby ludzie nie mieli go dość. Jako wierna fanka - halo, czytałam Mroza zanim stało się to modne! - musiałam się zaopatrzyć w cały ten cykl. Szybko go zdobyłam, położyłam na półce - to był jeszcze ten miesiąc, kiedy Mróz się jeszcze na półce mieścił - i zerkałam tak raz na jakiś czas na rosnący stos książek do przeczytania. Maj był miesiącem, w którym pojawiła się kontynuacja trylogii serii o Wiktorze Forście, po którą pognałam do księgarni dzień po premierze i równo szybko ją przeczytałam. A Mróz to Mróz. Uzależnia. Jak cukier. Skończyłam Deniwelację, złapałam za Enklawę. Następnego dnia po Połów, a kolejnego po Prom. Ups?

Wyspy Owcze to archipelag wysp na Morzu Norweskim, pomiędzy Wielką Brytanią, Islandią a Norwegią. Są zależni od Danii i uparcie dążą do niepodległości. Spokojnie można uznać, że jest to jedno z najbezpieczniejszych miejsc na całym świecie. Od 1988 roku zdarzyło się tam tylko jedno morderstwo, a jedynce, co grozi mieszkańcom to wypadek samochodowy na skutek zderzenia się z owcą. Farerzy żyją spokojnie niczego się nie obawiając i traktując się jak jedna wielka rodzina. Pewnego dnia znika jednak nastolatka. Cała społeczność od razu organizuje poszukiwania, jednak nie udaje się nic ustalić. Sprawą zaczyna interesować się duńska policja, irytując miejscowych. Ostatnią osobą, która widziała dziewczynę w porcie jest Hallbjørn Olsen...

Hall jest mężczyzną jak każdy inny na Wyspach. Za dnia pracuje dorywczo gdzie się da, lubi sobie wypić i raz na jakiś czas wbić w bójkę. Po śmierci żony sam wychowuje nastoletnią córkę, która wcale go nie potrzebuje, udowadniając to swoją samodzielnością. Jak przez mgłę pamięta spotkanie z zaginioną dziewczyną, a długa luka w pamięci niesamowicie go niepokoi. Hallbjørn był kiedyś żołnierzem w duńskiej armii, przez co lokalna społeczność zerkała na niego z wyrzutem, i cały czas ma traumę po pewnych wydarzeniach. Wszystkie ślady wskazują, że nie mógł tego zrobić, a Katrine Ellegaard - policjantka przypisana do sprawy - postanawia poprosić go o pomoc. Ludzie z Vestmanny są zamkniętą społecznością, która nie ufa obcym.

czwartek, 25 maja 2017

⅔ ulubionych serii z dzieciństwa

6 komentarzy:
Większość mojego życia spędziłam w bibliotece, jednak dopiero z czasem skierowałam swój wzrok w stronę półki z fantastyką. Powód był prosty. Skończyły mi się te obyczajowe i przygodowe. Mieszkam w małym mieście, a nie czułam się jeszcze gotowa na przeniesienie się piętro niżej, do wypożyczalni dla dorosłych. Ha, do teraz tego nie zrobiłam. Wciąż odwiedzam tę dla dzieci, jednak tym razem do ja pożyczam książki paniom bibliotekarkom. Podrzucając kilka pozycji Sandersona dla jednej z pań postanowiłam rozejrzeć się po półkach. Mój wzrok padł na Pendragona i stwierdziłam, że czas najwyższy powrócić do serii, którą kiedyś tak uwielbiałam, że ze zniecierpliwieniem czekałam na kolejne tomy. Z tym postanowieniem wsadziłam Wędrowca pod pachę i ruszyłam w stronę poziomu drugiego po kolejny ulubiony cykl. Nie mogłam wrócić do domu bez Charliego Bone'a.

Pendragon jest czternastolatkiem, który wiedzie sobie życie przeciętnego chłopaka w tym wieku. Ma rodzinę, psa, najlepszego przyjaciela i zaczyna interesować się dziewczynami. Nic niezwykłego. Bobby ma jeszcze wujka Pressa, który pojawia się w różnych momentach jego życia przywożąc mu niezwykłe prezenty. Tym razem również zjawił się niespodziewanie, przerywając chłopakowi pierwszy pocałunek z dziewczyną, w której od dawna się kochał. Nie przywiózł ze sobą nic, a Bobby jest zaskoczony, że musi pójść z Pressem - powinien być w drodze na ważny mecz, liczy na niego cała szkoła. Zaufanie jednak robi swoje, a przyjęcie do wiadomości, że jadą uratować inny wymiar wymaga owego zaufania naprawdę sporo. Chłopiec musi opuścić Ziemię i wyruszyć na Denduron aby zacząć wypełniać obowiązki Wędrowca. 

Może się wydawać, że jest to seria jakich pełno na rynku. Po dłuższym zastanowieniu muszę przyznać Wam rację. Z drugiej jednak strony D.J. MacHale stworzył wszechświat, w którym wszystko jest możliwe, a bycie Wędrowcem to ciężka robota, co widać już w pierwszej części, a w kolejnych wszystko komplikuje się jeszcze bardziej. Mając te swoje naście lat byłam zakochana w postaci Bobby'ego z jednego powodu. Popełniał błędy. Mnóstwo błędów. Nie był nieomylny, bał się, myślał tylko o sobie. Słowem: był prawdziwym czternastolatkiem, który trafił do nieznanego sobie świata, gdzie musiał radzić sobie ze sporymi wyzwaniami. 

Chociaż mam już trochę więcej lat niż w momencie, gdy po raz pierwszy poznawałam przygody Bobby'ego, i tak nie było mnie dla świata, gdy otworzyłam Wędrowca. W pamięci zatarły mi się już niektóre szczegóły i pamiętałam tylko ogólny zarys fabuły. Odkrywanie Pendragona od nowa było niesamowite. Nie mam pojęcia, dlaczego ten cykl został zapomniany i stracił na popularności. Wszystkie dziesięć tomów jest dostępnych na polskim rynku na wyciągnięcie ręki. Chciałabym móc powiedzieć z pełnym przekonaniem, że jest to coś również dla dorosłych - jak w przypadku innej serii, którą odświeżę sobie gdy pojadę do rodzinnego miasta - jednak trochę się waham. Chyba można nazwać mnie już dorosłą osobą, acz moje podejście do Pendragona jest inne. Zawierają się w tym wspomnienia i emocje, jakie wywołał we mnie ten cykl w dzieciństwie.

wtorek, 23 maja 2017

Nana

17 komentarzy:
Nie jestem zbyt wielką fanką anime czy mang, jednak raz na jakiś czas lubię zatracić się w tych japońskich produkcjach. Mam jednak taką pewną cechę charakteru, której nie potrafię nazwać, a przez którą nie zaczynam nic nowego z tych dwóch kategorii, a oglądam i czytam w kółko to samo. Gdyby ktoś zapytałby mnie o ulubione anime mogłabym wymienić Króla szamanów, Bleacha albo Clannad. Jeśli jednak miałabym wybrać tylko jedną historię odpowiedziałabym bez wahania. Nana. Mimo, że łamie mi serce za każdym razem, często do niej wracam i za każdym razem cierpię równo mocno.

Życiem rządzi przypadek, co wiadomo nie od dzisiaj. Komatsu Nana z radością porzuciła swoje dotychczasowe życie w małej mieścinie i wyjeżdża do Tokio, do swojego chłopaka. Ma zamiar znaleźć tam mieszkanie i pracę. Z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych pociąg zmierzający do stolicy co chwilę się zatrzymuje. Nana - dostrzegając wolne miejsce - postanawia tam usiąść, co sprawia, że wszystko się zmienia. 

Osaki Nana zmierza do Tokio by spełnić swoje marzenia i udowodnić wszystkim, że jest w stanie śpiewać i zyskać popularność. Kiedy przysiada się do niej urocza dziewczyna początkowo nie reaguje - nie jest zbyt towarzyską osobą. W pewnym jednak momencie - dowiadując się, że mają tak samo na imię - zaczyna interesować się drugą Naną. Chociaż są swoim całkowitym przeciwieństwem nawiązuje się między nimi nić porozumienia. 

W Tokio Osaki Nana odchodzi bez słowa. Nie jest to jednak ich ostatnie spotkanie.

piątek, 19 maja 2017

Najważniejsza książka w mojej biblioteczce

6 komentarzy:
Pamiętacie, jak półtora roku temu zachwycałam się nad Ku słońcu, Andrew Korczyńskiego? Do dzisiaj pozostaje ona jedną z moich ulubionych książek i nie potrafię o niej zapomnieć. Robert wciąż jest postacią, która znaczy dla mnie bardzo dużo i udowadnia mi, że z każdej sytuacji jest wyjście. Wyobraźcie sobie moją radość, gdy dostałam mejla od autora, że po sporych poprawkach na świecie pojawił się niewielki nakład - bibliofilski! - a jeden egzemplarz jest przeznaczony dla mnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek jakaś książka mnie tak ucieszyła, a posiadam ich naprawdę sporo - w tym cudowne wydania, które kosztowały mnie majątek; naprawdę stare pozycje, których zdobycie nie było łatwe i książki z autografem ulubionych twórców. 

Mimo tego, że zmienił się tytuł książki oraz pseudonim samego autora to ta sama cudowna historia, którą obecnie czytam po raz kolejny i chociaż pamiętam większość wydarzeń i tak - znowu! - jestem zachwycona. Tym razem jednak nie pochłaniam Jazdy na rydwanie tak zachłannie jak te półtora roku temu. Teraz - wiedząc co będzie dalej - mogę delektować się każdym słowem. A naprawdę jest czym.

Niech mi ktoś jeszcze raz powie, że Polacy nie potrafią pisać, to się bardzo zdenerwuję. Przecież mamy mnóstwo autorów, którzy udowadniają, że Polak potrafi! Wystarczy wspomnieć tutaj Remigiusza Mroza - jak mogłabym go pominąć? - czy Melissę Darwood. Jazda na rydwanie - obok książki mojego taty - jest to najważniejsza pozycja, jaką mam na swoich półkach i wciąż mi przykro, że cały świat nie może wziąć jej do ręki i zobaczyć, jak genialnie pisze Julian Hardy. Tak, mówię do osób, które unikają jak diabeł święconej wody polskiej twórczości. I po co? 

wtorek, 16 maja 2017

Ziemia niczyja + przedpremierowo: Dzieci martwej ziemi // Jan Waletow

2 komentarze:
Rzadko kiedy czytam książki post-apokaliptyczne, a nawet dystopie, chociaż kiedyś rzucałam się na te gatunki. Z czasem jednak ich rosnąca popularność mnie odrzuciła. Tak to już jest, że im bardziej się o czymś mówi, tym bardziej tego unikam. W ten sposób nasze drogi się rozeszły. Postanowiłam jednak rozszerzyć swoje horyzonty, gdy zorientowałam się, jak bardzo jestem uzależniona od fantasy. Powieści młodzieżowe z góry skreśliłam, gdyż nie mam ochoty na ogłupiacze, a poważniejsze pozycje nie pasują do mnie, w chwili obecnej. Właśnie te wszystkie czynniki sprawiły, że Ziemia niczyja oraz Dzieci martwej ziemi trafiły w moje ręce. Nie było to zbyt owocne spotkanie, a maj chyba będzie najgorszym - pod względem jakości lektur - miesiącem w tym roku.

Wszystkie zapory runęły, a Potop w kilka dni pozbawił życia miliony ludzi. Strefa klęski żywiołowej została skażona, a reszta świata stara się o niej zapomnieć, namiętnie podrzucając do niej wszelkich kryminalistów i tych, którzy są niewygodni dla państwa i świata. Chociaż wydaje się to być niemożliwym wciąż tam żyją ludzie - bez praw, bez zahamowań i bez sumienia. Michaił Siergiejew doskonale potrafi się odnaleźć w tej Ukrainie, którą pozostawił Potop. Mężczyzna radzi sobie na tym polu walki między Wchodem a Zachodem i ma tylko jeden cel: przeżyć.

- Żaden ptak, żadne drzewo - powiedział Wadim. - Wszystko zniszczymy. A czego nie zniszczymy, to zjemy. Kurwa, taką ziemię przepieprzyli! I teraz jest niczyja. Nikomu niepotrzebna. I my jej nie jesteśmy potrzebni. Amen!**

Zacząć należy od tego, że obie części tego cyklu nie są łatwą lekturą. Jeśli spodziewacie się, że otworzycie Ziemię niczyją i pochłoniecie ją ot tak, bez problemów, jesteście w błędzie. Jan Waletow skupił się tutaj głównie na polityce, więc jeśli oczekujecie mnóstwa akcji musicie schować te oczekiwania do kieszeni. Od powieści tego gatunku wręcz wymaga się, by mroziła krew w żyłach swoim realizmem i prawdopodobieństwem, a autor doskonale sobie z tym poradził. Czytając Ziemię niczyją oraz Dzieci martwej ziemi przez pryzmat tego, co dzieje się właśnie na Ukrainie i całym świecie można dostać niezłego zawału z przerażenia i resztę życia spędzić przy oknie wyglądając ogromnej fali, która przyniesie zniszczenie. Zanim jednak Waletowa ogłosimy nowym wieszczem narodowym zwróćmy uwagę na to, że dla osób, które unikają raczej tematów ściśle politycznych oba tomy tej serii mogą się wydawać niesamowicie... nudne. Podnoszę tutaj rękę do góry i kulę się ze wstydu.

piątek, 12 maja 2017

Teatr Sabata // Philip Roth

4 komentarze:
Uwielbiam twórczość Philipa Rotha, więc na kolejne wydania jego książek czekam z ogromnym zniecierpliwieniem. Ale tym razem... Coś poszło nie tak. Początkowo byłam dosyć mocno zdziwiona objętością. Trzy czwarte powieści Rotha, które czytałam, mieściło się w niecałych dwustu stronach, więc prawie trzy razy tyle Teatru Sabata było sporą niespodzianką. Byłam zachwycona! Szybko jednak okazało się, że nie na wszystkie książki tego autora jestem gotowa, a lektura tej była istną drogą krzyżową. Jestem przekonana, że cały przekaz gdzieś mi umknął i nie jestem w stanie stwierdzić, co też autor miał na myśli podczas pisania Teatru Sabata

Mickey Sabat ma już sporo lat na karku i nie jest tym samym jurnym mężczyzną co kiedyś. Nie jest łatwo w wieku 64 lat żyć tak, jakby się miało o połowę mniej, jednak Sabat usilnie próbuje utrzymać się w formie. Sabatem wciąż interesuje się sporo kobiet, a wśród nich jest jego wieloletnia kochanka, Drenka. Kobieta jest od niego o 12 lat młodsza i wciąż potrafi obudzić w mężczyźnie wszystkie pragnienia. Kiedy pewnego dnia zaczyna domagać się od Mickeya absolutnej wierności ten jest zszokowany. Drenka ma męża i sama jest bardzo rozwiązłą osobą, dla której nie ma żadnych granic. Jest to dla Sabata ciężka decyzja i to nie jedna, jaką przyjdzie mu podjąć.

Stoimy w obliczu śmierci, do dupy z kwiatkami.

Ten, kto już kiedyś Rotha czytał wie, że ten nie ma żadnych zahamowań i nie uznaje cenzury w swoich książkach. Jest to według mnie ich ogromny plus, podobnie jak w przypadku Charlesa Bukowskiego. Teatr Sabata jest historią, w której pojawia się tak ogromna ilość seksu, że niekiedy przecierałam oczy ze zdumienia. Cała atmosfera tej powieści jest strasznie gęsta, przepełniona ludzkim bólem przeplatanym z pożądaniem. Wszystko tutaj kipi od erotyzmu, a sam Mickey jest jego uosobieniem. Sabat jest bohaterem bardzo specyficznym, którego nie jest łatwo polubić. Znając jego myśli i widząc jego zachowanie wręcz pałałam do niego samymi negatywnymi emocjami i nie mogłam sobie z tym poradzić. Chciałam go zrozumieć, pojąć jego motywy, a udało mi się jedynie nie znienawidzić go do cna. Co i tak uważam za całkiem spory sukces. 

sobota, 6 maja 2017

MŚCICIELE, czyli jak zawieść czytelnika

4 komentarze:
Moment, w którym skończyłam czytać ostatnią stronę Calamity był okropny. Z dwóch powodów. Po pierwsze: przeczytałam już wszystkie książki Brandona Sandersona, które są dostępne na polskim rynku. Po drugie: ja bardzo przepraszam, ale co? Doskonale rozumiem, że Mściciele to seria dla młodzieży i tak dalej, i tym podobne. To, jak autor postanowił zakończyć ten cykl to chyba jakiś żart. Nauczyłam się już polegać na tym człowieku i sądziłam, że kto jak kto, ale ON nie jest w stanie napisać czegoś... tylko okej. Już podczas lektury Stalowego serca zauważyłam, że o ile Piasek Raszida - czyli jakby nie było książka dla dzieci - jest czymś bardzo dobrym, to seria o Epikach mojego serca nie podbije. Trafiłam w punkt.

David widział jak Stalowe serce krwawił. Kiedy chłopak miał kilka lat był świadkiem śmierci swojego ojca, który został zamordowany razem z innymi ludźmi w banku. Davidowi jako jedynemu udało się przeżyć tę masakrę. Minęło kilkanaście lat, a jedynym jego celem jest zamordowanie Stalowego serca, bezlitosnego Epika, który rządzi jego rodzinnym miastem, obecnie przechrzczonym na Newcago. Osiemnastolatek nie potrafi skupić się na niczym innym, a całe swoje dzieciństwo poświęcił na zdobywanie informacji i poszukiwanie słabej strony imperatora. Teraz planuje dostać się do któregoś z oddziałów Mścicieli, którzy czynnie stawiają opór i zabijają pomniejszych Epików. Chce ich przekonać, by pomogli mu w jego zemście. W końcu zna sekret, a słaba strona Stalowego serca tkwi w jego podświadomości. Musi się tylko do niej dostać.

Potęga deprawuje, a potęga absolutna deprawuje całkowicie.*

Kiedy na niebie pojawiła się Calamity - wielka gwiazda - niektórzy ludzie zaczęli się zmieniać. Otrzymywali specjalne zdolności, które wykorzystują do złych celów. Epicy, jak zostali nazwani, nie mają w sobie szacunku do prawa i życia, robią wszystko, by rządzić, nie przejmując się w ogóle dobrem innych. Każdy Epik ma jakąś słabą stronę, która pozbawia go jego mocy i pozwala się do niego zbliżyć i go zabić. Nikt nie wie, skąd się wzięła Calamity i jak wybiera osoby do swoich celów. Nie ma dwóch takich samych Epików, każdy ma inną moc, jednak oni wszyscy nie mają sumienia. Właśnie dlatego istnieją Mściciele.

wtorek, 2 maja 2017

W MAJU JAK W RAJU // zapowiedzi // maj 2k17

12 komentarzy:
Nawet nie wiecie jak cieszy mnie fakt, że w maju tak mało nowości, które mnie interesują. Może w końcu uda mi się wypełnić moje czytelnicze plany w całości, co byłoby naprawdę miłą odmianą, serio. 

✖ Po pierwsze: chcę skończyć serię o Mścicielach, Sandersona. ✖ Po drugie: zacząć Koło czasu lub Conana Barbarzyńcę, a najlepiej to oba te cykle, bo po co się ograniczać? ✖ Po trzecie: przeczytać Teatr Sabata, Rotha. ✖ Po czwarte: pisać więcej na bloga - nie tylko recenzji! ✖ Po piąte: ograniczyć kupowanie książek (i butów!) - wyjątek: KONIECZNIE KUPIĆ DENIWELACJĘ ✖ Po szóste: nadrobić Mroza. Dużo Mroza. ✖ Po siódme i ostatnie: nie zabić nowego kaktusa Wincenta. 🌵

Zapewne doceniacie, jak się dzisiaj streszczam i nie rozpisuję. Powód jest prosty: jestem tak zmęczona, że marzę tylko o wpakowaniu się do łóżka z Pożarem. Ale, ale! Najwyższy czas dokładnie poprzeglądać, co też wydawnictwa zaplanowały dla nas na maj i umiejętnie wybrać, co trzeba kupić - oprócz Deniwelacji, oczywiście. Biorąc pod uwagę mój obecny stan konta - kupiłam CZTERY pary butów w trzy dni, okej? - muszę się nieźle ograniczyć. Widząc jednak jak mało mnie interesuje - aż trzy książki, wow - mogę odetchnąć z ulgą. Zapewne to czerwiec zarzuci nas cudownościami, byle jednak z rozsądkiem. 

WYDAWNICTWO IUVI

Alcatraz Smedry wraca w wielkim stylu. Infiltruje Bibliotekę Aleksandryjską, która bynajmniej nie została zniszczona i jest jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi, szuka swojego ojca, który jednak wcale nie umarł, i odkrywa dziwny złoty sarkofag, w którym może znajdować się klucz do jego zdumiewającego talentu do psucia różnych rzeczy. Aha, jest przy nim jego najlepsza przyjaciółka Bastylia – po to, by spuścić manto mrocznym Bibliotekarzom, ma się rozumieć.

A walczyć przyjdzie im z najstraszniejszymi spośród Bibliotekarzy: tajną sektą złodziei dusz, Skrybami.


Premiera: 24 maja 2017

poniedziałek, 1 maja 2017

Chemik // Stephenie Meyer

11 komentarzy:
Jestem fanką Zmierzchu i nie wstydzę się tego. Stephenie Meyer jest autorką, dzięki której czytam książki inne niż obyczajowe. Nie spodziewałam się, że kiedyś jeszcze zasiądzie do pisania i stworzy coś całkiem nowego, niezwiązanego z uniwersum sagi Zmierzch. Początkowo nie miałam zamiaru czytać Chemika, choć nie zaprzeczę - zaintrygował mnie. Byłam ciekawa, czy utrzymuje poziom Intruza, który jest niesamowicie dobrą historią, lekko - według mnie - niedocenianą. Bardzo szybko zmieniłam zdanie i nie czytając żadnych recenzji zdobyłam Chemika. Jest to książka dosyć spora, jeśli chodzi o objętość, jednak przeczytałam ją w jeden dzień. Dzisiaj rano usiadłam i niedawno skończyłam. Ot tak. 

Powiedzmy, że ma na imię Alex. Od kilku lat zmuszona jest uciekać i żyć w ukryciu. Nie może używać swoich prawdziwych danych, nie może nikomu zaufać ani zostać w jednym miejscu na dłużej. Wszystko co robi sprowadza się do jednego celu: przeżyć. Jej przeszłość ciągnie się za nią, nic nie wskazuje na to, że tajna agencja rządowa, dla której kiedyś pracowała, odpuści. Alex ma wiedzę o tak tajnych projektach, że wystawienie ich na światło dzienne mogłoby nieźle wstrząsnąć wysoko postawionymi urzędnikami. Z tym, że ona nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego, a mimo to jest ścigana, a oprawcy mają jedno zadanie: zabić.

Nie zrobiła nic, by wystawić list gończy na swoją głowę, jest niezastąpiona. Potrafi wydobyć z każdego człowieka informację nie zostawiając na jego ciele żadnych śladów. Umie sprawiać ból. Teraz jednak jest jak zastraszone zwierze. Mejl od byłego kolegi z departamentu zwala ją z nóg. Znaleźli ją. A jednak Carston oferuje jej bezpieczeństwo. Potrzebują jej pomocy. Broń biologiczna zagraża Ameryce oraz całemu światu, a Alex może to zmienić. Musi tylko zaufać ludziom, którzy przez lata chcieli jej śmierci i uwierzyć, że to nie jest pułapka. Cel: Daniel Beach, niepozorny nauczyciel historii.

niedziela, 30 kwietnia 2017

DZIEWIĘĆ KSIĄŻEK // podsumowanie // kwiecień 2017

10 komentarzy:
Jak ten czas szybko leci! Wprost nie mogę uwierzyć, że już koniec kwietnia. 🙈 Ten miesiąc nie był zły pod względem przeczytanych książek, jednak uważam, że mogło być lepiej. Cholibka. A w kwietniu miałam się przyłożyć do czytania... Wyszło jak wyszło i pozostało mi jedynie mieć nadzieję, że maj będzie lepszy i uda mi się zabrać za wszystko, co planuję. Miesiąc zaczęłam od - co za niespodzianka! - Sandersona. Słowa światłości, kolejna cegiełka z Archiwum burzowego światła. Obiecałam sobie, że przed premierą Dawcy przysięgi wyrobię się z dwoma pierwszymi tomami i jestem szczęśliwa, że w miarę szybko mi się to udało. Mimo, że Droga królów minimalnie była lepsza to uważam, że jest to najlepsza seria Sandersona. Przebiła Ostatnie Imperium i wydaje mi się, że im dalej w ABŚ tym będzie lepiej. Nie mogę się doczekać listopada i premiery trzeciej części...

Następnie zabrałam się za pewną książkę, której nie ma jeszcze na rynku i nie mam pojęcia, kiedy będzie premiera. Pojawi się jednak pewnie w tym roku i nic więcej Wam nie zdradzę. Powiem tylko jedno: uparcie biegnijcie do gwiazd... Pochłonęłam ją na raz i zabrałam się przedpremierowo za Ostrze zdrajcy. Jestem bardzo szczęśliwa, że się zdecydowałam na jej lekturę. Naprawdę mocno przypadła mi do gustu i choć nie jest to wybitna książka to trochę do mojego życia wniosła i nie mogę się doczekać kolejnej części. Premiera już dziesiątego maja i powiem tylko jedno: biegnijcie do księgarni. Dom Hitlera to pozycja, która zajęła mi trochę czasu, gdyż nie czytałam jej na raz, tylko podczytywałam w wolnych chwilach. Pewnie dalej bym przez nią brnęła, gdyby nie ścisła mobilizacja. Przeszkadzało mi trochę podejście autorki, jednak koniec końców... całkiem dobra pozycja dotycząca Hitlera. Z pewnością jedyna taka na rynku.

sobota, 29 kwietnia 2017

Królestwo kanciarzy // Leigh Bardugo

4 komentarze:
Królestwo kanciarzy to jedna z tych książek, na które czekałam i wypatrywałam informacji o nich w zapowiedziach. Szóstka wron była lekturą nieprzeciętną, pełną niespodzianek i wywołującą u czytelnika sporo emocji. Nie spodziewałam się tego po niej i pokochałam ją. Nie tylko ja: większość świata odniosła podobne wrażenie. Słyszałam kilka negatywnych opinii, jednak koniec końców zostały przytłoczone przez te pozytywne. Królestwo kanciarzy nie musiało długo czekać na zainteresowanie z mojej strony. Coś się jednak zmieniło: albo we mnie, albo w tej serii. Wcale a wcale nie jestem zachwycona. Ani trochę.

SPOJLERY DO SZÓSTKI WRON
Kaz nienawidzi tego, że razem ze swoją ekipą został okpiony. Zaciska zęby z nerwów i ma zamiar odzyskać swoje - niekoniecznie uczciwie - zarobione pieniądze oraz Inej, która została porwana. Po wcześniejszych wydarzeniach muszą się ukrywać, a w mieście trwają wzmożone poszukiwania Kuweia, jak i Wylana. Do Ketterdamu zjeżdżają potężne siły z całego świata gotowe zrobić wszystko, by zdobyć receptę na super niebezpieczny narkotyk, jakim jest jurda parem, którego sekret kryje się w głowie Kuweia. Magia Griszów jest w potężnym niebezpieczeństwie.
Kaz Brekker ma plan.
KONIEC SPOJLERÓW

O szacunek się nie prosi, trzeba sobie na niego zasłużyć.

Kaz Brekker jest postacią, którą kocham. Naprawdę. Całym sercem. W drugim tomie jednak został bardzo spłaszczony i stracił trochę tej swojej kazowatości, przez co odniosłam wrażenie, że to ktoś całkiem inny. Rozumiem motyw bohatera, który przechodzi przemianę wewnętrzną, jednak tutaj nie wyszło to nikomu na dobre. Dużo się w nim nie zmieniło, a równocześnie zmieniło się wszystko. Leigh Bardugo skupiła się tu bardziej na Wylanie, który w Szóstce wron był raczej tłem, niż równoważną postacią. Tutaj polubiłam go dużo bardziej, a zakończenie jego wątku spodobało mi się najbardziej ze wszystkich. Inej, Matthias oraz Nina również stracili sporo ze swojej żywotności. Czasami ciężko mi było przypomnieć sobie dlaczego tak bardzo ich polubiłam i za co.

środa, 26 kwietnia 2017

RECENZJA SPECJALNA // PRZEDPREMIEROWO: Czerwone dziewczyny // Kazuki Sakuraba

4 komentarze:
Uwielbiam to uczucie, kiedy dociera do mnie, że coś jest oznakowane przymiotnikiem „japoński”. Nie potrafię koło takiej rzeczy przejść obojętnie. Czasem wystraszy tylko kilka liter, które brzmią jak japońskie słowo, a ja już mam ochotę ten przedmiot mieć, o tym czymś poczytać, czegoś więcej się dowiedzieć. Co ja na to poradzę, że japońska kultura mnie aż tak bardzo fascynuje? Nawet temat mojej pracy zaliczeniowej był japoński! (Feliks Jasieński i te sprawy) Kiedy Kyou powiedziała mi, że kolejną książką, którą chce ze mną zrecenzować jest powieść Kazuki Sakuraby, bez zastanowienia się zgodziłam. W końcu japońska autorka japońskiej powieści. A te potrafią być niezwykle specyficzne i piękne. Cieszyłam się, jak dziecko, kiedy do moich rąk wpadł egzemplarz Czerwonych dziewczyn. Już wtedy wiedziałam, że na tej książce się nie zawiodę.

Byłam niesamowicie szczęśliwa, kiedy mogłam poinformować Aypę, że naszym następnym wspólnym projektem będą Czerwone dziewczyny. Początkowo planowałam coś całkiem innego, jednak wiem do kogo się zgłosić, jak pojawia się coś o Japonii i nawet się nie wahałam, tylko zmieniłam początkowy plan. O Kazuki Sakurabie nigdy wcześniej nie słyszałam, jednak nie mam żadnego doświadczenia jeśli chodzi o literaturę japońską - styczność miałam tylko z mangami oraz z Harukim Murakamim - więc postanowiłam zaryzykować i poszerzyć horyzonty. Interesuje mnie ten kraj i jego historia, a Czerwone dziewczyny przybliżyły mi ją doskonale.

Ciężko pracuj, to czeka cię lepsze życie, a twoje dzieci wspanialsza przyszłość. A teraz ruszaj w górę krok za krokiem.

Manyo od dziecka widziała przyszłość. Kiedy była mała cudzoziemcy z gór porzucili ją w wiosce, a przygarnęła ją rodzina robotnicza. Dziewczynka zawsze była inna niż pozostałe dzieci, jednak rozumiała swój dar i nie bała się go. Nikt się nie spodziewał, że to właśnie ona zostanie wybrana na żonę dla syna matrony rodu Akakuchibów, właścicieli ogromnej huty, która zatrudniała mnóstwo mężczyzn, którzy bez tego by nie mogli utrzymywać rodzin. Kemari - córka Manyo - zawsze była nieprzewidywalna i nieodpowiedzialna. Żywiołowa dziewczyna, która już jako nastolatka została wybrana na przywódczynię kobiecego gangu motocyklowego nie potrafi dorosnąć. A czas leci. Toko, córka Kemari, ma ciężkie zadanie. Minęło już wiele lat od chwili, gdy Manyo została znaleziona przy studni, sporo osób odeszło już z tego świata, a Toko nie potrafi przystosować się do społeczeństwa. Jako potomkini Akakuchibów nie musi pracować, jednak ciągle dręczy ją bezczynność. Lenistwo jednak wygrywa. Dopiero sprawa pewnego morderstwa motywuje ją do działania. Czas rozwiązać tajemnicę sprzed lat.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Miłość to piekielny pies // Charles Bukowski

6 komentarzy:
Nowy Bukowski to zawsze święto. Odkąd przeczytałam już wszystkie jego książki - w edycji wznowionej - ciągle czekam i czekam na następne. Po lekturze Nocy waniliowych myszy ze zniecierpliwieniem czekałam na kolejny tomik wierszy. O ile kocham i wielbię prozę Charlesa, to jego wiersze trafiają do mnie z mocą błyskawicy. Wielokrotnie powtarzałam, że według mnie jest to jeden z lepszych amerykańskich pisarzy (zaraz obok Rotha) i każdy powinien chociaż spróbować zakochać się w jego twórczości. Oczywiście nie jest to ktoś, kogo wszyscy będą namiętnie czytać. Nie ma tutaj mądrości przekazanej pięknymi słowami. Genialność Bukowskiego kryje się w prostych stwierdzeniach - często wręcz brutalnych - i najważniejsze kwestie podane są jak na tacy. Zawsze jednak można spróbować dotrzeć głębiej i postarać się zrozumieć Charlesa Bukowskiego i jego podejście do życia.

To właśnie wiersze Bukowskiego zapewniły mu taką ogromną popularność i rzuciły publikę na kolana. Nie dziwi mnie to. W tym zbiorze głównym motywem - w szeroko rozumianym tego słowa znaczeniu - jest miłość. Charles specyficznie podchodzi do tego uczucia i mamy tutaj wiersze przeróżne. O zdradzie, cierpieniu, zakochaniu. Wszystko, co chociaż w małym stopniu odnosi się do kochania - czy to w wersji romantycznej jak i ściśle fizycznej. Bukowski zawsze szczerze opowiada o swoich kochankach, dziewczynach i przygodach szczerze, bez cenzury i wstydu, co czasami wzbudza zażenowanie u czytelnika.

środa, 19 kwietnia 2017

Opowieści z Akademii Nocnych Łowców // Cassandra Clare, Sarah Rees Brennan, Maureen Johnson, Robin Wasserman

2 komentarze:
Uwielbiam nocnych łowców. Książki Cassandry Clare są tymi, od których zaczęła się moja przygoda z gatunkiem innym, niż obyczajowe. Mam ogromną słabość do Jace'a i innych bohaterów. Kiedy na rynku pojawia się zapowiedź jakiejś nowej pozycji z tego uniwersum jestem zachwycona. Zdecydowanie jestem za tym, by pisać kolejne historie. Wcale nie uważam, że autorka pisze wyłącznie dla pieniędzy. Zapewne jej również ciężko jest opuścić ten świat, który rozwinął się niesamowicie mocno i żyje własnym życiem. Dary Anioła i poboczne serie to jedne z moich ulubionych książek młodzieżowych i nie wyobrażam sobie, że Clare mogłaby tak po prostu przestać pisać kolejne historie. Po prostu nie. Dopóki będą wychodzić kolejne ja je będę czytać.

OPIS ZAWIERA SPOJLERY DO DARÓW ANIOŁA
Po tym, jak Simon uratował świat poświęcając swoją pamięć, Nocni Łowcy mogą na nowo otworzyć podwoje Akademii Nocnych Łowców i za pomocą Kielicha Anioła tworzyć nowych. Chłopak mógłby żyć swoim dawnym życiem, bez świadomości o istnieniu Podziemnych i fakcie, że sam przez jakiś czas był jednym z nich, jednak Magnus daje mu wybór. Może funkcjonować tak, jakby nic się nie stało, lub dołączyć do uczniów Akademii i stać się Nocnym Łowcą, jak Clary, Jace, Isabelle oraz Alec. Lub umrzeć. Nie jest tajemnicą, iż nie wszyscy Przyziemni przeżywają Wstąpienie. 

Simon jednak decyduje się na ten krok i ryzyko. Nie potrafi sprostać wymaganiom przyjaciół, których ledwo co pamięta. Nie potrafi patrzeć w oczy matki wiedząc, że wyrzuciła go z domu, gdy jej powiedział, że jest wampirem. Nie potrafi być tym samym Simonem - bohaterem - co kiedyś, a wszyscy dookoła tego chcą. Nie może spojrzeć w oczy Isabelle i przyznać, że praktycznie nie wie, co między nimi zaszło. Nie może doczekać się chwili, gdy przekroczy próg Akademii i zrzuci z siebie te wszystkie oceniające spojrzenia ludzi, którzy kiedyś byli dla niego najważniejsi.
KONIEC SPOJLERÓW

wtorek, 18 kwietnia 2017

PATRONAT // PRZEDPREMIEROWO: Uwertura // Adrianna Rozbicka

4 komentarze:
Wiosna to dobry czas na lekkie obyczajówki oraz książki, które nie zabijają swoją objętością. Mimo to nie przepadam za historiami, które nic nie wnoszą do mojego życia - wyrosłam z nich prawdopodobnie - więc ostrożnie dobieram sobie lektury. Uwertura na pierwszy rzut oka wyglądała jak coś, czego powinnam unikać, jednak po przeczytaniu opisu stwierdziłam, że może jednak czasami trzeba zaryzykować i zwyczajnie wziąć do ręki coś, co wydaje się być przeciętne, ale może zaskoczyć. Uwertura to coś niebanalnego, co pozwoli uwierzyć, że wszystko jest możliwe i trzeba walczyć o swoje marzenia. Czasami dobrze na duszy robi taka lektura.

Alicja uwielbia tańczyć. Nie wyobraża sobie życia bez tego. Moment, gdy w trakcie przedstawienia ulega wypadkowi jest najgorszą rzeczą, która przydarzyła się jej kiedykolwiek. Diagnoza jest jednoznaczna. Alicja już nigdy nie będzie tańczyć. Nie potrafi sobie poradzić z tą informacją i robi wszystko, by jej kolano było chociaż w części tak sprawne jak kiedyś. Mija kilka lat i podejmuje próbę powrotu na scenę. Wszystko wydaje się jednak być przeciwko temu. Producentka rewii Iza wydaje się nienawidzić utalentowanej i pełnej życia dziewczyny. Zrobi wszystko, by się jej pozbyć, chociaż murem za Alicją stoi Pierre, francuski choreograf oraz wokalista, Mateusz. To może jednak nie wystarczyć.

sobota, 15 kwietnia 2017

WORDS OF RADIANCE // american edition

8 komentarzy:
Mnóstwo osób narzeka na polskie wydania Archiwum burzowego światła. Wydawnictwo MAG zdecydowało się na wypuszczenie na rynek książek po tysiąc stron w powiększonym formacie, jednak wyłącznie w miękkich okładkach, co sprawia, że są niesamowicie nietrwałe, wręcz jednorazowe. Wystarczy jedno otwarcie, a grzbiet brutalnie pęka, rogi się zaginają... Koszmar pedantycznego czytelnika. Osobiście lubię, jak moje książki wyglądają na czytane. Kiedyś nie potrafiłam znieść zagięć, marszczeń i śladów użycia, jednak z czasem doceniłam używane pozycje oraz przestałam przejmować się zniszczeniami moich, o ile nie są zbyt rozwlekłe. Słabość polskich edycji nie była powodem, dla którego postanowiłam wykosztować się na te amerykańskie. Powód był prosty. Uwielbiam piękne wydania i często zdarza mi się kupować ulubione książki w różnych językach. Takie spaczenie. 

Początkowo planowałam kupić wyłącznie Way of Kings, jednak promocja na stronie Empiku - wciąż nie mogę uwierzyć, jak ta księgarnia potaniała - na drugi tom sprawiła, że nie mogłam się powstrzymać i kupiłam najpierw Words of Radiance. Bo czemu właściwie nie? Uznałam, że nie ma sensu ignorowania promocji i poczekam, aż gdzieś będzie można kupić taniej część pierwszą. Logika książkoholika. Widziałam już na żywo Drogę królów w tym amerykańskim wydaniu na spotkaniu w Krakowie z Brandonem Sandersonem i się zakochałam. To się nazywa miłość od pierwszego wejrzenia. W ten właśnie sposób postanowiłam, że na mojej półce stanie jednak wszystkie dziesięć tomów Archiwum burzowego światła w tym wydaniu od Tor Books.

czwartek, 13 kwietnia 2017

PRZEDPREMIEROWO: Ostrze zdrajcy // Sebastien de Castell

4 komentarze:
Mam zaplanowane swoje czytelnicze życie bardzo dokładnie i rzadko kiedy decyduję się na lekturę czegoś spontanicznie. Ostrze zdrajcy zaintrygowało mnie jednak na tyle mocno - wpasowało się gatunkiem do moich obecnych potrzeb - że porzuciłam listę i rzuciłam się na książkę Sebastiena de Castella. Ostatnio czytam prawie wyłącznie fantastykę, na szczęście wciąż nie czuję przesytu. Ostrze zdrajcy to nie jest high fantasy, więc przygodę z nią potraktowałam jako odpoczynek od Słów światłości, które zostawiły mi w głowie niezły mętlik. O autorze nigdy wcześniej nie słyszałam, dlatego nie miałam żadnych oczekiwań co do Ostrza zdrajcy. Z jednej strony to dobrze.

Falcio val Mond jest kantorem Wielkich Płaszczy. Mają oni egzekwować królewskie prawo, jednak po śmierci króla Paelisa zostali uznani za zdrajców i znienawidzeni przez cały świat. Falcio wraz z przyjaciółmi - Kestem i Brastim - wędrują z miasta do miasta i szukają możliwości zarobku. Obecnie zostali wynajęci jako straż przyboczna szlachcica, który nie bał się wynająć Obdartych Płaszczy, jak ich teraz nazywają ludzie, plując nienawiścią. Nie udaje im się jednak wywiązać z zadania i mężczyzna zostaje zamordowany przez kobietę, której udaje się przy okazji upokorzyć trójkę przyjaciół. Teraz są oni podejrzani o morderstwo i ścigani przez konstabli. Wielkie Płaszcze muszą wydostać się z kłopotów i przez przypadek ładują się w jeszcze większe. 

wtorek, 11 kwietnia 2017

Dom Hitlera // Despina Stratigakos

6 komentarzy:
Adolf Hitler jest postacią, która od razu wzbudza niechęć większości świata. Nie jest to niczym dziwnym, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie jego przedsięwzięcia. Zapewne powinnam zacząć od stwierdzenia, jakim złym był człowiekiem; że powinno się go nienawidzić i nazwać największym zbrodniarzem, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi. Skoro jednak wszyscy już to wiedzą muszę powiedzieć, że Hitler mnie intryguje. Gdybym mogła spędzić z jakąś postacią historyczną jeden dzień wybrałabym właśnie jego. Chciałabym móc zajrzeć mu do głowy i zobaczyć, jakim był człowiekiem bez tej całej medialnej otoczki. Z tego właśnie powodu często gdy mam okazję zabieram się do czytania pozycji właśnie o nim. Takie małe, osobiste spaczenie.

Adolf Hitler był postacią wysoko medialną. Cały świat śledził jego kroki i zachowanie, więc wydawać by się mogło, że jego mieszkanie będzie dla niego swoistym sanktuarium, w którym będzie czuł się sobą i nie będzie musiał obawiać się oceniających spojrzeń. Okazuje się jednak, że wszystko - łącznie z wystrojem domów, które posiadał - było jedną wielką propagandą, która miała przedstawiać go jako osobę obytą, wykształconą i kulturalną. Otaczał się dziełami sztuki, równocześnie starając się uchodzić za kogoś skromnego i poświęcającego się dla dobra ogółu. Każdy najmniejszy bibelocik odgrywał swoją rolę i tak naprawdę nic nie znaczył dla Führera, któremu zależało jedynie na wizerunku. Praktycznie każdy człowiek zna doskonale losy tego człowieka - te oficjalne jak i te niepotwierdzone. W Domie Hitlera skupiamy się jednak na tej części jego życia, którą nikt wcześniej się nie interesował.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Słowa światłości // Brandon Sanderson

8 komentarzy:
Nie chciałam zaczynać Słów światłości. Naprawdę. Po zakończeniu Drogi królów nie planowałam, że tak szybko wrócę do Archiwum burzowego światła. Okazało się jednak, że bardzo przeceniam własną cierpliwość i puf. Nagle się zorientowałam, że pożeram drugi tom i nie mam zamiaru przestać. Sanderson ma to do siebie, że jego światy wciągają tak bardzo, że kiedy w nie wejdziesz - choćby przypadkiem - już się nie wydostaniesz. To, jaki ten człowiek ma bogaty plan na kolejne książki, jest niesamowite. Teraz pozostało mi jedynie czekać do listopada, na pierwszą część trzeciego tomu, jednak po skończonej lekturze Słów światłości muszę trochę spraw przemyśleć, więc bardzo mnie cieszy, że mam na to czas. Jeśli jeszcze zwlekacie z przeczytaniem Archiwum to teraz jest na to najlepsza pora. Ta książka zostawi Wam w głowie spory bałagan.

OPIS ZAWIERA SPOJLERY DO DROGI KRÓLÓW
Kaladin odzyskał wolność, jednak dalej jest zniewolony przez swoją rządzę zemsty, która odbiera mu zdolność racjonalnego myślenia. Dalinar wciąż próbuje uratować Alethar przed rozpadem, jednak Sadeas robi wszystko, by mu się nie powiodło. Król jest słaby i nie nadaje się do rządzenia, przez co nikt nie liczy się z jego zdaniem, a podstępny Sadeas stara się zdobyć władzę i wkraść się w jego łaski. Shallan wie już, kim jest. Powoli odkrywa swoje zdolności i czuje się coraz silniejsza. Wciąż chce ocalić ród i braci, jednak sekrety z przeszłości nie pozwalają jej o sobie zapomnieć. To, co odkryła Jasnah zmieni wszystko. Teraz muszą dostać się na Strzaskane Równiny, gdzie wciąż trwa walka z Parshendi, i postarać się wszystko naprawić. Świetliści Rycerze wracają, nadchodzi Wieczna Burza.
KONIEC SPOJLERÓW
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...